166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość

166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość



Jeszcze trochę i Love, coffee & books będzie świętowało dwa lata od założenia. Trudno mi ocenić czy jest to długi kawał czasu i czy zdobyłam odpowiednie doświadczenie jako blogerka pisząca o książkach, trudno ocenić samej, czy dokonałam jakiegoś postępu, czy wręcz przeciwnie, jednak doskonale pamiętam początki i własne oczekiwania względem tego, jak to moje miejsce powinno wyglądać, w jaki sposób powinnam starać się, by je rozwijać i ulepszać. Tak jak w wielu przypadkach moje oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością niczym Titanic z górą lodową.Oto kilka z nich - zachęcam Was także do udziału w dyskusji: napiszcie czy blogujecie, jeśli tak to jak długo, czy macie podobne spostrzeżenia, a przede wszystkim: podajcie w komentarzu linki do swoich blogów  :)

"Stworzę wyróżniający się i jedyny w swoim rodzaju blog o książkach!"

Tak naprawdę, zakładając blog o literaturze nie zdawałam sobie sprawy ile takich stron już istnieje, ile cały czas ich powstaje. Nie jestem nawet w stanie tego zarejestrować i wiem, że gdzieś w tym całym morzu, albo oceanie  blogosfery umykają mi miejsca i ludzie wyjątkowi, ciekawi, lub z podobnymi gustami literackimi.Aby gdzieś wybić się ponad innych, zwrócić na siebie uwagę trzeba czegoś więcej niż chęci, jak zwykle to kwestia pracy i odpowiedniego pomysłu.

"Będę pisać i publikować regularnie."

Założenie bardzo dobre, wręcz chwalebne, ale w moim przypadku niewykonalne. Nie jestem robotem, mam swoje gorsze dni, brakuje mi zwyczajnie czasu i wtedy blog schodzi automatycznie na dalszy plan.Podziwiam i zazdroszczę tym, którzy świetnie wywiązują się z narzuconych sobie schematów, jest to także recepta na sukces i profesjonalny wizerunek, mimo to dawno już przestałam oszukiwać samą siebie - nie jest to moim priorytetem, chociaż staram się trzymać jakiegoś przyjętego wcześniej układu postów.

"Aktywnie wypromuję blog na Facebooku, Twitterze, Snapchacie, Instagramie, ..."

W sferze social media sprawa wygląda tak, że ja i Snapchat skutecznie się unikamy, do Facebooka podchodzę nieco nieśmiało i z rezerwą, lepiej mi idzie z Instagramem, chociaż chciałabym, by był to bardziej poważny związek, natomiast z Twitterem jakoś nie czuję głębszego kontaktu. Jednak nie oszukujmy się - bez tych wszystkich dodatkowych pochłaniaczy czasu trudno jest dotrzeć do czytelników, sam blog nie wystarczy, potrzebuje dobrej, skutecznej promocji.

"Zakładam bloga tylko i wyłącznie dla siebie!"

Pamiętam, że wcześniej wydawało mi się, że nie będę przejmować się opiniami innych, w końcu to mój blog, moje zdanie na temat książek. Tymczasem łapię się na tym, że codziennie sprawdzam blogowe statystyki, a każde spadki są dla mnie tragedią i nerwowym zarwaniem nocki... Nie, tutaj akurat przesadziłam, mało które zmartwienie spędza mi sen z powiek. Przywiązuję ogromną wagę do odbioru postów i publikacji, więc twierdzenie, że piszę teksty tylko dla siebie mogę spokojnie włożyć między bajki.

"Brak ochoty na czytanie? Nie w moim przypadku!"

Zmora każdego książkoholika, gorzej jeśli dotyka recenzenta, który na przykład musi wywiązać się z zobowiązania wobec wydawnictwa. Tak, Drogi Czytelniku, jeśli do tej pory nie było takiego przypadku w twoim życiu, że przeczytanie choćby jednej strony przychodziło Ci z trudem to wiedz, że taki dzień na pewno nadejdzie. To jak klątwa, tragiczne, nieprzewidziane fatum.Jeszcze istnieje takie pojęcie jak kac książkowy, dopada naprawdę każdego. Jak się przed tym uchronić? Może jakaś szczepionka? Niestety, w tym przypadku zaleca się postępowanie podobnie jak w katarze - przeczekać, możemy ratować się suplementami, poić litrami herbaty z miodem, w końcu jednak samo przechodzi.




