159. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins

159. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins


„Poznajemy arcydzieła.
Przewodnik po sztuce”
Rosie Dickins
konsultacja: Nicola Butler

Papilon
Publicat S.A.

80 stron



„Widzów niezmiennie fascynuje zagadkowy uśmiech Mony Lisy. Jest wyrazem szczęścia czy smutku? A może znudzenia? Wyraz twarzy kobiety zmienia się, w zależności od miejsca, z którego patrzymy na obraz. Aby osiągnąć ten efekt, Leonardo zastosował technikę zwaną sfumato, polegającą na łagodnych przejściach od ciemnych do jasnych kolorów

Sztuka i malarstwo od dawna mnie fascynują, nic więc dziwnego, że takie zainteresowania chciałabym także zaszczepić swoim dzieciom. W przypadku dwóch chłopców, których zainteresowania oscylują gdzieś pomiędzy grami na playstation, Gwiezdnymi Wojnami, Batmanem i Władcą Pierścieni to moje rodzicielskie ambicje wpojenia w nich wrażliwości na dzieła sztuki mogą być skazane na niepowodzenie. Ale może jeszcze nie poległam, może jest iskierka nadziei?

Ostatnio w nasze ręce wpadła całkiem ciekawa publikacja, która jest swoistym kompromisem pomiędzy oczekiwaniami moimi a  dzieci - oto w małej, skondensowanej pigułce dostają ciekawe informacje, które ich nie nużą, są jasne i zrozumiałe, a w dodatku wzbudzają chęć bliższego poznania danych dzieł.

W książce "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins zgłębiamy tajniki 35 słynnych obrazów, przedstawionych w porządku chronologicznym, reprezentujących wiodące w danej epoce style oraz techniki. Począwszy od "Portretu małżonków Arnolfinich" poprzez słynną "Monę Lisę" czy "Autoportret" Rembrandta aż po bardziej współczesne "Państwo Clark i Percy", otrzymujemy krótkie informacje na temat danego dzieła takie jak: autor, rok powstania i kraj, z którego pochodzi. Każda reprodukcja jest także opatrzona notką historyczną, dotyczącą okoliczności powstania bądź przybliżeniem techniki, której obraz jest przykładem. Oprócz tego przy każdym arcydziele znajdują się dodatkowe ciekawostki, które, przyznam szczerze, wzbudzały największe zainteresowanie podczas czytania- odnajdywanie szczegółów czy objaśnianie ukrytych znaczeń czy symboliki  to właśnie to, co powodowało, że obydwoje wpatrywali się w przedstawiane obrazy, zgłębiając detale z prawdziwą pasją.

Wybór jest ciekawy i w miarę różnorodny, pojawiają się słynne i znane dzieła, ale także takie, które są mniej popularne, namalowane w różnych technikach, które dziecko może zechce bardziej zgłębić czy samemu wypróbować. Może także chcieć poznać te arcydzieła, zobaczyć w oryginale i stąd już łatwa droga do rozbudzenia w nich ciekawości i zainteresowania historią sztuki. 

Cieszę się, że sięgnęliśmy po tę książkę i że przedstawione w niej dzieła spodobały się moim dzieciom, nawet mój ulubiony obraz - "Ofelia" Johna Millais  - wywołał u nich prawdziwy zachwyt ("wygląda jak zdjęcie!"). A wspólne śledzenie na obrazach ukrytych podpisów, drobnych szczegółów, było prawdziwą zabawą.
158. "Łaska" Anna Kańtoch

158. "Łaska" Anna Kańtoch


„Łaska”
Anna Kańtoch

Wydawnictwo Czarne
2016
398 stron

„Mimo zmęczenia nie potrafiła zasnąć, leżała więc tylko, wpatrując się w półmrok. Miała wrażenie, że taka sama ciemność spowija jej myśli, tkwi w gardle i za oczami jak zastarzały kłąb rozpaczy. Czasami żałowała, że nie jest naprawdę chora. Nie na banalną grypę, ale na coś poważniejszego, może nawet śmiertelnego. Przynajmniej miałaby usprawiedliwienie, dlaczego nie radzi sobie z własnym życiem.”

Z twórczością Anny Kańtoch zetknęłam się ładnych parę lat temu, kiedy to w moje ręce trafił zbiór opowiadań „Diabeł na wieży”, książka z gatunku fantasy. Mimo tego, że lektura zrobiła na mnie spore wrażenie do tej pory nie miałam kontaktu z pozostałymi dziełami tej pisarki, która na swoim koncie ma już sporo zdobytych nagród i wyróżnień, liczne grono wielbicieli jej pióra oraz całkiem długą i zachęcajcą listę wydanych tytułów. Kiedy jednak zrobiło się głośno o jej najnowszych powieściach kryminalnych czyli „Łasce” i „Wierze” postanowiłam nadrobić zaległości i zapoznać się z nimi, tym bardziej, że co krok napotykałam na ich pozytywne recenzje i pochwalne opinie. I tutaj muszę Wam od razu napisać, że się nie zawiodłam – tak, jak autorka oczarowała mnie w świecie fantastycznym, tak udało się jej to w mrocznym, PRL-owskim kryminale.

