174. KKIJ | "Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach

174. KKIJ | "Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach


„Wampiry, potwory i inne nieziemskie stwory”
Sylwia Błach

Wydawnictwo Albus
2017
138 stron



„- Po co to robimy?
Potworzyca się zadumała. W końcu rzekła:
- Świat nie jest czarno-biały, są rzeczy dobre i złe. Dziecko znające od małego i szczęście i strach, umie podejmować właściwe decyzje – ratuje się ucieczką w chwilach zagrożenia i pokonuje słabości, gdy strach jest nieuzasadniony.
Potworek zrozumiał. Całą noc dzielnie straszył. Dla dobra podopiecznej.”

„Wampiry, potwory, upiory...” kupiłam z myślą o młodszym synu, jednak po przejrzeniu książki, przeczytaniu paru stron, stwierdziłam, że treść w niektórych momentach nie nadaje się jeszcze dla pięcio-sześciolatka. Jednak idealnie trafiła w gust starszego, który jako poważny dziesięciolatek już trochę wie o życiu i nie tak łatwo go nastraszyć.

Strach od samego początku towarzyszy każdej istocie na ziemi, człowiek nie jest w tym przypadku odosobnionym bytem, jednak nasz strach przybiera przeróżne formy. Boimy się śmierci, boimy się tego, co nieznane, lękamy się zamkniętych przestrzeni bądź pająków, paraliżuje nas sama myśl o locie samolotem lub wpadamy w panikę, gdy nagle w domu gasną wszystkie światła. Człowiek, próbując okiełznać rzeczywistość, nazwać te niezwane lęki i słabości, niewytłumaczalne i tajemnicze zjawiska, a także dać upust własnej fascynacji mrokiem i tym, co się w nim kryje, stworzył również szereg przeróżnych istot. Niektóre z nich mają określoną formę, wiadome cechy, inne zmieniają się niczym mgła, przybierają taką postać, by tym łatwiej wpływać na naszą wyobraźnię. Wśród takich potworów są między innymi:wampiry, ghule, wodniki czy wilkołaki, są także mityczne bestie i stworzenia z podań i legend. Ten cały szereg stworzeń przedstawiła w swojej fantastycznej książce pani Sylwia Błach, młoda autorka, spod której pióra wyszły opowiadania i powieści grozy.

W książce każdy rozdział poświęcony jest jednej, niezwykłej istocie – znajdziecie tutaj centaury, olbrzymy, slendermany, jednorożce, smoki, wilkołaki, zombie czy poltergeisty, czyli cały potworny przekrój od mitów, baśni, legend miejskich lub współczesnej popkultury. Sylwetka jest nam przybliżona, dostajemy krótkie informacje o jej pochodzeniu, zwyczajach i wyglądzie, a także przykłady z filmów, powieści czy komiksów, gdzie jeszcze je możemy spotkać, a takich nawiązań do współczesnej kultury jest naprawdę sporo i jeśli ktoś dalej zapragnie tropić te dziwaczne stworzenia to na pewno znajdzie coś dla siebie.

Czymś, co wyróżnia książkę „Wampiry, potwory, upiory...” od podobnych antologii to drabble, czyli krótka historyjka, opowiadanie składające się dokładnie ze stu słów. Niekiedy są to pełne humoru powiastki, inne zaś mają w sobie odrobinę smutku i zadumy, jednak każda z nich ma w sobie pewien przekaz, jakąś myśl, którą można łatwo wychwycić. Jest to wspaniałe uzupełnienie danego rozdziału czy też nawiązanie do omawianej postaci. Co ciekawe, na początku rozdziału znajdują się wyłapane z tekstu, trudniejsze, bądź nieznane młodemu czytelnikowi, słówka oraz ich znaczenie – bardzo ułatwia to odbiór treści.

Warto także wspomnieć o samym wyglądzie książki, bo na pewno jej strona wizualna jest w tym przypadku ogromną zaletą. Ilustracje wykonała pani Paulina Daniluk i trzeba przyznać, że jest to kawał świetnej roboty, ja przynajmniej jestem oczarowana tymi rysunkami w odcieniach szarości oraz kontrastowych barw bieli, czerni i czerwieni. Różnorodność stylu oraz wyobrażeń potworów i istot mitycznych robi duże wrażenie, oszczędność formy i kolorów nie jest tutaj czymś, co umniejsza wartość artystyczną, wręcz przeciwnie. Dodatkowo twarda oprawa, duży format czy piękny, matowy papier sprawiają, że po książkę sięga się z wielką chęcią i przyjemnością, chociażby tylko po to, by ją przejrzeć.

Serdecznie polecamy tę książkę, nie tylko przy okazji Halloween – będzie fantastyczną, pierwszą antologią strachów i potworów, w przystępnej dla dziecka formie, ale raczej dla odbiorców, którzy mają skończone osiem lat.



173. Najbardziej inspirująca książka 2017 roku | "Lab Girl" Hope Jahren

173. Najbardziej inspirująca książka 2017 roku | "Lab Girl" Hope Jahren


„Lab Girl”
Hope Jahren

Wydawnictwo Kobiece
2017 
432 strony

recenzja

"Mówiono mi, że nie mogę robić tego, co chcę, ponieważ jestem kobietą, i że pozwolono mi to robić tylko ze względu na to, że nią jestem.”

Czytając opinie o książce Hope Jahren „Lab Girl”, często spotykałam się z określeniem, że to fenomenalna autobiografia - nie do końca wierzyłam, że te słowa będą aż tak trafne. Sądziłam, że są lekko przesadzone i z takim też, delikatnie sceptycznym nastawieniem, podeszłam do lektury. Okazało się jednak, że książka jest naprawdę znakomita. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i stała się od razu jedną z lepszych książek, jakie dane mi było przeczytać w tym roku.

Hope Jahren jest uznaną biolożką, póki co także jedyną kobietą-naukowcem, która może pochwalić się medalem European Biophysical Societies’ Association w dziedzinie nauk o Ziemi. Pracuje obecnie na Uniwerystecie Oslo, ale droga jej naukowej kariery była wyboista, pełna wyrzeczeń, rozczarowań i ciągłego dążenia do celu. Od najmłodszych lat przejawiała ogromne zainteresowanie laboratorium swojego ojca, gdzie spędzała każdą wolną chwilę. Postanowiła zdobyć tytuł naukowy, walczyła o pieniądze na swoje badania, o uznanie wśród innych badaczy, o sukces własnych przedsięwzięć, czasami poświęcając dla marzeń i ogromnej pasji naprawdę dużo. Starała się godzić sferę zawodową z prywatną.

„Lab Girl” to niezwykle inspirująca powieść o zdecydowanej, pewnej siebie kobiecie, która pomimo przeciwności losu realizuje zamierzone cele. Z lektury płynie wprost do czytelnika dawka motywacji i przekonania, że warto walczyć o to, na czym nam bardzo zależy, niezależnie od tego kim jesteśmy – mamy prawo do szczęścia, spełnienia i samorealizacji.

Hope Jahren obrazuje nam życie naukowców, pokazuje problemy z jakimi muszą się zmierzyć, drobne sukcesy i porażki okupione długimi godzinami spędzonymi w czterech ścianach laboratorium, niekiedy rezygnacją z tego, co oferuje otaczająca ich rzeczywistość, z życia prywatnego i rozrywki. Dla mnie było to poznanie zupełnie innego świata – świata próbówek, eksperymentów i przeróżnych badań czyli coś z czym na co dzień nie mam do czynienia. Autorka opisuje także współprace z innymi badaczami, ze studentami, a także relację z najbliższym przyjacielem, Billem – człowiekiem niezwykle oryginalnym, ciekawym i genialnym.

Jednak „Lab Girl” to coś znacznie więcej niż autobiografia naukowca, to również świetna publikacja przybliżająca nam, laikom, ten niezwykły, tajemniczy świat roślin i drzew. W dodatku jest to tak przedstawione, że czyta się te informacje niczym ogromnie zajmującą powieść. Wątek autobiograficzny przeplata się z opowieścią ze świata roślin – pełne zrozumienia, fascynacji i olbrzymiego szacunku do niezwykłego procesu wzrostu i życia drzew. Jest to napisane tak przystępnym, ale przy tym mądrym i miejscami zabawnym językiem, że wielu pisarzy powinno zazdrościć pani doktor kunsztu literackiego.

Książka Hope Jahren powinna spodobać się każdemu – bez względu na to czy marzy nam się takie życie naukowca czy nie, ponieważ przekaz jest w tym przypadku dość uniwersalny, a całość jest fantastycznie inspirująca i motywująca. To naprawdę godna uwagi autobiografia, w której znaleźć można dużą dawkę miłości, pasji, szacunku do otaczającej nas przyrody, a co za tym idzie – pokory i zrozumienia. Dzięki tej książce możemy zrozumieć jak wiele łączy nas z pozornie odrębnym życiem drzew. Szczerze polecam!

recenzja



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
172. Takie rzeczy to tylko w sanatorium...| "Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska

172. Takie rzeczy to tylko w sanatorium...| "Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska


„Sanatoryjny romans z inspiracją”
Aneta Wybieralska

Wydawnictwo Novae Res
2017
436 stron


„W naszym pięknym, podobno demokratycznym i wcale nie zacofanym kraju – teoretycznie przynajmniej – ciągle jeszcze panuje absurdalny stereotyp, że człowiek to od razu musi być facet. Dopiero potem, po głębszej analizie socjologicznego zjawiska oraz po przestudiowaniu ustawy zasadniczej, czyli Konstytucji RP z zapisem o równości płci, niektórzy dochodzą do genialnego z natury wniosku, że człowiekiem może być kobieta.”

Do książki Anety Wybieralskiej pod tytułem „Sanatoryjny romans z inspiracją” podeszłam bez większych oczekiwań, ale też z małym zainteresowaniem. Nic wcześniej nie słyszałam o tej publikacji, nie wpadłam na nią w księgarni czy gdzieś w rekomendacjach na blogu, a okładka, która czasami daje nam, co prawda niejasne, ale zawsze jakieś wyobrażenie o książce, nie nasuwa w tym przypadku żadnych skojarzeń czy tropów dotyczących samej treści. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że lektura nie była zła, wręcz przeciwnie, zapewniła mi sporą dozę rozrywki i całkiem dobrego humoru.

Główna bohaterka, której imię przez całą akcję powieści nie zostaje wyjawione, to pani w średnim wieku, której jedną z życiowych pasji jest wypoczynek w różnego rodzaju kurortach, pensjonatach, uzdrowiskach i sanatoriach. Ze swoich licznych wojaży po kraju wraca z całą masą przeróżnych anegdotek dotyczących życia podczas takiego wypoczynku.

A dzieje się tam dużo… Liczne romanse, zdrady, przelotne znajomości i cała masa przeróżnych, ludzkich charakterów. A w samym centrum wydarzeń nasza główna bohaterka, która obdarzona jest trafnym zmysłem obserwacji, nieco ironicznym poczuciem humoru i doskonale potrafi te liczne historyjki opowiedzieć. Aneta Wybieralska stworzyła ciekawą, zabawną powieść, którą czyta się naprawdę lekko i bez zniecierpliwienia, to doskonała rozrywka na chłodne i długie jesienne wieczory. Dosyć oryginalnym pomysłem jest sama forma powieści, która pozwala na swobodne przenoszenie się z jednego tematu na drugi, z jednej, pełnej pasji i awantur relacji do kolejnej, nie mniej ciekawej.

Masa postaci, jakie przewijają się przez strony „Sanatoryjnego romansu z inspiracją” to osoby jakby żywcem wyjęte z prawdziwego życia, to ludzie, których spotykamy na co dzień, mijamy na ulicy, czy zdawkowo się witamy, to może być pani Helenka z kiosku, albo pan Włodek z sąsiedniego bloku. To zwyczajni ludzie, których życie, według niektórych, już dawno przestało być barwne i emocjonujące, tymczasem na rzeczonych turnusach dla zdrowia, wyjazdach do uzdrowisk, kiedy wyrwani z własnej codzienności, stykają się ze sobą, przeżywają wiele sercowych przygód, miłostek, dylematów. Autorka przedstawiła nam te wydarzenia w sposób zabawny, ale nie prześmiewczy, z lekkim przymrużeniem oka, z ironią, ale sympatycznie. Dużą zaletą jest tutaj sama centralna postać powieści, która już od pierwszych stron wzbudza w czytelniku same pozytywne odczucia, ta pani w średnim wieku na pewno da się lubić, a jej swobodny i bezpośredni kontakt z odbiorcą tylko ułatwia zagłębianie się w te liczne, interesujące historyjki.

Książka wydaje się być przeznaczona dla starszych osób, którzy dobrze znają owe sanatoryjne przygody, lub którzy w swoim życiu co nieco na ich temat już zdążyli usłyszeć. Sądzę jednak, że może trafić do osób nieco młodszych, którzy lubią tego rodzaju historie, pełne humoru teksty oraz swobodny styl wypowiedzi pisarki. A jeśli wydaje się Wam, że sanatoryjne życie jest nudne i jednostajne, to lektura może Was szybko wyprowadzić z błędu.

171. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kevin sam w domu" i "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"

171. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kevin sam w domu" i "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"


Nasza ostatnia wyprawa do biblioteki zakończyła się pomyślnie - przynieśliśmy ze sobą do domu kilka ciekawych tytułów, w tym jeden dość zaskakujący, a mianowicie: "Kevin sam w domu", książka, która powstała na bazie kultowego już filmu oraz krótka historyjka o przyjemności czytania czyli "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki".




"Kevin sam w domu"

Wydawnictwo Znak
rok wydania:
 2015
liczba stron:
48

"Następnego ranka w domu było bardzo, bardzo cicho.
Nikt nie krzyczał. Nikt nie biegał w kółko.
Nikt nie poganiał Kevina, żeby się pośpieszył i zjadł śniadanie.Nikogo nie było w domu.
Kevin w końcu zrozumiał, co się stało.
- Sprawiłem, że moja rodzina zniknęła!"

Mały Kevin McCallister ma już serdecznie dość swojej rodziny, marzy o tym, by zostać sam w domu, bez mamy, taty i nieznośnego rodzeństwa. Nieopatrznie wypowiedziane życzenie spełnia się i chłopiec, ku swej początkowej radości, staje się panem domu. Okazuje się jednak, że grozi mu niebezpieczeństwo, musi więc liczyć na swój nietuzinkowy spryt i kreatywność godną ośmiolatka, by ochronić siebie i swój dom.

"Kevin sam w domu" to już swoisty element naszej narodowej tradycji przedświątecznej, czy go lubimy, czy nie. Na podstawie scenariusza powstała książka dla młodych czytelników z pełnymi uroku ilustracjami Kim Smith, która pięknie odtworzyła opowiadaną historię, ale także wyczarowała miłe dla oka, przykuwające uwagę obrazki. To zdecydowanie odpowiednia oprawa książki, jej niewątpliwie dobra strona. Dla tych dzieci, które znają filmowy pierwowzór to na pewno spora gratka. Wizualnie całość prezentuje się znakomicie - czcionka duża, wyrazista, dynamicznie rozmieszczona, dzięki czemu czyta się naprawdę dobrze, nawet, jeśli nasz malec dopiero uczy się czytać.

Z lektury płynie także dosyć jasny i wyraźny przekaz, który dziecko z pewnością zrozumie - w gniewie mówimy czasami słowa, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć, albo też nie znamy ich konsekwencji. Dla młodego czytelnika może to być wyraźna wskazówka, pokazująca do czego czasami doprowadzić mogą nasze pochopnie wypowiedziane życzenia. Na szczęście, podobnie jak w filmie, wszystko dobrze się kończy, a nasz główny bohater ratuje się z opresji i godzi się ze swoją rodziną.

Myślę, że "Kevin sam w domu" to ciekawa, pięknie zilustrowana i prosto opowiedziana historia, która sprawdzi się zwłaszcza w okresie przedświątecznym, ale nie tylko. Dzięki książce można wracać do tej opowieści wiele razy, a także odkrywać ją na nowo, w odpowiedniej dla dziecka formie i treści. Świetnie nadaje się dla pięcio- lub sześciolatków.



Kolejną książką, która zwróciła naszą uwagę była:

"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" 
Oliver Jeffers

Wydawnictwo Format
rok wydania:
 2017
liczba stron:

40

"Upłynęło trochę czasu. W końcu Henio niemal przez przypadek podniósł z podłogi mocno nadgryzioną książkę. Ale zamiast wepchnąć ją sobie do buzi... otworzył... i zaczął czytać.
I było suuuper."

Henio bardzo lubi książki... jeść. Pewnego dnia, zupełnie przez przypadek odkrył, że może połykać słowo, zdanie, stronę, a następnie całe tomy, a dzięki temu staje się mądrzejszy. Zapalczywie pożerał kolejne tytuły i stawał się z każdym dniem coraz mądrzejszy, do czasu, gdy z tego nadmiaru i szybkiego jedzenia poczuł się źle. Pochłanianie książek skończyło się niestrawnością, a Henio odkrył, że lepiej jest czytać książki niż jej jeść.

"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" to tytuł, który bardzo szybko przykuł naszą uwagę, nie tylko ze względu na nazwę, ale także piękne wydanie - twarda oprawa, duży format, a w środku cudne, jakby dziecinne nieco ilustracje, w tle zaś przebitki starych wydruków, fragmentów encyklopedii. Idealne dopracowanie każdego szczegółu to coś, co podoba się rodzicowi, ale przede wszystkim wpływa na dziecko, sprawia, że po książeczkę chętniej sięgają drobne łapki ;)

Sam przekaz także jest jak najbardziej odpowiedni - jest to zabawna powiastka z morałem, z którego dowiadujemy się, że warto czytać książki, warto zaznajomić się z dostępną w nich wiedzą i informacjami, by pewnego dnia stać się kimś naprawdę mądrym, a czytanie książek jest prawdziwą, ogromnie wartościową przyjemnością. Mnie to przekonało i mam nadzieję, ze mojego syna również :)

Książeczka napisana jest prostym, zrozumiałym językiem, swobodnym i przystępnym dla młodego czytelnika, zdania są także rozmieszczone w taki sposób, że nasz wzrok szybko prześlizguje się po stronach, gdzie rozsiane są fragmenty zdań, krótkie wpisy. 

Z pewnym zaskoczeniem, ale także rozbawieniem odkryliśmy z Jeremim "nadgryzione" rogi ostatnich stron - co dowodzi, że dbałość o szczegóły jest tutaj niesamowicie istotna i nie bez znaczenia dla starszych lub młodszych odbiorców.



170.Miłość, wojna i kłamstwa | "Morze kłamstwa" Joanna Jax

170.Miłość, wojna i kłamstwa | "Morze kłamstwa" Joanna Jax

„Morze kłamstwa”
IV tom cyklu „Zemsta i przebaczenie”
Joanna Jax

Wydawnictwo Videograf SA
2017
416 stron


„Rozumiał ją. Bardziej niż ktokolwiek inny. On też kiedyś znalazł się w podobnej sytuacji. Wówczas, gdy oblepiła go zaborcza miłość Renate Zoll. A może to wcale nie była miłość, tylko chęć posiadania kogoś na własność? Dla Waltera największym dowodem prawdziwej miłości było podarowanie ukochanej osobie wolności, a każda forma zniewolenia była jej przeciwieństwem.”



II wojna światowa. Szala zwycięstwa zaczyna przechylać się powoli na niekorzyść Niemiec, być może jest to początek końca krwawej, wyniszczającej okupacji niemieckiej w Polsce. Bohaterowie zmagają się z kolejnymi wydarzeniami, a tragiczne, wojenne doświadczenia, skrywane tajemnice i niszczące kłamstwa, mogą wydobyć z nich pokłady zarówno dobrych jak i złych rzeczy.

„Morze kłamstwa” to czwarta część cyklu Joanny Jax „Zemsta i przebaczenie”, osadzonym w XX wieku, o rodzinie von Becków. Do tej pory nie przeczytałam jeszcze poprzednich części, może pora nadrobić zaległości – po poznaniu „Morza kłamstwa” na pewno sięgnę po całą serię. Sagi rodzinne to jedna z moich czytelniczych słabości, uwielbiam dobrze rozbudowane powieści, kiedy to ludzkie losy przeplatają się z historycznymi wydarzeniami.

Początek z „Morzem kłamstwa” nie należał do łatwych i przyjemnych. To tak, jakby zacząć oglądać film od połowy, zanim rozeznasz się we wszystkich postaciach i wątkach walczysz z irytacją i własną niewiedzą. Sprawy nie ułatwia fakt, że bohaterów jest naprawdę dużo, ich losy przeplatały się i zderzały ze sobą, a ja nagle zostałam wrzucona do tego świata i jak najszybciej muszę się w nim rozeznać. Na szczęście fabuła okazała się tak bardzo zajmująca, że ani na chwilę nie przyszło mi do głowy, by książkę odłożyć lub poczekać na moment, kiedy to nadrobię czytelnicze zaległości.

Styl pisania pani Joanny Jax jest zachęcający, przejrzysty, i - co wydaje mi się ogromnie istotne - autorka zadbała o to, by czytelnik łatwo odczuł atmosferę tych czasów. Książkę wręcz pochłania się, przeskakując od rozdziału, do rozdziału, od jednego wątku do innego, i w kolejne miejsce, do następnego bohatera. Niektóre z nich są bardziej zajmujące, ciekawsze, ale myślę, że jest to akurat sprawa bardziej indywidualna, ponieważ całość to znakomita, pełna wyrazistych postaci, poruszających wydarzeń i ludzkich losów saga rodzinna, którą warto poznać.

„Morze kłamstw” to przede wszystkim powieść o miłości i przyjaźni w najgorszych, najbardziej niehumanitarnych czasach, kiedy to do głosu dochodziły straszne, najmroczniejsze instynkty, ale także  z ukrycia wyłaniały się  cechy najszlachetniejsze i najpiękniejsze. Joanna Jax przedstawia historie, które mogły się wydarzyć, a na kartach powieści zmieniła je w miejscami bolesne, poruszające wątki, które zachwyciły już znaczne grono czytelników. Udało jej się stworzyć przekonujące, pełnokrwiste, ale też bardzo różnorodne postacie - cały wachlarz ludzkich cech i osobowości. W chwilach, gdy walczą o przetrwanie, o miłość czy wyższe ideały – czytając nie jest się obojętnym na ich los.

Od tej książki zostałam fanką twórczości autorki, zdecydowanie polecam wszystkim, którzy chętnie sięgają po smakowite, rozbudowane sagi rodzinne, z dobrze odmalowanym, wyrazistym, dramatycznym tłem, na którym rozgrywają się wydarzenia decydujące o przyszłości całych narodów. Chociaż podeszłam do książki z rezerwą i z początku z pewną trudnością, jeżeli chodzi o rozeznanie się w gąszczu zdarzeń i sylwetek, to jednak nie jestem zawiedziona i podejrzewam, że Wy także nie będziecie.
169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte

169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte


„Villette”
Charlotte Bronte

Wydawnictwo MG
2017
684 strony




„Dalekie było jednak ode mnie podobne usiłowanie złagodzenia zabójczego ciosu, dalekie podobnie tchórzliwe uciekanie od rzeczywistości, podobna niechęć spojrzenia faktom, chociażby najokrutniejszym, prosto w oczy, dalekie wyłamywanie się z obowiązku bezwzględnego hołdowania jedynej władczyni, kroczącej stale w zwycięskim pochodzie naprzód - PRAWDZIE.”

Lucy Snowe, młoda Angielka, postanawia wyruszyć do Francji – dziewczyna została ciężko doświadczona przez okrutny los, który odebrał jej najbliższych oraz pozbawił ją środków do życia. W małej francuskiej miejscowości,Villette, zdobywa pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt, tam też spotyka doktora Johna, a wraz z nim pojawia się nadzieja na szczęście. Czy jednak los nie zadrwi sobie z Lucy kolejny raz?

Nie można wyobrazić sobie światowej literatury bez słynnych sióstr Bronte - piszące pod męskimi pseudonimami, Anna, Emily i Charlotte, skrywały również wiele tajemnic dotyczących swojego życia prywatnego. Niektóre fakty na ich temat umykają biografom lub też nie są do końca potwierdzone, mnożą się liczne domysły, a podstawą do śledzenia ich historii jest korespondencja oraz cała spuścizna literacka, w której doszukiwać się można autobiograficznych wątków. Jedną z powieści, które takie „smaczki” zawierają jest na pewno „Villette”, ostatnia z napisanych przez Charlotte Bronte książek. W jej treści można znaleźć kilka ciekawych powiązań z prawdziwymi przeżyciami najstarszej z sióstr Bronte.

Dla miłośników „Jane Eyre”, napisana przed śmiercią powieść autorki może być nie lada gratką, w treści znajduje się kilka punktów, które mogą być podobne z tym, co Charlotte napisała w swej najsłynniejszej historii. Według mnie jednak różnic jest znacznie więcej i porównując oba tytuły muszę przyznać laur zwycięstwa dla „Jane Eyre”, która już dawno skradła moje serce. Nie można jednakże odmówić „Villette” tego, że jest powieścią znacznie dojrzalszą, nietuzinkową i, jak na czasy, w których powstała, nowatorską.

Główna bohaterka, Lucy Snowe, to młoda dziewczyna, której życie diametralnie się zmieniło, zmuszona zapewnić sobie byt materialny, postanawia zaryzykować i opuścić dobrze znany sobie świat - los stawia przed nią kolejne wyzwania, gdy tak naprawdę jej marzeniem jest spokojna i bezpieczna egzystencja. Lucy jest także narratorką powieści – to z jej perspektywy widzimy całą historię, ale także poznajemy innych bohaterów, ich postępowanie czy liczne przemyślenia. Zastosowany został tutaj wewnętrzny monolog czyli strumień świadomości, swobodny przepływ myśli, co dla niektórych jest intrygujące, innym zaś może wydawać się nieco nudne. Panna Snowe nie jest takim typem postaci, który można łatwo polubić – wręcz przeciwnie – ma w sobie wiele cech, jakie dla czytelnika okazują się być irytujące czy niezrozumiałe. Mimo to jest to ciekawy, niezwykle wnikliwy i głęboki obraz kobiety żyjącej w tamtej epoce, kiedy jej rola była mocno ograniczona i zdominowana.

Charlotte Bronte doskonale zobrazowała również warstwę społeczną, powiązania, zależności, a przede wszystkim nierówne traktowanie – według statusu materialnego czy w zależności od posiadanego majątku.  Autorka zdecydowanie piętnuje te zwyczaje, a swoją bohaterkę napełnia duchem uporu, daje jej siłę, by walczyć z przeciwnościami losu, zdobyć poważanie wśród tych bardziej uprzywilejowanych, by sama zatroszczyła się o swoją przyszłość.

„Villette” Charlotte Bronte to z całą pewnością nietuzinkowa, dojrzała i dopracowana pod każdym względem powieść, dla fanów twórczości sióstr Bronte pozycja obowiązkowa. Pełna przenikliwych, trafnych spostrzeżeń na temat ówczesnego życia, wnikliwie i głęboko ukazuje problemy, z jakimi przyszło się zmierzyć żyjącym wtedy kobietom.



168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre


„Trzy dni i jedno życie”
Pierre Lemaitre

Wydawnictwo Muza
2017
287 stron



„Czuje, że znalazł się w pułapce. Do oczu znów napływają mu łzy. Już po nim. Powinien ukryć ciało, tylko gdzie? Jak?  Gdyby nie zniszczył domku wciągnąłby Remiego na górę, nikt by go tam nie szukał. Rozdziobałyby go kruki. Jest zdruzgotany rozmiarem katastrofy. W kilka sekund jego życie zmieniło kierunek. Stał się mordercą. Te dwa obrazy kłócą się ze sobą, nie można mieć dwunastu lat i być mordercą... ”

Miasteczko Beauval to prowincjonalna, mała mieścina we Francji, gdzie wszyscy się znają, wiedzą o sobie dosłownie wszystko, a największym problemem są planowane zwolnienia w miejscowej fabryce.  Kiedy więc niespodziewanie ginie sześcioletni chłopiec miejscowa społeczność jest wstrząśnięta, rozpoczynają się poszukiwania, a nikt nie podejrzewa, że za tajemniczym zniknięciem stoi dwunastoletni Antoine.

Jak do tej pory literatura francuska nie kojarzyła mi się z kryminałem czy thrillerem, ale na pewno po lekturze najnowszej książki Pierre’a Lemaitre’a to się zmieni, pomimo tego, że „Trzy dni i jedno życie” nieco wyróżniają się na tle innych tego typu powieści w wyżej wymienionych gatunkach. Przez to także ta historia ogromnie mi się spodobała, ucieka nieco spoza ram, jest niepokojąca i niejednoznaczna. Autor jest znany z publikacji takich jak „Koronkowa robota” czy „Alex”, które spodobały się nie tylko rzeszy fanów, ale także zostały docenione i nagrodzone przez krytyków literackich.

Pierwszą rzeczą, która od razu zwraca uwagę czytelnika to na pewno fakt, że brakuje tutaj zagadki, brakuje odkrywania tajemnicy, wyjaśniania i analizy. Już od samego początku dobrze wiemy, co się wydarzyło, znamy mordercę, wiemy jak doszło do zbrodni. To już powinno zepsuć nam zabawę i odebrać przyjemność czytania, tymczasem od lektury nie sposób się oderwać. Pierre Lemaitre intryguje, niepokoi i stawia przed nami różnorodne, niekoniecznie wygodne pytania, na które trudno znaleźć dobrą odpowiedź. Niby sprawa jest prosta – zbrodnia zasługuje na najwyższe potępienie, jednak w pewien sposób ofiarą całego nieszczęśliwego zdarzenia staje się także morderca, dwunastoletni Antoine, przerażony swoim występkiem, przerażony konsekwencjami. Chłopiec, którego spokojne życie kończy się  w tym samym momencie, co życie jego ofiary. W rezultacie całe jego dalsze losy są następstwem tego czynu, to nieustanny strach przed odkryciem prawdy.

Pisarz stworzył także przekonujący obraz małej społeczności, tych drobnych niuansów, konfliktów i powiązań między mieszkańcami Beauval, małego miasteczka, gdzieś we Francji, gdzie obok zwykłego, codziennego życia, pojawia się problem bezrobocia, narastająca frustracja. Lemaitre wnikliwie oddaje także psychikę młodego bohatera, postawionego w niecodziennej, tragicznej sytuacji. Jego dylematy, próby zatuszowania popełnionej zbrodni, ale także liczne intrygi mieszkańców Beauval to są zdecydowanie elementy, które przyciągają uwagę czytelnika. Psychika Antoine’a jest w rozsypce, wiemy, że nigdy już nie zazna spokoju, że będą go dręczyły wyrzuty sumienia i bezustanna obawa przed tym, by jego postępek nie został odkryty, by ktoś nie wpadł na jakikolwiek ślad związany z nim. Czytelnik zastanawia się, czy głównego bohatera spotka zasłużona kara, a czy może dostateczną pokutą nie jest właśnie owa udręka?

„Trzy dni i jedno życie” Pierre’a Lemaitre’a to na pewno godna polecenia pozycja, chociaż podejrzewam, że dla tych, którzy zdecydowanie nastawiają się na kryminalne spiski i niespodziewane wydarzenia, podchodząc do lektury, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Jednak ta książka ma do zaoferowania znacznie więcej, a świetny styl pisarza i moralne dylematy sprawią, że fabuła zaintryguje, wciągnie i na długo jeszcze pozostanie w pamięci.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

„Jak zakochać się w facecie. który mieszka w krzakach”
Emmy Abrahamson

Wydawnictwo Rebis
2017
272 strony



„Właściwie to nie mam ochoty na randki. Nie chcę się już zgrywać. Dobrze mi samej. Lubię swoje życie. Swoje ciche mieszkanko, czystą kuchnię i zastawione książkami regały. Podoba mi się, że wszystkie rzeczy są tam,gdzie je zostawiłam przed wyjściem. Niczego więcej mi nie potrzeba i nie czuję się ani nieszczęśliwa, ani żałosna z powodu samotności.”

Czasami ulegam pokusie, by sięgnąć po lekturę lekką, prostą, do bólu wręcz nieskomplikowaną, która ma dla mnie być niczym więcej niż czystą rozrywką. Kierując się tą wewnętrzną potrzebą do przeczytania wybrałam książkę, która według mnie miała okazać się taką niezobowiązującą ucieczką od rzeczywistości, a ponadto był to także tytuł polecany i całkiem wysoko oceniany.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” to powieść, która zdecydowanie zwraca na siebie uwagę. Pomijając tytuł, brzmiący niczym poradnik dla kobiet poszukujących wrażeń i przygód, to zdecydowana większość odbiorców skupia się na okładce wyjętej wprost z koszmarnego snu grafika. Nie ocenia się jednak książki po okładce, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że okropne, mszczące się na poczuciu estetyki wydania kryją w sobie wartościowe wnętrza – i na odwrót – piękne obwoluty nadrabiają kiepskie, bezwartościowe teksty. Dlatego bez większego grymaszenia wzięłam książkę do ręki i zaczęłam czytać.

Cóż więc znalazłam w środku?

Fabuła to głównie losy młodej nauczycielki języka angielskiego, Julii, która mieszka w Wiedniu. Jej życie jest poukładane, bezpieczne, a nawet nudne – praca, dom, dom, praca, w międzyczasie jakieś spotkanie z przyjaciółką, wyjście do kina. Nieoczekiwanie poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka, Bena, który zdaje się być przeciwieństwem Julii, a mimo to szybko zakochują się w sobie, pomimo różnic, zdrowemu rozsądkowi i uprzedzeniom. Czy uda im się żyć szczęśliwie?
Z prozą Emmy Abrahamson zetknęłam się pierwszy raz, to pisarka, która ma polsko-szwedzkie korzenie, zdążyła już do tej pory wydać jeszcze jedną książkę o długim i enigmatycznie brzmiącym tytule: „Mój tata jest dobry, a moja mama jest cudzoziemką”. Muszę jednak przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka jest lekki, przyjemny w odbiorze, prosty, ale na swój sposób zabawny. To właśnie dowcip jest najmocniejszą stroną książki, on też sprawia, że powieść czyta się przyjemnie i szybko. Emmy Abrahamson niezwykle łatwo wyłapuje absurdy życia codziennego, zgrabnie i z polotem, ale także ironicznie ukazuje komiczne sytuacje z życia głównej bohaterki.

Postać Julii wywołuje u czytelnika uczucie sympatii już od pierwszych stron – pomimo jej wad można ją naprawdę polubić. Gdy ją poznajemy siedzi w klatce własnej rutyny, przyzwyczajeń, jej strefa komfortu otacza ją ścisłym pancerzem, z którego dziewczynie trudno się uwolnić, jest jej w nim tak wygodnie, że nawet nie widzi takiej potrzeby. To właśnie znajomość z Benem, uroczym kloszardem, stawia przed Julią pierwsze wyzwania. Mnie osobiście główna bohaterka urzekła swoją chęcią zostania słynną pisarką – co chwilę wpada na nietuzinkowy, jedyny i oryginalny pomysł na powieść, zachwyca się własną kreatywnością, po czym przypomina sobie, że taka historia już została przez kogoś spisana.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” można porównać do bajki dla dorosłych we współczesnych realiach – fabuła jest bardzo prosta, główny wątek to perypetie Julii i Bena, i tak naprawdę nie ma tutaj pobocznych wątków, żadna postać z dalszego planu nie przykuwa większej uwagi. Relacja między zakochanymi jest ciekawa i przedstawiona w sposób mądry i głęboki – oto dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, stają się dla siebie najważniejsi, uczą się życia razem, ale także rozwijają się na swój sposób. Ta znajomość daje im od życia dodatkowe bodźce – zmienia ich i wzbogaca. Nie ma pozycji lepszy-gorszy, nie ma słabszego ogniwa – jest Julia, która odnajduje w swoim życiu spontaniczność, jest Ben, który zapragnął osiągnąć w życiu więcej niż było mu to dane do tej pory. To miłość ponad stereotypami, ponad uprzedzeniami.

Lektura okazała się lekką, przyjemną historią napisaną z humorem i ironią. „Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” doskonale wpasuje się w początek jesieni, na dłuższe, chłodniejsze wieczory, kiedy poszukujemy nieco naiwnych, optymistycznych powieści.




Copyright © 2014 love, coffee and books , Blogger