165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis

165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis


„Dyskretne szaleństwo”
Mindy McGinnis

Wydawnictwo Kobiece
2017 
388 stron



„- Więc naprawdę aż tak bardzo się różnimy? Zdrowi od chorych? - zapytała teraz.
- Jestem skłonny stwierdzić, że nie ma żadnej różnicy – oświadczył lekarz. - Dla mnie osoby obłąkane to te, które po prostu zdecydowały się nie angażować  w sprawy świata w sposób taki, jak większość populacji. Bywają dni, kiedy się zastanawiam, czy przypadkiem nie dokonały właściwego wyboru.”

Podobno czasami lepiej odejść od zdrowych zmysłów, by nie oszaleć. Taką zasadę stosuje główna bohaterka powieści Mindy McGinnis, Grace Mae, dziewczyna z dobrego domu, która, będąc w ciąży, ląduje w przytułku dla obłąkanych. Krótkotrwały pobyt ma ją uwolnić od plotek, a jej rodzinę od skandalu, jednak Grace zmaga się tam z własnymi demonami. Podejmuje się także współpracy z doktorem Thornhollow’em, który pomaga miejscowej policji na miejscu zbrodni. Razem tworzą portret psychologiczny zabójcy.

Książka, która określa się mianem „thriller gotycki” nie może mi być obojętna, nic więc dziwnego, że szybko sięgnęłam po nową powieść Mindy McGinnis, by na własnej skórze, albo raczej, na własne oczy, przekonać się, czy jest to historia warta uwagi. Muszę przyznać, że nie jest to w 100% to na co liczyłam, ale mimo to nie jestem zawiedziona.

Mroczna, niechlubna historia przytułków dla obłąkanych nosi w sobie całe, ogromne jarzmo ludzkich dramatów, upokorzeń i bólu. W czasach wiktoriańskich, kiedy to medycyna, jaką znamy dziś nie była szczególnie rozwinięta, wręcz na porządku dziennym miały miejsce rzeczy, od których włos się jeży na głowie, egzystencja w takim ośrodku była godna pożałowania. Brud, smród, nieludzkie traktowanie były koszmarną codziennością, a przecież często zdarzało się tak, że do takich miejsc trafiały osoby zupełnie normalne. Świadomość tego jest naprawdę przerażająca, a autorka „Dyskretnego szaleństwa”, doskonale obeznała się w tych realiach i taki też obraz ukazała w swojej książce czytelnikom. Szczerze mówiąc, byłam przygotowana na bardziej drastyczne, mocniejsze sceny, bardziej dosadne i krwawe, jednak Mindy McGinnis zdecydowanie oszczędziła nam tego. Główna bohaterka tylko na początku jest w takim przytułku, prosto z najgorszego koszmaru, później jest już w placówce, gdzie pacjentów traktuje się z należytym szacunkiem i troską.

Warstwa kryminalna, bądź sensacyjna powieści nie jest w znacznym stopniu na pierwszym planie, owszem, jest zbrodnia, jest śledztwo, jednak to przeżycia Grace są   tutaj osią fabuły. Nie uznaję tego za wadę, ponieważ dzieje się tam naprawdę sporo, a jej historia jest poruszająca i ciekawa, więc nie pozostawia odbiorcę obojętnym. Relacja Grace z doktorem Thornhollow’em przypomina nieco tą, która łączy Watsona z Sherlockiem, z tą różnicą, że para z „Dyskretnego szaleństwa” jest sobie niemalże równa, nikt nie jest tutaj mądrzejszy, sprytniejszy czy bardziej spostrzegawczy, nie ma typowego układu mentor-uczeń – bardziej się uzupełniają, a ich rozmowy to prawdziwa burza mózgów.

Co ciekawe, książka w niektórych fragmentach potrafiła mnie zaskoczyć – czytając byłam przygotowana na dany moment, oczekiwałam niektórych, konkretnych sytuacji, tymczasem autorka poprowadziła akcję inaczej. To mnie całkiem pozytywnie nastawiło do tej powieści i sprawiło, że na pewno zapamiętam ją na długo. Myślę, że „Dyskretne szaleństwo” może zadowolić każdego, kto lubi kryminalne historie, pomimo, że brakuje tego elektryzującego napięcia, cechującego thrillery lub powieści sensacyjne. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że przypadnie do gustu osobom, które na co dzień nie sięgają po wyżej wspomniane gatunki, odrzuca ich brutalność i zwyrodnienie, a wysoce cenią  sobie poruszające, ludzkie losy.
164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

„Arkandel”
Katarzyna Bułat

Wydawnictwo Novae Res
2017
152 strony


„Zmrużył oczy i ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia.
- Co ty sobie wyobrażasz?- powiedział powoli, oddzielając od siebie wyrazy tak, jakby wcale nie tworzyły zdania, tylko były osobnymi pociskami, z których każdy miał trafić w jej serce. - Co ty sobie wtedy wyobrażałaś?
Przygryzła wargę. Musiał dziś dużo przeczytać.”



Rodzina wyjeżdża na wspólne wakacje, na Riwierę Czarnogórską. Mąż natrafia na rękopis swojej żony - podczas lektury, która wywołuje u niego silne emocje, zmienia swoje podejście do najbliższych.

Zdarza się, że na drodze każdego książkoholika przewrotny los stawia lektury wybitne, znakomite lub zwyczajnie dobre, ale też takie, które są złe, mierne i nijakie. Taką właśnie książką, z grupy tych słabszych, w moim mniemaniu jest „Arkandel” Katarzyny Bułat.

Z tego, co zdążyłam się zorientować to autorka w swojej twórczości częściej sięga po poezję, to zdecydowanie można wyczuć, czytając „Arkandel”, jednak w tym przypadku nie mogę tego uznać za zaletę. Wręcz przeciwnie – styl jest za ciężki, zbyt wydumany, brakuje miejscami pewnej logiki, co łatwo rzuca się w oczy. Długi czas, na przykład, zastanawiałam się jak to jest możliwe, by mocno zranić się o leżący na podłodze nóż? Potraficie to wytłumaczyć? Nie chcę spojlerować książki, ale takich „kwiatków” jest tutaj zaskakująco dużo, jak na tak mały format. Przez większość czasu, poświęconego lekturze dumałam o czym ona tak właściwie jest? Nawet przesłanie, morał czy główny wątek historii nie mogły zrobić na mnie wrażenia, ponieważ nie byłam w stanie uwierzyć w fabułę. A na tym chyba polega zadanie pisarza, prawda? Aby przedstawić nam opowieść, nawet najbardziej niesamowitą, w taki sposób byśmy w pewnym stopniu w nią uwierzyli.

Wielokrotnie trafiałam w tekście na takie perełki stylistyczne jak : „ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia” czy „przeżuwaliśmy te rozmowy powoli, powoli – jak zazwyczaj przeżuwają trawę… krowy”. Wszystkie takie zdania zaznaczałam w tekście, ale po pewnym czasie musiałam zrezygnować, bo było tego zwyczajnie za dużo. Nie robi na mnie wrażenia taka nietypowa liryka, wywołuje wręcz odruch natychmiastowego zamknięcia książki, uratowało mnie jedynie to, że powieść jest bardzo krótka, ma zaledwie 150 stron, na szczęście. Większej jej dawki chyba bym nie zniosła...

Kolejnym słabym punktem są bohaterowie – nie wywołują ani sympatii, ani nienawiści czy irytacji – są do bólu obojętni. Nie przekonują mnie ich uczucia, które zmieniają się ze strony na stronę, podobnie jak ich decyzje. Nie widzę także ich cech, których istnienie autorka próbuje wmówić czytelnikowi. Ojciec, który uznawany jest za złego - nie poświęcający swego czasu żonie czy córce, spędza z nimi chwile, z dzieckiem wychodzi na spacer. Odseparowuje się od rodziny tylko przy lekturze książki. Nawet nie wiem, kto tutaj jest główną, najważniejszą postacią, ponieważ żadna nie wysuwa się na pierwszy plan, wszystkie zlewają mi się w jedną, szarą masę, bez widocznych wad lub zalet.

Fabuła w zamyśle chyba miała być zastąpiona przez egzystencjalne rozterki bohaterów, pytania o sens życia i relacje z najbliższymi, ja to doskonale rozumiem, i wiem, że takie książki nie należą do łatwych i przyjemnych, ale bez dobrego warsztatu pisarskiego, bez pewnej spójności czy pomysłu, cała powieść  okazuje się mierna i nijaka. Nadmierne wydumanie, pogłębianie problemów, które ukazują się nam jako drobnostka, to jedna z najgorszych rzeczy w książkach, oprócz nudy i obojętności. Czy polecam? Zdecydowanie nie.
163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia

163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia


Zauważyłam, że ostatnio w ramach cyklu Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego prezentuję tylko tytuły, które spodobały się najmłodszemu, co jest rzeczą oczywistą, ponieważ sama czytam mu te książki, więc wydaje mi się , że poznałam je na tyle, by móc o nich pisać. Z książkami, które czyta Ignaś sprawa przedstawia się trochę inaczej - pomimo tego, że czytam i jemu, to jednak duże fragmenty mi umykają. W związku z tym postanowiłam, że o tytułach, które przypadły do gustu mojemu dziesięciolatkowi napiszę w jednym poście, zbierając jego ulubione, przeczytane podczas wakacji egzemplarze - na szczęście jest z czego wybierać, chociaż parę książek jeszcze zostało do skończenia, ale na razie Ignaś rzucił się ochoczo za czytanie lektur szkolnych (!).


"Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem" Michael Broad
Seria przygód o Jacku Placku od razu bardzo się Ignasiowi spodobała, od momentu, kiedy pierwszy raz zetknął się z nią, poznając "Jacek Placek i odwiedziny wampira". Zarówno styl pisania, jak i sama forma bardzo odpowiada Ignasiowi - tym razem nasz główny bohater musi zmierzyć się z nauczycielką-wilkołakiem, potworną opiekunką i prawdziwą mumią, czyli cała masa niesamowitych, zabawnych przygód, przyozdobiona dowcipnymi, jakby wyjętymi żywcem z brulionu, różnorodnymi obrazkami i gryzmołkami.

seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Rick Riordan
Po Harrym Potterze przyszła kolej na innego, chłopięcego bohatera, który musi stawić czoła potężnym, złym mocom. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że seria Ricka Riordana spodoba się tak bardzo, że już podczas czytania pierwszej części, będę musiała szybko zamawiać następne, a najlepiej cały pakiet... I faktycznie, Ignaś pochłaniał tom za tomem, do skończenia pozostała mu jedynie V część. A dodatkowy pożytek z tego taki, że zainteresował się mitologią i rozpoczął swoją przygodę z moją ukochaną "Mitologią" Parandowskiego - #dumnamama ;)

"Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach
Pierwotnie książka ta była zamówiona dla młodszego, ale nie doczytałam, że treść skierowana jest raczej dla starszych odbiorców i tak oto trafiła w ręce Ignasia. Osobiście uważam, że jest naprawdę rewelacyjna - zachwycają mnie zarówno rozdziały, jak i strona wizualna. Myślę, że o tej publikacji napiszę szerzej w osobnym poście, ale póki co mogę powiedzieć, że jest to świetna lektura, z mnóstwem ciekawych informacji o najbardziej popularnych potworach i innych szkaradziejstwach, z całą masą nawiązań do filmów, książek czy, szeroko pojętej, kultury bądź wierzeń. Jak najbardziej z kręgu ignasiowych zainteresowań :) Od jednorożców, przez trolle, gnomy i czarownice, aż po tajemnicze slendermany. Brrr...


162.Indiana Jones w spódnicy? | "Reguła nr 1" Marta Guzowska

162.Indiana Jones w spódnicy? | "Reguła nr 1" Marta Guzowska


„Reguła nr 1”
Marta Guzowska

Wydawnictwo Marginesy
2017
372 strony


„Jestem archeolożką i złodziejką. No, co się tak patrzycie? Zakładam, że od czasu do czasu też musicie coś zjeść. Pensja naukowca ledwo starcza na jedzenie, a ja do tego lubię też czasem  fajnie się ubrać, pójść do knajpy, nawet wyjeżdżać, i niekoniecznie na wykopaliska. Na to wszystko trzeba pieniędzy. A pensja naukowca… Zresztą już to ustaliliśmy.”

Indiana Jones w spódnicy?
Tak właśnie pomyślałam sobie, czytając opis najnowszej książki Marty Guzowskiej – w tym przypadku podobieństw jest trochę, między innymi trzymające w napięciu przygody i starożytne skarby, których poszukują, między innymi, różne typy spod ciemnej gwiazdy.

Osobiście ogromnie cenię sobie tematy związane z historią czy nawet archeologią w powieściach, takie zagadnienia zawsze przykuwają moją uwagę i sprawiają, że łatwiej i chętniej zagłębiam się w lekturze. W tym przypadku radość z czytania jest  większa, ponieważ autorka jest archeologiem ze sporym i imponującym doświadczeniem, co daje nadzieję na rzetelne informacje i znajomość branży od podszewki. „Reguła nr 1” to drugi tom z serii o Simonie  Brenner, można go czytać bez znajomości pierwszej części, ale podejrzewam, że już podczas lektury na pewno nabierzecie ochoty na poprzednie przygody niepokornej bohaterki, a także następne.

Simona Brenner jest uznaną panią archeolog, jest także złodziejką – kradnie i sprzedaje drogocenne eksponaty. Tym razem dostaje propozycję nie do odrzucenia, ma odszukać i ukraść mityczne złote runo. Początkowo podchodzi do nowego zadania dosyć sceptycznie, jednak z czasem nabiera przekonania o istnieniu starożytnego przedmiotu, którego historię opisuje mit o wyprawie Argonautów. Poza tym nie tylko jej zależy na jego zdobyciu, a poszukiwania stają się coraz bardziej niebezpieczne.

Marta Guzowska, okazała się naprawdę miłym zaskoczeniem, ponieważ jak na panią archeolog świetnie posługuje się słowem pisanym, potrafi stworzyć wciągającą, bogatą w zaskakujące wydarzenia intrygę, którą czyta się z zapartym tchem. Naprawdę, bawiłam się świetnie, czytając o przygodach Simony Brenner.  Powieść trzyma w napięciu, jest ciekawie skonstruowana, w odpowiednim momencie ma umiejscowione zwroty akcji, dzięki czemu nie sposób się nudzić.

Miałam pewne obawy odnośnie głównej bohaterki – Simona Brenner postępuje nie do końca uczciwie, jest złodziejką, popełniła w swym życiu wiele złych uczynków, a z takimi postaciami przeważnie jest problem, by ich polubić, by im kibicować. Tymczasem nie musiałam długo zagłębiać się w lekturę, by poczuć nić sympatii do niepokornej pani archeolog. To pewna swoich umiejętności kobieta, z dużą wiedzą, ale także ironicznym poczuciem humoru, który towarzyszy jej przez cały czas. To silny charakter, wobec którego nie można być obojętnym. Ta postać zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan i dystansuje pozostałych.

Czy polecam „Regułę nr 1” Marty Guzowskiej? Zdecydowanie tak! To świetna książka dla tych, którzy lubią przygodowo-sensacyjne fabuły, którym nie straszne wątki historyczne, nawet takie, które sięgają do czasów starożytnych. Będziecie mieć ochotę na więcej, podobnie jak ja - chętnie także sięgnę po inne książki pani Guzowskiej.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy
161. "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard

161. "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard



„Wszechświat w twojej dłoni”
Christophe Galfard

Wydawnictwo Otwarte
2017
411 stron

„Twoja ojczysta planeta widziana z tego miejsca ma rozmiar czterech Księżyców w pełni. Wygląda jak błękitna perła unosząca się na usianym gwiazdami tle. 
Znikomość naszego świata wobec  ogromu przestrzeni kosmicznej uczy i zawsze nas będzie uczyć pokory.”

Na wstępie wyjaśnijmy sobie jedno – jestem typową przedstawicielką tej części ludzkości, która określa siebie chlubnym mianem „osoby o umyśle humanistycznym”, co oznacza po prostu, że niełatwo ogarniam wszelkiego rodzaju terminologie dotyczące matematyki czy fizyki. W moim przypadku jest to wręcz kompletna ignorancja. Kiedy więc padła propozycja żebym zapoznała się z książką „Wszechświat w twojej dłoni” Christophe’a Galfarda, któremu przyznano tytuł doktora fizyki na Uniwersytecie Cambridge, to poczułam znajomą pustkę w głowie i ogromne zwątpienie – czy to jest właściwie książka dla mnie? Cieszę się, że już od pierwszych stron przekonałam się, że jednak tak.

Dużo ostatnio jest wydawanych książek dotyczących natury, otaczającego nas świata, które, tak się szczęśliwie składa, są pisane tak, że w ciekawy i niewymuszony sposób przekazują mnóstwo fascynujących informacji. „Wszechświat w twojej dłoni” znakomicie wpisuje się w ten nurt. Dodatkowym atutem jest sama otoczka wizualna, która mnie urzekła, piękna, twarda oprawa idealnie nawiązuje do treści, nie daje czytelnikowi lub potencjalnemu odbiorcy żadnych złudzeń.

Christophe Galfard zabiera nas w podróż, a nawet w kilka podróży, na wielu płaszczyznach, jest to wędrówka w czasie, przestrzeni, po zakamarkach naszego umysłu i własnej, nieograniczonej niczym kosmos, wyobraźni. Zjawiska i teorie autor stara się wytłumaczyć w takiej formie, by były one przystępne i w miarę zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, by nie przyprawiły nikogo o ból głowy. Nie twierdzę, że zaraz po lekturze będziemy mieli taki poziom wiedzy, jak sam Galfard, ale na pewno wiele rzeczy, które do tej pory były nam obce, staną się prostsze i bardziej przyswajalne.

Ale jakie informacje są zawarte w książce? Począwszy od tych dotyczących kosmosu, jego wielkości, zmian, jakie w nim zachodzą, wydarzeń, które mają miejsce w tej niewyobrażalnej przestrzeni, aż po najmniejsze cząsteczki wszechświata – atomy. Poznamy teorie dotyczące prędkości światła czy względności czasu, bądź praw grawitacji. Mnóstwo ważnych, interesujących informacji, które mogą zaintrygować nie tylko umysły ścisłe. Całość napisana jest językiem potocznym, bez dużej ilości zwrotów niczym z podręczników i leksykonów, natomiast zgrabnie wykorzystany przez autora zabieg bezpośredniego zwracania się do czytelnika sprawia, że łatwiej nam skupić uwagę na treści, śledzić tekst i pogrążać się w przedstawianych wizjach.

Dla mnie ta książka okazała się prawdziwym, miłym zaskoczeniem. Nigdy nie sądziłam, że takie tematy okażą się dla mnie fascynujące i w pewnym stopniu zrozumiałe. Polecam każdemu, kto jest ciekawy świata, a nawet całego, przytłaczającego swą niezmierzonością wszechświata, kto patrzy w nocne niebo, usiane rozsypanymi gwiazdami i zastanawia się, co kryje w sobie ten niezwykły widok?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte
160. Typ Klasyczny #20 "Dzieje Tristana i Izoldy" autor nieznany

160. Typ Klasyczny #20 "Dzieje Tristana i Izoldy" autor nieznany


„Tristan i Izolda”
autor nieznany

Wydawnictwo MG
2017
286 stron



„Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej. Słuchajcie, w jaki sposób w  wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego.”


Ze starego celtyckiego mitu powstała poruszająca pieśń, przekazywana z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, ubarwiana, wzbogacana. Z pieśni zaś zrodziła się historia, która inspiruje wielu twórców, mimo że od jej powstania minęły stulecia.

Dzielny, waleczny Tristan, siostrzeniec króla Marka, przybywa do Irlandii w poszukiwaniu żony dla swojego władcy – wybranką okazuje się być Izolda Jasnowłosa, która odpływa wraz z rycerzem ze swej rodzinnej wyspy. Podczas podróży para głównych bohaterów nieświadomie wypija napój miłosny – wino przygotowane przez matkę Izoldy, które dziewczyna miała spożyć podczas swojej nocy poślubnej. Uczucie spada na nieszczęsnych kochanków i pieczętuje ich tragiczny los.

Pieśń o Tristanie i Izoldzie powstała wieki temu, jest znakomitym przykładem starofrancuskich utworów, opiewających dworską miłość oraz celtyckich legend arturiańskich. Spisana pierwszy raz w XII w. jest tak naprawdę tworem wykształconym przez lata, opowiadanym i przekazywanym z jednej osoby na drugą. Nieznana jest dokładna historia jej powstania, co nadaje jej nieco tajemniczą otoczkę. Wielokrotnie spisywana w późniejszych czasach, tłumaczona na różne języki – między innymi w znakomitym przekładzie Tadeusza Żeleńskiego-Boya, które ostatnio zostało wydane przez wydawnictwo MG, z krótkim wstępem, dzięki któremu odrobinę czytelnik może sobie przybliżyć to dzieło.

Często porównuje się historię Tristana i Izoldy do pary innych kochanków, którzy tragicznie zakończyli swój los – do Romea i Julii. Sądzę, że więcej jest jednak w tym przypadku różnic niż podobieństw. Jest to także zupełnie inny rodzaj miłości – bohaterowie starofrancuskiej pieśni zakochują się w sobie pod wpływem tajemniczego eliksiru, od tego momentu są zdolni do wielu czynów, które były wbrew ich naturze czy wychowaniu. To miłość, która jest zdolna do wzniosłych, szalonych czynów, ale także do postępów niehonorowych, złych i zakazanych. Uczucie między Tristanem i Izoldą nie zważa na nic, niszczy wszystko wokół, na koniec zaś niszczy także parę oddanych sobie kochanków, którzy nie mogąc żyć ze sobą, łączą się po śmierci, w symbolicznej scenie. Trudno ich jednak obwiniać za zdrady, wyrządzone krzywdy, skoro ich los tak naprawdę nie należał do nich samych, to przecież nie oni, z własnej, nieprzymuszonej woli padli sobie w objęcia. Wszystkiemu winny wywar, który został przygotowany przez matkę Izoldy na noc poślubną. Od chwili, gdy ich usta zetknęły się z tym niezwykłym, przedziwnym napojem, nie są w stanie istnieć jedno bez drugiego, cierpią męki w rozłące i gotowi są sprzeniewierzyć własny honor, by móc być razem.

Myślę, że niektórych zaintrygują elementy fantastyczne w „Dziejach Tristana i Izoldy”, jak wspomniany wcześniej eliksir miłosny czy smok, którego musiał pokonać Tristan, by zdobyć rękę wybranki króla Marka. Wspaniale ubarwiają całą historię, nadają jej ciekawego, nadnaturalnego klimatu, który idealnie współgra ze średniowiecznym życiem, damami i rycerzami.

Jeśli więc jeszcze nie poznaliście tego niezwykłego dzieła, które miało ogromny wpływ na twórców kolejnych epok, oraz jest pewnym punktem odniesienia jeśli mowa o średniowieczu, eposy z dawnych czasów i miłosne historie, to koniecznie je przeczytajcie. Nie da się ukryć, że jest to utwór, który na nasze współczesne standardy może się wydawać nieco przestarzały i zatęchły, jednak w pewnym sensie ta jego wada staje się zaletą, gdy uświadomimy sobie, jaką drogę musiała ta pieśń przebyć, ile lat przetrwać, jak wiele epok przeminęło, a „Dzieje Tristana i Izoldy” nadal poruszają, intrygują i inspirują.
Copyright © 2014 love, coffee and books , Blogger