Rok 1955. Sześcioletnia Marysia gubi się w lesie i mimo poszukiwań odnajduje się przypadkiem dopiero po tygodniu, cała umazana w zeschniętej krwi. Nie wiadomo, co jej się przydarzyło, ponieważ dziewczynka nie pamięta, co się z nią działo przez ostatnie dni – jak udało się jej przeżyć, czy była sama, skąd na jej ubraniu znalazła się krew? Po latach Maria jest nauczycielką polskiego, zmaga się z depresją, każdy dzień wydaje się jej męczącym pasmem udręki, jest samotna, ma dystans do świata i życia, które prowadzi w małej, polskiej miejscowości. Pewnego dnia uczeń zamiast kartkówki oddaje jej rysunek, który wywołuje u kobiety spore poruszenie – przedstawia on grupkę dzieci, bawiących się w lesie razem z Kartoflanym Człowiekiem. Po kilku dniach chłopiec popełnia samobójstwo, a miasteczkiem wstrząsa wiadomość o morderstwie kolejnego dziecka. Maria uważa, że ma to jakiś związek z jej przeszłością i próbuje odkryć tożsamość mordercy, jednocześnie zmagając się ze swoimi wspomnieniami.

Jestem naprawdę zachwycona tą książką, to, co Annie Kańtoch naprawdę się udało i co na czytelniku robi spore wrażenie to niesamowity klimat powieści – akcja dzieje się w czasach PRL, ale nieco dwutorowo, ponieważ wydarzenia podzielone są na te, które działy się po zakończeniu II wojny światowej, w latach 50., oraz te, bardziej współczesne, które rozgrywają się w latach 80. Całkiem zgrabnie oddana jest rzeczywistość tamtych siermiężnych czasów, gnuśna codzienność małej miejscowości, w której wszyscy się znają, a jednak gdzieś tam, za brudnymi oknami, w spleśniałych piwnicach, kryje się niepokojący mrok, gromadzą się tajemnice, które mogą nigdy nie wyjść na światło dzienne. Taką duszną, ciężką i zatęchłą atmosferę mocno czuć, chwilami ciarki przechodzą po plecach podczas lektury, autorka bowiem umiejętnie prowadzi czytelnika przez ten ciemny, splątany gąszcz ludzkich strachów i sekretów, mnoży niepokój, jednocześnie wzbudza ciekawość, intryguje i nęci, przez co książka staje się jednym wielkim wciągającym wirem wydarzeń.

Sylwetki bohaterów, jak na kryminał, są nieco nietypowe – na pierwszym planie mamy tutaj nauczycielkę polskiego, Marię, która zmaga się ze swoją niejasną przeszłością, depresją i chronicznym zmęczeniem, na początku jest bierna, a każdy wysiłek jest dla niej nie do pokonania, z czasem zaczyna rozumieć, że to, co spotkało ją jako małą dziewczynkę ma związek ze śmiercią dzieci, jest więc ona jedyną osobą, która może wskazać mordercę lub przejrzeć jego zamiary. Milicja, prowadząca śledztwo, to poniekąd zlepek przeróżnych osobowości, na czele z przesadnie poukładanym, ogarniętym wręcz obsesyjną myślą o awansie, porucznikiem i milicjantką, która musi zmagać się z męskim nastawieniem, że kobiecie nie wypada pracować w tym zawodzie, co najwyżej nadaje się do zaparzania kawy. Poza nimi mamy całe miasteczko, rozmaitych ludzi, wykreowanych w ten sposób, że są nie mniej ciekawi, niż postacie pierwszoplanowe.

Dla mnie „Łaska” to naprawdę świetny, mroczny kryminał, pomimo tego, że udało mi się rozszyfrować twist fabularny w pierwszej połowie, nie przeszkodziło mi to jednak w chorobliwym wręcz zatracaniu się w tej książce, nie mogłam się od niej oderwać i zdecydowanie uważam ją za jedną z najlepszych powieści z tego gatunku, jakie przeczytałam w ostatnim czasie.
157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

„Dalila”
Jason Donald

Wydawnictwo Kobiece
2017
488 stron

„Obiecują ci wszystko, a później tylko od ciebie biorą. Starają się nas ze sobą skłócić. Chcą, żebyśmy siedzieli w domu, samotni, i nic nie robili. To załamujące miejsce. Najczęstszą chorobą jest tutaj smutek serca.”

Irene Dalila Mwathi to młoda dziewczyna, mieszkająca w Kenii, ma rodziców i brata, studiuje, by spełnić swoje największe marzenie – zostać dziennikarką. Wszystko się zmienia, gdy cała jej rodzina zostaje zamordowana, prawdopodobnie przez wuja dziewczyny, który zagarnia dla siebie cały, prowadzony dotąd ze swoim bratem biznes, Dalila natomiast jest przez niego więziona, wykorzystywana fizycznie i bita. Niespodziewanie udaje jej się uciec i dociera do Londynu. Jednak już na samym początku zostaje oszukana przez ludzi, którzy mieli jej pomóc. Zmuszona jest podjąć próbę ułożenia sobie życia w Anglii, by zapewnić sobie bezpieczeństwo i nie wracać do Kenii, gdzie na pewno grozi jej śmierć.

Jason Donald, autor „Dalili” oraz takich powieści jak „Choke Chain” czy „Elsewhere:There”, które niestety do tej pory nie zostały jeszcze wydane w Polsce, urodził się w Europie, ale wiele lat spędził w Afryce, gdzie doskonale poznał tamten świat, panujące na kontynencie zwyczaje oraz kulturę jego mieszkańców, dzięki temu potrafi w sposób szczery i rzetelny o nim pisać. 

„Dalila” jest przykładem nie tylko na dobrą znajomość autora życiem w Afryce, ale także i na to, że  pisarz w dosyć łatwo i bez zbędnych ozdobników potrafi poruszyć serce czytelnika. Historia głównej bohaterki jest wzruszająca i daje sporo do myślenia, Jason Donald umiejętnie gra na emocjach, przy tym forma w jaką nam ją przedstawia jest raczej umiarkowana i stonowana.

Główna bohaterka, po trudnych przejściach i dramatycznych wydarzeniach, ubiega się o azyl w Wielkiej Brytanii – nie jest to proste zadanie, nie ułatwiają tego zawiłe, nieczułe na ludzką tragedię przepisy prawa czy liczne przesłuchania. Dalila jednak wie, że do Kenii nie może wrócić, że grozi jej tam ogromne niebezpieczeństwo, więc za wszelką cenę chce się poczuć pewnie i swobodnie w obcym kraju, który dotąd znała tylko z nielicznych programów w telewizji, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż to, do którego przywykła. Na swojej drodze spotyka ludzi, którzy chcą jej wyrządzić krzywdę, są wobec niej wrogo nastawieni, ale także odkrywa nowe, głębokie przyjaźnie. Kibicowałam jej bardzo w jej staraniach, ogromnie zależało mi na tym, by udało jej się rozpocząć nowe życie, by w końcu nie czuła się zagrożona i nie musiała uciekać. Zarówno jej losy jak i pozostałych bohaterów, uchodźców. były niezwykle poruszające, i nie sposób na nie pozostać obojętnym.

„Dalila” opisuje problem uchodźstwa, który istniał już oczywiście od wielu lat, ale ostatnio wywołuje spore kontrowersje, budzi skrajne uczucia. Dobrze więc wpisuje się w aktualną falę dylematów, dyskusji i nastrojów społecznych. Jason Donald w swojej książce daje czytelnikowi możliwość postawienia się w roli osób, które starają się o azyl, pokazuje jak wygląda ich sytuacja, obrazuje warunki w jakich żyją, jakimi są ludźmi i że najbardziej na świecie pragną dla siebie i swoich bliskich bezpieczeństwa, którego nie mają we własnym kraju. Spotykają się w wrogością, jawną agresją, kompletnym brakiem zrozumienia czy zwyczajnej empatii. Zapewniam, że te historie zrobią na Was ogromne wrażenie, wryją się w pamięć na bardzo długo.

Komu polecam tę książkę? KAŻDEMU. Nieważne czy gustujecie w takich czy innych gatunkach literackich, ta powieść może Was dogłębnie poruszyć, wzburzyć Wasze emocje i dać całkiem sporo do myślenia - takie jest jej zadanie i wywiązuje się z niego naprawdę znakomicie.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski

156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski


„Szklane Żądło”
Bartłomiej Świderski

Wydawnictwo Muza
2017
349 stron

„Strumień czasu wypłukuje mroki pamięci, szlifuje brylanty scen, wygładza ukochane tworze aż do postaci nieskazitelnych masek. I wciąż rwie naprzód. Życia nic  nie zmoże, panta rhei. Na dłuższą metę pod prąd płyną tylko łososie.”

Olaf Dziki, biznesman, właściciel luksusowego jachtu, zostaje oskarżony o zabójstwo swojej dziewczyny. Znaleziono ją na pokładzie „Szklanego Żądła”, przykutą kajdankami do łóżka, nagą, śmiertelnie pchniętą nożem, gdy on w tym czasie leży nieprzytomny, z odgryzionym uchem. Dodatkowo Dziki nie ułatwia sprawy policji ani prokuraturze, ponieważ zapamiętale milczy, nie przyznaje się do winy, ale także nie próbuje nikogo przekonywać do swej niewinności. Z czasem wychodzi na jaw prawda o relacji między nim a zabitą kobietą, a grono podejrzanych powiększa się – na pokładzie, w dniu popełnienia przestępstwa, była także poprzednia narzeczona Olafa.

Bartłomiej Świderski, autor „Szklanego Żądła”, dziennikarz i scenarzysta ma już na swoim koncie kilka powieści oraz scenariuszy do seriali, co można także zauważyć w jego sposobie pisania  – książka składa się z krótkich scen, przebłysków, obserwujemy akcję z różnych perspektyw, śledzimy ją w kilku sekwencjach. Jesteśmy błyskawicznie przerzucani w czasie i przestrzeni, tak, jakbyśmy oglądali serial. Narracja jest zmienna – raz historię opowiada Olaf i to z jego relacji, osobistych wrażeń, możemy dowiedzieć się jak wyglądała jego znajomość z Agnieszką, raz towarzyszymy komisarzowi Wyszyńskiemu i wraz z im odkrywamy tajemnicę tego, co wydarzyło się na pokładzie jachtu, poznać możemy także samą Agnieszkę, w czasie przed dokonaną zbrodnią. Całkiem sporo tutaj różnych perspektyw, mnóstwo spojrzeń na tę tragiczną historię, ale tylko w ten sposób obraz staje się pełny, a bohaterowie wielowymiarowi i prawdziwi.

Autor sprawił, że sam wątek śledztwa, prowadzone dochodzenie w sprawie zabójstwa, nie wysuwa się mocno na pierwszy plan, jednak muszę przyznać, że niekiedy te wspomnienia głównego bohatera czy wydarzenia z życia zamordowanej kobiety, dłużyły się i spowalniały tempo akcji, a ta przecież w rasowym, dobrym kryminale musi czasami pędzić jak szalona, by czytelnik nie znudził się, tylko śledził strona po stronie, zdanie po zdaniu z zapartym tchem, gubiąc się we własnych domysłach. Rozwiązanie zagadki także nie jest trudne, ale może to dlatego, że mam już nieco tego typu powieści przeczytanych na swoim koncie i nie jest łatwo mnie zaskoczyć. Chociaż przyznam, że Bartłomiej Świderski w swojej książce niekiedy podsuwa czytelnikowi fałszywy trop, by ten, złudnie nabrał podejrzeń i dostał w niektórych momentach wątpliwości, czy aby jego przypuszczenia są słuszne? Czy dobrze dedukuje, oskarżając daną postać, a nie inną? Jak potoczyły się wydarzenia tamtego tragicznego wieczoru? Dzięki temu można miejscami się nieźle wciągnąć w intrygę i czerpać przyjemność z czytania.

Postacie są całkiem dobrze wykreowane, z uwagi na różnorodną narrację i przebłyski  scen pomiędzy nimi, ich sylwetki okazują się niejednoznaczne, a relacje są skomplikowane. Przykładem jest tutaj związek między Olafem a Agnieszką, który możemy bardzo dobrze poznać, ich erotyczna, perwersyjna gra, nieustannie zbliża się do granicy bezpieczeństwa, jednak mimo to są sobie niezwykle bliscy, potrzebują się wzajemnie. Dialogi są także mocną stroną powieści, są lekkie, niewymuszone, pozbawione sztuczności, a miejscami napisane z humorem czy filozoficzną nostalgią. Osobiście bardzo spodobał mi się opis pracy śledczych, nieco znudzonych policjantów, którzy niejedno już w swoim zawodowym życiu widzieli i niejedno przeszli. Jednak pod dowództwem komisarza Wyszyńskiego są gotowi i zdeterminowani, by rozwiązać zagadkę śmierci Agnieszki Malik.

„Szklane Żądło” to dosyć mocna, męska, a miejscami nawet brutalna, powieść kryminalna, z niebanalnym sposobem prowadzenia fabuły i odkrywania wątków, powiązań i zależności. Z pewną nutą perwersji i szokujących damsko-męskich relacji, gdzie sadystyczna, niebezpieczna gra miesza się z potrzebą bliskości i bezradnością zwichrowanych przez życie ludzi.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza
155. Przedpremierowo -  "Ocalałe" Riley Sager

155. Przedpremierowo - "Ocalałe" Riley Sager

„Ocalałe”
Riley Sager

Wydawnictwo Otwarte
2017
431 stron


„Chcę, żeby wiedział, że jestem kimś więcej niż uratowaną z masakry dziewczyną, więcej niż wojowniczką, za jaką mnie zawsze uważał. Stworzył mnie, ulepił z krwi, bólu i lodowatej stali. Jestem pieprzoną Ocalałą.”

Quincy Carpenter prowadzi ciche, spokojne życie. Mieszka ze swoim ukochanym, Jeffem, prowadzi poczytnego bloga kulinarnego i stara się po prostu czerpać małe przyjemności z każdego mijanego dnia. Quincy pragnie normalności, ponieważ to, co spotkało ją przed laty już na zawsze naznaczyło ją potwornym piętnem - wspomnienie tego, co wydarzyło się w Pine Cottage, leśnej chatce, do której wybrała się z grupką znajomych, by świętować urodziny przyjaciółki, może doprowadzić do obłędu. Dziewczyna jako jedyna przeżyła krwawą masakrę, a jej sytuację pogarsza fakt, że nie pamięta wszystkich wydarzeń z tamtej przerażającej nocy. W poradzeniu sobie z traumą pomaga jej gotowanie i regularne dawki xanaxu popijane sokiem winogronowym.

„Ocalałe” to wydana przez ukrywającą się pod pseudonimem Riley Sager, pisarkę mieszkającą w Princeton w New Jersey, która, jak możemy się dowiedzieć z niewielu informacji na jej temat, lubi pisać, czytać, oglądać filmy oraz gotować. Informacji o autorce jest mało, poza tymi ogólnikami, natomiast o książce wiemy jeszcze tyle, że jest debiutanckim thrillerem, którym zachwycają się takie osoby z literackiej branży jak Stephen King czy Lisa Gardner. Już na okładce twórca „Cujo” i „To” przekonuje, że będzie to najlepszy thriller, jaki przeczytamy w 2017 roku. Co Wy na to?

Jeśli chodzi o moje odczucia, to od razu skojarzyłam „Ocalałe” z „Lokatorką” JP Delaney. Te dwie książki łączy naprawdę wiele, a „Lokatorka” bardzo mi się spodobała i jak dotąd była na pierwszym miejscu ulubionych, przeczytanych w tym roku thrillerów, kryminałów i powieści sensacyjnych. Czy „Ocalałe” zepchnęły ją z tego piedestału? Podobieństwo między jedną a drugą powieścią nasuwa się już od razu – głównymi bohaterkami są kobiety, które w swej przeszłości przeszły traumę, starają się rozpocząć swoje życie na nowo, ale także pozostają niejednoznaczne, skrywają sekrety, które poznajemy wgłębiając się w fabułę. Poza tym, co bardzo podoba mi się w obu przypadkach, narracja prowadzona jest z różnych stron, poznajemy także wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, jak i te, które miały miejsce sprzed lat. W „Ocalałych” fabuła przeplata się - razem z główną bohaterką, której podświadomość wyparła z pamięci straszne obrazy tego, co stało się w Pine Cottage, odkrywamy prawdę.

Sam pomysł na historię wydaje mi się ciekawy i dosyć oryginalny – poznajemy postacie, które przeżyły już wstrząsające zdarzenia, teraz starają się ułożyć sobie życie, za wszelką cenę walczą o normalność, której tak desperacko potrzebują. Quincy, Samantha, która przeżyła napad szaleńca na motel, gdzie pracowała oraz Lisa, której udało się przeżyć rzeź w damskim akademiku – te trzy kobiety zostały okrzyknięte przez opinię publiczną i media Ocalałymi, tymi, które przetrwały. I chociaż mieszkają daleko od siebie, nie spotykały się, a każda na swój sposób radzi sobie z bolesną przeszłością to jednak wytworzyła się między nimi więź. Kiedy ginie Lisa, dwie pozostałe kobiety w końcu się poznają.

Riley Sager potrafi czytelnika trzymać w napięciu, pomimo tego, że pierwsza część książki nieco mi się dłużyła, to jednak w drugiej dostałam już to, czego oczekuję po dobrym, rasowym thrillerze – napięcie, niepewność i wciągającą akcję. Ostatnie rozdziały czytałam już z gorączkowym zapamiętaniem, nadrabiając początkową ospałość. Autorka zgrabnie zarysowała całą intrygę, tak, by trzymać nas w zwątpieniu i podejrzeniach przez większą część powieści.

Bohaterowie są dobrze oddani, postacie są różnorodne, jednak to między Quincy i Sam dzieje się najwięcej. Ich relacja jest nietypowa, to spotkanie, które miało miejsce po śmierci Lisy popycha akcję, wpływa na Quincy w sposób nieoczekiwany, ale nie chcę Wam zdradzać za dużo, by nie psuć przyjemności z czytania.

Czy „Ocalałe” okazały się dla mnie najlepszym thrillerem 2017 roku? Nie do końca. Ale były bardzo blisko. Zapewniły prawdziwy rollercoaster emocji i napięcia, jednak jak do tej pory „Lokatorka” w niewielkim stopniu wydaje mi się ciekawsza. Mimo to, szczerze polecam powieść Riley Sager, spodoba się na pewno miłośnikom gatunku, fanom niebanalnych historii z mrocznym, niepokojącym wydźwiękiem. Takie wydarzenia, jak te opisane w „Ocalałych” mrożą krew w żyłach i sprawiają, że nigdy już nie spojrzymy na zaciszną, położoną w leśnej dziczy chatkę, tak jak przedtem.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwo Otwarte
154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert

154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert



"Pani Bovary"
Gustaw Flaubert

Państwowy Instytut Wydawniczy
1974
387 stron

„Lubiła morze jedynie za jego burzliwość, a zieleń tylko wśród ruin. Z każdej rzeczy musiała wydobyć jakąś korzyść dla siebie i odrzucała jako zbędne to wszystko, co w danej chwili nie mogło być pokarmem dla jej serca.”

Karol Bovary jest lekarzem, niedawno stracił żonę, ale szybko żeni się ponownie, tym razem pod wpływem uczucia, z młodziutką Emmą. Karol nie zdaje sobie sprawy, że jego wybranka, przekonana o własnej wyższości, zapatrzona w świat elit i arystokracji, odurzona miłosnymi historiami, które zna z powieści, szybko zaczyna nudzić się tym związkiem. Szukając nowych, silnych doznań, wplątuje się w romans.

Można być marzycielem, można snuć te niezwykłe sny na jawie, zatapiając się raz po raz w słodkich, pełnych uroku wizjach i oczekiwaniach, ale czy można dla tego marzenia poświęcać to, co się ma najcenniejszego, nie zważając na ofiary, na przeciwności losu, niczym odurzona ćma, stęskniona za magicznym blaskiem księżyca kierować się wprost w pożerający i spopielający ogień? Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie i zakrzyknąć: „Jestem panią Bovary!” Ponieważ właśnie ta bohaterka najsłynniejszej powieści Flauberta to niezaprzeczalnie kobieta-ćma, niezachwiana w swej wierze w romantyczne uniesienia, kołująca wprost do nieuniknionego, dramatycznego końca swej wędrówki.

Gustaw Flaubert, francuski pisarz, żyjący w XIX w., stworzył dzieło do dzisiaj określane jako wybitne, powieść, która na ówczesne czasy wywołała niemałe poruszenie. Raz – za sprawą procesu, który został wytyczony autorowi za obrazę moralności, dwa – mimo nieco skandalicznego wydźwięku, książkę uznano za arcydzieło, wnoszące do literatury coś, czego do tej pory jeszcze nie było, a co zachwyciło wielu czytelników, samemu Flaubertowi zapewniło zaszczytne miejsce wśród najlepszych pisarzy.

Czy jednak w naszych czasach „Pani Bovary” może nadal zachwycać? Dzisiaj, gdy przekroczono już chyba wszelkie możliwe granice w literaturze, gdy już mało co jest odkrywcze, twórcze i zupełnie nowe? Jestem przekonana, ze tak. Myślę, że wyborna, poruszająca serca i umysły literatura zawsze jest w stanie się obronić.

To, co zachwyca w dziele Flauberta to zdecydowanie spójna kompozycja, idealnie wyważona, doskonała. Autor wprowadza do swej powieści realizm, który w połączeniu z  pewną wyczuwalna dozą romantyzmu tworzy ciekawe, a nawet trochę niepokojące połączenie. Opisywaną fabułę przekazuje w ten sposób, by możliwie jak najmniej było w tym subiektywnych odczuć, by nie narzucać czytelnikowi opinii czy przekonań, a jedynie w jak najlepszym stylu opowiedzieć mu historię. W sposób trzeźwy, racjonalny, bez emocji, dając za to mnóstwo szczegółów, okraszając akapity i wydarzenia detalami, przebłyskami, które, zdawać by się mogło, niewiele wnoszą do głównego wątku, ale jakże mocno rysują nam całość!

Bohaterowie to poniekąd zlepek przeróżnych postaci, umiejętnie wykreowani, ciekawi. Na pierwszym planie mamy oczywiście małżeństwo Emmy i Karola. Sądziłam, że będę mogła współczuć tytułowej pani Bovary, że poczuję do niej litość, tymczasem jej postępowanie nie daje nam złudzeń. Owszem, jest marzycielką, jak twierdzi, urodziła się do lepszego życia, barwniejszego, wyższego, jednakże została żoną wiejskiego lekarza i chociaż na początku stara się dopasować do otaczającej ją rzeczywistości, to szybko okazuje się, że narzucone jej ramy są dla niej za wąskie, uwierają ją, krępują i duszą. W pogoni za rozszalałą burzą swoich uczuć nie dostrzega zagrożeń, ma w sobie nieugaszony bunt i niewyczerpany apetyt na to, co świat może jej zaoferować. Współczuję za to jej mężowi, prostemu, naiwnemu Karolowi, który nie dostrzega prawdziwej natury swej małżonki.

Tłem dla tych dwóch, głównych postaci jest drobnomieszczaństwo, wyraźnie znienawidzone przez Flauberta, ludzie o wąskich horyzontach myślowych, egoistyczni, pozbawieni empatii i charakteru, zamknięci we własnych ścianach obłudy i nietolerancji względem odmiennych poglądów.

Jeśli więc jeszcze nie czytaliście „Panią Bovary” to gorąco Was zachęcam do nadrobienia zaległości. Warto poznać to wybitne dzieło i zatopić się w lekturze, pełnej symboliki, szczegółów i pogoni za marzeniami, która może doprowadzić do tragicznego finału.
153. "Dygot" Jakub Małecki

153. "Dygot" Jakub Małecki



„Dygot”
Jakub Małecki

Wydawnictwo SQN
2017
313 stron

„Mówili, że jego matka to wcale nie matka, ale kochanka, którą okrada z młodości, aby w końcu porzucić ją i wziąć sobie nową. Mówili, że ktoś, kto z zewnątrz wygląda tak biało, musi być w środku czarny niczym smoła. Mówili, że ksiądz na jego widok przeżegnał się i uciekł na drugą stronę ulicy. Mówili, że jest ofiarą eksperymentów, które naziści prowadzili w trakcie wojny na więźniach w obozach koncentracyjnych. Mówili, że każdy, kto spróbuje wątroby białego człowieka, będzie żył wiecznie. Mówili, że jego krew ma cudowne właściwości i potrafi leczyć rany. Mówili, że nic nie je i nie pije, bo nie musi. Mówili, że to szatan we własnej osobie.”

Jakub Małecki, który zadebiutował „Dygotem”, odniósł spory sukces i łatwo wypełnił pewną lukę w polskiej literaturze, tuż u boku Olgi Tokarczuk. Autor, który o naszym przaśnym, polskim poletku potrafi pisać w sposób ocierający się o magię i liryzm to prawdziwa, ale tym cenniejsza, rzadkość. Już wkrótce zostanie wydana „Rdza”, więc postanowiłam nadrobić zaległości, jeśli chodzi o dorobek tego pisarza. Bardzo żałuję, że dopiero teraz, ale - jak to mówił klasyk - lepiej późno niż wcale.

Jan Łabendowicz wraz ze swoją żoną w czasie II wojny światowej pracuje dla Niemki – nie wiedzie im się źle, można nawet powiedzieć, że jak na tamte czasy i sytuację w kraju to wiodą dostatnie, spokojne życie. Wojna się jednak kończy, a ich pracodawczyni musi uciekać przed wkraczającą Armią Czerwoną. Jan, który ma ją odwieźć do granicy z Niemcami, ostatecznie pozostawia ją na drodze i ucieka. Frau Eberl, wściekła i rozgoryczona, rzuca na niego klątwę. Wkrótce po tym na świat przychodzi Wiktor, syn Łabendowicza, który jest odmieńcem o śnieżnobiałej skórze i krwistych oczach.

„Dygot” to saga rodzinna, rozgrywająca się na przestrzeni wielu lat – od wybuchu II wojny światowej do czasów współczesnych, powieść łącząca losy dwóch rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Ich dzieje przeplatają się ze sobą, pieczętują przez uczucie niezwykłego chłopca, Wiktora, i dziewczyny, która została oszpecona na skutek wybuchu granatu, Emilii. Fabuła rozgrywa się na tle przemian i dramatycznych dziejów Polski, historia ma wpływ na bohaterów, ale to ich losy są tutaj najważniejsze i stanowią pierwszy plan powieści. Postacie są niejednoznaczne, często skrywają tajemnice, mają swoje słabości, każdy przyciąga uwagę, jest wyrazisty, ciekawie wykreowany.

Książka Jakuba Małeckiego dotyka przede wszystkim problemu nietolerancji, braku zrozumienia dla odmienności, innego wyglądu czy zachowania. Tym bardziej, że akcja toczy się w małej miejscowości, gdzie mieszkają ludzie o ograniczonych horyzontach, którzy wierzą  w zabobony i przesądy, dla których nie ma kolorów pośrednich między bielą a czernią, a dla własnych przekonań gotowi są dopuścić się najgorszej zbrodni. W takiej społeczności przychodzi na świat albinos, chłopiec, który przez swoją odmienność musiał od najmłodszych lat borykać się z brakiem zrozumienia, jawną agresją, wcielonym złem. To bolesna, poruszająca historia, na którą nie można być obojętnym.

Autor po mistrzowsku wymieszał ze sobą wiele gatunków,  w niezwykle udany sposób przeplata się folklor z nowoczesnością, wierzenia i zabobony z historycznymi faktami, magię i liryzm z przaśną, czasami nawet wulgarną rzeczywistością. To robi wrażenie na czytelniku nie mniejsze niż sama fabuła. Powieść mami, wciąga i odurza, ukazuje świat w całej jego brzydocie i występku, ale zostawia też trochę miejsca na urzekające piękno, na miłość i nadzieję. Książka jest realistyczna, czasami naprawdę mocna i brutalna, jednak z drugiej strony znaleźć tu można klątwy, drobne, cudowne zdarzenia. Ogromnie mnie to urzeka i zachęca do tego, by po tak udanym debiucie przeczytać kolejne powieści Małeckiego - „Ślady”, a następnie „Rdzę”, której premiera już wkrótce.

Jeśli więc do tej pory nie przeczytaliście „Dygotu”, a jesteście wyjątkowo łasi na taką literaturę to zapewniam, że będzie to dla Was fascynująca lektura, powodująca wewnętrzne drżenie, dygot i poruszenie.
152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki

152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki


„Afryka Kazika”
Łukasz Wierzbicki

Wydawnictwo Bis
2017
165 stron



„- To co ciekawego przywiózł pan z Afryki? - zadał znów pytanie dociekliwy chłopiec.
- Najważniejsze, co przywiozłem z podróży to wspomnienia. Największym skarbem są dla mnie te zdjęcia, które oglądacie, te powieści, których słuchacie. Nie zdobycie bogactw jest najważniejsze w podróżowaniu, ale rzeczy, które zobaczycie i ludzie, których spotkacie.”

"Afryka Kazika" Łukasza Wierzbickiego wróciła z nami pewnego razu z jednej z wypraw do biblioteki. Wybór Jeremiego, by wypożyczyć właśnie tę książkę był dosyć niezwykły, ponieważ do tej pory jego ulubione historyjki to te, w których bohater był w zbliżonym wieku do jego lub fabuła oparta była na zupełnie niesamowitych przygodach, a najlepiej, gdy wszystko to było ze sobą połączone.Pewien dotąd mi nieznany impuls spowodował, że syn sięgnął po książkę o wędrówce Kazimierza Nowaka przez kontynent afrykański i tym razem przeczucie Jeremiego go nie zawiodło - był to po prostu strzał w dziesiątkę.

Łukasz Wierzbicki podjął się nie lada zadania - opracował przedwojenne reportaże znanego polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyruszył do Afryki, by na rowerze przemierzyć kontynent. Swoje dokonania i przygody opisał w książce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, stał się także bohaterem książki dla dzieci "Afryka Kazika", gdzie jego fascynujące spotkania z dziką przyrodą i tubylcami, są spisane w taki sposób, by zaabsorbować młodego czytelnika, by były dla niego przystępne, zrozumiałe, a nade wszystko, szalenie ciekawe.

Przede wszystkim ogromnie spodobał mi się forma - krótkie, 2-4 stronicowe opowiadania, zdecydowanie ułatwiają czytanie na przykład wieczorem, przed snem lub na chwilę w ciągu dnia. Dziecko nie znudzi się, łatwo będzie mu śledzić fabułę. W dodatku historyjki opatrzone są kolorowymi ilustracjami, które przyciągają uwagę, a do książki dodana jest mapa Afryki z zaznaczoną trasą wędrówki Kazimierza Nowaka. Poza tym dosyć duża, wyraźna czcionka ułatwia samodzielne czytanie, co ostatnio bardzo doceniam w publikacjach dla dzieci.

Przejdźmy jednak do istoty rzeczy czyli do treści - tutaj naprawdę nie można się zawieźć. Przygody, jakie spotykają Kazika podczas jego wędrówki są niezwykle barwne, miejscami groźne, jak spotkanie z lwem, lub zabawne. Wszystkie łączy mądre przesłanie, pouczające i łatwe do zrozumienia dla młodszych i starszych. Dziecko widzi, że taka podróż polega przede wszystkim na zdobywaniu wspaniałych wspomnień, pokonywaniu słabości i przeciwności losu oraz na tym, by poznać ludzi i miejsca, które się odwiedza. To fantastyczna, wartościowa lektura, która spodoba się nie tylko poszukiwaczom przygód, zapalonym wędrowcom, którzy marzą o odkrywaniu dalekich krain.

"Afryka Kazika" to rewelacyjna książka, która przeniesie dzieci w czasy, kiedy podróżowania nie ułatwiały GPS, samochody terenowe czy nowoczesne gadżety, przeniesie je wprost to afrykańskiego buszu, na pustynię czy oazę, gdzie spotkają mnóstwo egzotycznych zwierząt i ciekawych mieszkańców tego magicznego kontynentu.


Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger