169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte

169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte


„Villette”
Charlotte Bronte

Wydawnictwo MG
2017
684 strony




„Dalekie było jednak ode mnie podobne usiłowanie złagodzenia zabójczego ciosu, dalekie podobnie tchórzliwe uciekanie od rzeczywistości, podobna niechęć spojrzenia faktom, chociażby najokrutniejszym, prosto w oczy, dalekie wyłamywanie się z obowiązku bezwzględnego hołdowania jedynej władczyni, kroczącej stale w zwycięskim pochodzie naprzód - PRAWDZIE.”

Lucy Snowe, młoda Angielka, postanawia wyruszyć do Francji – dziewczyna została ciężko doświadczona przez okrutny los, który odebrał jej najbliższych oraz pozbawił ją środków do życia. W małej francuskiej miejscowości,Villette, zdobywa pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt, tam też spotyka doktora Johna, a wraz z nim pojawia się nadzieja na szczęście. Czy jednak los nie zadrwi sobie z Lucy kolejny raz?

Nie można wyobrazić sobie światowej literatury bez słynnych sióstr Bronte - piszące pod męskimi pseudonimami, Anna, Emily i Charlotte, skrywały również wiele tajemnic dotyczących swojego życia prywatnego. Niektóre fakty na ich temat umykają biografom lub też nie są do końca potwierdzone, mnożą się liczne domysły, a podstawą do śledzenia ich historii jest korespondencja oraz cała spuścizna literacka, w której doszukiwać się można autobiograficznych wątków. Jedną z powieści, które takie „smaczki” zawierają jest na pewno „Villette”, ostatnia z napisanych przez Charlotte Bronte książek. W jej treści można znaleźć kilka ciekawych powiązań z prawdziwymi przeżyciami najstarszej z sióstr Bronte.

Dla miłośników „Jane Eyre”, napisana przed śmiercią powieść autorki może być nie lada gratką, w treści znajduje się kilka punktów, które mogą być podobne z tym, co Charlotte napisała w swej najsłynniejszej historii. Według mnie jednak różnic jest znacznie więcej i porównując oba tytuły muszę przyznać laur zwycięstwa dla „Jane Eyre”, która już dawno skradła moje serce. Nie można jednakże odmówić „Villette” tego, że jest powieścią znacznie dojrzalszą, nietuzinkową i, jak na czasy, w których powstała, nowatorską.

Główna bohaterka, Lucy Snowe, to młoda dziewczyna, której życie diametralnie się zmieniło, zmuszona zapewnić sobie byt materialny, postanawia zaryzykować i opuścić dobrze znany sobie świat - los stawia przed nią kolejne wyzwania, gdy tak naprawdę jej marzeniem jest spokojna i bezpieczna egzystencja. Lucy jest także narratorką powieści – to z jej perspektywy widzimy całą historię, ale także poznajemy innych bohaterów, ich postępowanie czy liczne przemyślenia. Zastosowany został tutaj wewnętrzny monolog czyli strumień świadomości, swobodny przepływ myśli, co dla niektórych jest intrygujące, innym zaś może wydawać się nieco nudne. Panna Snowe nie jest takim typem postaci, który można łatwo polubić – wręcz przeciwnie – ma w sobie wiele cech, jakie dla czytelnika okazują się być irytujące czy niezrozumiałe. Mimo to jest to ciekawy, niezwykle wnikliwy i głęboki obraz kobiety żyjącej w tamtej epoce, kiedy jej rola była mocno ograniczona i zdominowana.

Charlotte Bronte doskonale zobrazowała również warstwę społeczną, powiązania, zależności, a przede wszystkim nierówne traktowanie – według statusu materialnego czy w zależności od posiadanego majątku.  Autorka zdecydowanie piętnuje te zwyczaje, a swoją bohaterkę napełnia duchem uporu, daje jej siłę, by walczyć z przeciwnościami losu, zdobyć poważanie wśród tych bardziej uprzywilejowanych, by sama zatroszczyła się o swoją przyszłość.

„Villette” Charlotte Bronte to z całą pewnością nietuzinkowa, dojrzała i dopracowana pod każdym względem powieść, dla fanów twórczości sióstr Bronte pozycja obowiązkowa. Pełna przenikliwych, trafnych spostrzeżeń na temat ówczesnego życia, wnikliwie i głęboko ukazuje problemy, z jakimi przyszło się zmierzyć żyjącym wtedy kobietom.



168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre


„Trzy dni i jedno życie”
Pierre Lemaitre

Wydawnictwo Muza
2017
287 stron



„Czuje, że znalazł się w pułapce. Do oczu znów napływają mu łzy. Już po nim. Powinien ukryć ciało, tylko gdzie? Jak?  Gdyby nie zniszczył domku wciągnąłby Remiego na górę, nikt by go tam nie szukał. Rozdziobałyby go kruki. Jest zdruzgotany rozmiarem katastrofy. W kilka sekund jego życie zmieniło kierunek. Stał się mordercą. Te dwa obrazy kłócą się ze sobą, nie można mieć dwunastu lat i być mordercą... ”

Miasteczko Beauval to prowincjonalna, mała mieścina we Francji, gdzie wszyscy się znają, wiedzą o sobie dosłownie wszystko, a największym problemem są planowane zwolnienia w miejscowej fabryce.  Kiedy więc niespodziewanie ginie sześcioletni chłopiec miejscowa społeczność jest wstrząśnięta, rozpoczynają się poszukiwania, a nikt nie podejrzewa, że za tajemniczym zniknięciem stoi dwunastoletni Antoine.

Jak do tej pory literatura francuska nie kojarzyła mi się z kryminałem czy thrillerem, ale na pewno po lekturze najnowszej książki Pierre’a Lemaitre’a to się zmieni, pomimo tego, że „Trzy dni i jedno życie” nieco wyróżniają się na tle innych tego typu powieści w wyżej wymienionych gatunkach. Przez to także ta historia ogromnie mi się spodobała, ucieka nieco spoza ram, jest niepokojąca i niejednoznaczna. Autor jest znany z publikacji takich jak „Koronkowa robota” czy „Alex”, które spodobały się nie tylko rzeszy fanów, ale także zostały docenione i nagrodzone przez krytyków literackich.

Pierwszą rzeczą, która od razu zwraca uwagę czytelnika to na pewno fakt, że brakuje tutaj zagadki, brakuje odkrywania tajemnicy, wyjaśniania i analizy. Już od samego początku dobrze wiemy, co się wydarzyło, znamy mordercę, wiemy jak doszło do zbrodni. To już powinno zepsuć nam zabawę i odebrać przyjemność czytania, tymczasem od lektury nie sposób się oderwać. Pierre Lemaitre intryguje, niepokoi i stawia przed nami różnorodne, niekoniecznie wygodne pytania, na które trudno znaleźć dobrą odpowiedź. Niby sprawa jest prosta – zbrodnia zasługuje na najwyższe potępienie, jednak w pewien sposób ofiarą całego nieszczęśliwego zdarzenia staje się także morderca, dwunastoletni Antoine, przerażony swoim występkiem, przerażony konsekwencjami. Chłopiec, którego spokojne życie kończy się  w tym samym momencie, co życie jego ofiary. W rezultacie całe jego dalsze losy są następstwem tego czynu, to nieustanny strach przed odkryciem prawdy.

Pisarz stworzył także przekonujący obraz małej społeczności, tych drobnych niuansów, konfliktów i powiązań między mieszkańcami Beauval, małego miasteczka, gdzieś we Francji, gdzie obok zwykłego, codziennego życia, pojawia się problem bezrobocia, narastająca frustracja. Lemaitre wnikliwie oddaje także psychikę młodego bohatera, postawionego w niecodziennej, tragicznej sytuacji. Jego dylematy, próby zatuszowania popełnionej zbrodni, ale także liczne intrygi mieszkańców Beauval to są zdecydowanie elementy, które przyciągają uwagę czytelnika. Psychika Antoine’a jest w rozsypce, wiemy, że nigdy już nie zazna spokoju, że będą go dręczyły wyrzuty sumienia i bezustanna obawa przed tym, by jego postępek nie został odkryty, by ktoś nie wpadł na jakikolwiek ślad związany z nim. Czytelnik zastanawia się, czy głównego bohatera spotka zasłużona kara, a czy może dostateczną pokutą nie jest właśnie owa udręka?

„Trzy dni i jedno życie” Pierre’a Lemaitre’a to na pewno godna polecenia pozycja, chociaż podejrzewam, że dla tych, którzy zdecydowanie nastawiają się na kryminalne spiski i niespodziewane wydarzenia, podchodząc do lektury, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Jednak ta książka ma do zaoferowania znacznie więcej, a świetny styl pisarza i moralne dylematy sprawią, że fabuła zaintryguje, wciągnie i na długo jeszcze pozostanie w pamięci.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

„Jak zakochać się w facecie. który mieszka w krzakach”
Emmy Abrahamson

Wydawnictwo Rebis
2017
272 strony



„Właściwie to nie mam ochoty na randki. Nie chcę się już zgrywać. Dobrze mi samej. Lubię swoje życie. Swoje ciche mieszkanko, czystą kuchnię i zastawione książkami regały. Podoba mi się, że wszystkie rzeczy są tam,gdzie je zostawiłam przed wyjściem. Niczego więcej mi nie potrzeba i nie czuję się ani nieszczęśliwa, ani żałosna z powodu samotności.”

Czasami ulegam pokusie, by sięgnąć po lekturę lekką, prostą, do bólu wręcz nieskomplikowaną, która ma dla mnie być niczym więcej niż czystą rozrywką. Kierując się tą wewnętrzną potrzebą do przeczytania wybrałam książkę, która według mnie miała okazać się taką niezobowiązującą ucieczką od rzeczywistości, a ponadto był to także tytuł polecany i całkiem wysoko oceniany.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” to powieść, która zdecydowanie zwraca na siebie uwagę. Pomijając tytuł, brzmiący niczym poradnik dla kobiet poszukujących wrażeń i przygód, to zdecydowana większość odbiorców skupia się na okładce wyjętej wprost z koszmarnego snu grafika. Nie ocenia się jednak książki po okładce, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że okropne, mszczące się na poczuciu estetyki wydania kryją w sobie wartościowe wnętrza – i na odwrót – piękne obwoluty nadrabiają kiepskie, bezwartościowe teksty. Dlatego bez większego grymaszenia wzięłam książkę do ręki i zaczęłam czytać.

Cóż więc znalazłam w środku?

Fabuła to głównie losy młodej nauczycielki języka angielskiego, Julii, która mieszka w Wiedniu. Jej życie jest poukładane, bezpieczne, a nawet nudne – praca, dom, dom, praca, w międzyczasie jakieś spotkanie z przyjaciółką, wyjście do kina. Nieoczekiwanie poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka, Bena, który zdaje się być przeciwieństwem Julii, a mimo to szybko zakochują się w sobie, pomimo różnic, zdrowemu rozsądkowi i uprzedzeniom. Czy uda im się żyć szczęśliwie?
Z prozą Emmy Abrahamson zetknęłam się pierwszy raz, to pisarka, która ma polsko-szwedzkie korzenie, zdążyła już do tej pory wydać jeszcze jedną książkę o długim i enigmatycznie brzmiącym tytule: „Mój tata jest dobry, a moja mama jest cudzoziemką”. Muszę jednak przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka jest lekki, przyjemny w odbiorze, prosty, ale na swój sposób zabawny. To właśnie dowcip jest najmocniejszą stroną książki, on też sprawia, że powieść czyta się przyjemnie i szybko. Emmy Abrahamson niezwykle łatwo wyłapuje absurdy życia codziennego, zgrabnie i z polotem, ale także ironicznie ukazuje komiczne sytuacje z życia głównej bohaterki.

Postać Julii wywołuje u czytelnika uczucie sympatii już od pierwszych stron – pomimo jej wad można ją naprawdę polubić. Gdy ją poznajemy siedzi w klatce własnej rutyny, przyzwyczajeń, jej strefa komfortu otacza ją ścisłym pancerzem, z którego dziewczynie trudno się uwolnić, jest jej w nim tak wygodnie, że nawet nie widzi takiej potrzeby. To właśnie znajomość z Benem, uroczym kloszardem, stawia przed Julią pierwsze wyzwania. Mnie osobiście główna bohaterka urzekła swoją chęcią zostania słynną pisarką – co chwilę wpada na nietuzinkowy, jedyny i oryginalny pomysł na powieść, zachwyca się własną kreatywnością, po czym przypomina sobie, że taka historia już została przez kogoś spisana.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” można porównać do bajki dla dorosłych we współczesnych realiach – fabuła jest bardzo prosta, główny wątek to perypetie Julii i Bena, i tak naprawdę nie ma tutaj pobocznych wątków, żadna postać z dalszego planu nie przykuwa większej uwagi. Relacja między zakochanymi jest ciekawa i przedstawiona w sposób mądry i głęboki – oto dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, stają się dla siebie najważniejsi, uczą się życia razem, ale także rozwijają się na swój sposób. Ta znajomość daje im od życia dodatkowe bodźce – zmienia ich i wzbogaca. Nie ma pozycji lepszy-gorszy, nie ma słabszego ogniwa – jest Julia, która odnajduje w swoim życiu spontaniczność, jest Ben, który zapragnął osiągnąć w życiu więcej niż było mu to dane do tej pory. To miłość ponad stereotypami, ponad uprzedzeniami.

Lektura okazała się lekką, przyjemną historią napisaną z humorem i ironią. „Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” doskonale wpasuje się w początek jesieni, na dłuższe, chłodniejsze wieczory, kiedy poszukujemy nieco naiwnych, optymistycznych powieści.




Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger