151."Audrey w domu" Luca Dotti

151."Audrey w domu" Luca Dotti


„Audrey w domu.
Wspomnienia o mojej mamie.”
Luca Dotti

Wydawnictwo Literackie
2016
260 stron
„Jeśli jesteś gwiazdą Hollywood, to znaczy, że jesteś Amerykaninem lub Amerykanką. Trudno się oprzeć temu przekonaniu i w powszechnej świadomości niewiele jest od niego wyjątków. Dlatego moja mama prawie zawsze była przedstawiana jako Amerykanka, mimo że była w stu procentach Europejką.”

Księżniczka Anna  w „Rzymskich wakacjach”, niezależna Holly w „Śniadaniu u Tiffaniego”, córka szofera w „Sabrinie” - wszystkie te postacie łączy już na zawsze jedna, wyjątkowa aktorka, którą dzisiaj określamy jednym mianem: „kultowa”. Jej filmowe kreacje oraz ona sama do dzisiaj budzą prawdziwy podziw na całym świecie. Audrey Hepburn, bo to właśnie o niej mowa, czyli Audrey Kathleen Ruston, córka angielskiego bankiera i holenderskiej arystokratki, urodzona w 1929 roku, przetrwała niemiecką okupację w Holandii, przeżyła ogromny głód, który dotknął wtedy mnóstwo istnień ludzkich, doświadczyła strachu, niepewności, by stać się jedną z najjaśniej świecących, nieśmiertelnych gwiazd kina.

Luca Dotti, syn z drugiego małżeństwa Audrey Hepburn, podjął się spisania biografii swojej matki, jednak uczynił to w sposób do tej pory niespotykany. Na kartach jego książki dostrzegamy obraz znacznie bardziej prywatny, codzienny, niż to miało miejsce do tej pory. Na rynku wydawniczym można znaleźć naprawdę sporo publikacji dotyczących życia i kariery słynnej aktorki, ale nikt dotąd nie pokazał jej w taki sposób jak Dotti. Życie rodzinne, czas spędzany w ukochanych miejscach, w otoczeniu najbliższych, chwile ciche, najczęściej zwieńczone jakimś pysznym posiłkiem – to kwintesencja tej nietypowej biografii. Znajdziecie tutaj również sporo przepisów, z których Audrey Hepburn korzystała – od tych bardziej skomplikowanych jak chińskie fondue po te naprawdę łatwe jak ogórki z jogurtem czy kukurydzę w kolbach. Dodatkowym atutem biografii, który podbija wartość  książki i rewelacyjnie obrazuje wielką gwiazdę kina jako żonę, matkę i przyjaciółkę, to zdjęcia. Do tej pory niepublikowane, pochodzące z prywatnych zbiorów, naturalne, w pełni oddające ten wyjątkowy urok i czar, które zachwyciły miliony osób na całym świecie.

Warto pamiętać, że Audrey Hepburn była nie tylko wspaniałą, ubóstwianą aktorką, ikoną stylu i elegancji, ale także osobą, która ponad wszystko ceniła sobie życie rodzinne, bycie matką, a w dodatku odznaczała się niezwykłą empatią i pod koniec swojego życia stała się ambasadorką UNICEF. Wykorzystując to, że jej nazwisko jest znane, zwracała się o pomoc do najbardziej potrzebujących, podróżowała do tych miejsc na Ziemi, gdzie głód i ubóstwo zbierało swe żniwo wśród dorosłych i dzieci. W końcu udało jej się przeżyć w swych najmłodszych latach niemiecką okupację - przeżyty głód, choroby, nieustanny strach odcisnęły się piętnem na jej charakterze oraz zdrowiu. Ta okrutna przeszłość mobilizowała ją, by pomagać innym, by nie zamykać się na cudzą  niedolę.

„Audrey w domu” to ciekawa, nietypowa biografia, która nie skupia się na znanych faktach z życia słynnej aktorki, jej filmowych rolach czy chronologicznej kolejności jej życia. To portret kobiety, która miała swoje słabości, marzenia, której celem było założyć trwałą rodzinę, prowadzić dom pełen ciepła i miłości, która pragnęła dać światu coś więcej niż tylko kilka ról w filmach.  Zapewniam Was, że po lekturze tej książki nieco inaczej spojrzycie na legendę kina, dostrzeżecie coś więcej niż naturalny talent i nietuzinkowy urok, który krył się w tych dużych, sarnich oczach.
150. "Diamentowa Góra" Cecily Wong

150. "Diamentowa Góra" Cecily Wong


„Diamentowa góra”
Cecily Wong

Wydawnictwo Kobiece
2017
376 stron


„(…) mężczyznę łączy z przeznaczoną mu kobietą niewidzialna czerwona nić, zawiązana wokół kostek ich obojga. Nić ta, jak mówi, łączy przeznaczonych sobie kochanków niezależnie od czasu, miejsca  czy okoliczności. Może się rozciągać i plątać, ale nigdy się nie zerwie.”

Chiny, początek XX wieku.  Frank Leong, zamożny przedsiębiorca, wraz z całą swoją rodziną, na skutek przemian, jakie następują w państwie, postanawia opuścić swój dom i z całym dobytkiem przybywa na Hawaje, gdzie ma nadzieję odnaleźć prawdziwy raj na ziemi. Jednak wisząca nad nimi klątwa zdaje się nie podlegać prawom czasu czy przestrzeni i przybywa wraz z nimi na egzotyczną wyspę niczym burzowa chmura, wisząca groźnie nad ich głowami.

Jak do tej pory nie miałam kontaktu z literaturą azjatycką, Cecily Wong jest pierwszą autorką o takich korzeniach, której książkę przeczytałam i muszę stwierdzić, że jestem zauroczona zarówno samą historią jak i sposobem jej przedstawienia. Akcja dzieje się na kilku płaszczyznach, przeplatają się ze sobą wątki kilku kobiet, wszystko jednak łączy ze sobą legenda o klątwie, według której mężczyzna i kobieta są ze sobą połączeni czerwoną nicią, jeśli jednak na swego męża lub żonę wybiorą kogoś innego spadnie na nich przekleństwo, a ich los zostanie przesądzony. Przypomina to historię o dwóch połówkach jabłek, w tym przypadku mamy jednak wiszące bezustannie nad głową tajemnicze fatum – starożytne i okrutne.

Autorka snuje swoją opowieść niczym taką nić – subtelnie, bez nadmiernego tempa, ale im dalej wczytujemy się w powieść, tym więcej możemy w niej znaleźć, staje się ciekawsza i wciągająca. Przez to, że mamy w „Diamentowej Górze” sporą grupę bohaterów, których narracja przeplata się ze sobą, często wracamy do ich przeszłości, dodatkowo ubarwionymi retrospekcjami, można nieco zagmatwać się w tym nadmiarze. Lektura wymaga od nas skupienia i chociaż napisana jest dosyć prostym językiem należy ją śledzić uważnie, bez rozproszenia. Dla mnie osobiście najciekawsze są momenty dziejące się w latach czterdziestych, kiedy poznajemy Amy, która rezygnuje z miłości i wychodzi za mąż za majętnego Bohaia Leonga, czym przypieczętowała swój los.

Do skomplikowanych i niejednoznacznych relacji bohaterów Cecily Wong dodaje niezwykle atrakcyjne tło historyczne, co jest zdecydowanym walorem powieści – jeśli więc jesteście miłośnikami takiego ubarwiania fabuły to na pewno się nie zawiedziecie. Początkowe powstanie bokserów w Chinach lub początek drugiej wojny światowej bądź wydarzenia z historii Hawajów mocno wpływają na akcję powieści i mają wpływ na losy głównych postaci. Autorka potrafi również delikatnie nawiązać do kultury, tradycji i obyczajów tych egzotycznych krajów, które dla przeciętnego mieszkańca Europy są nieosiągalnie dalekie i kusząco tajemnicze. To trochę jak możliwość spojrzenia na bieg ważnych wydarzeń z innej niż do tej pory perspektywy, co jest niezwykle fascynującym i świeżym doświadczeniem.

Pomimo mnogości bohaterów przedstawionych na stronach „Diamentowej Góry” Cecily Wong potrafi je opisać w taki sposób, że nie mamy poczucia, by było one płaskie i pozbawione osobowości. Wręcz przeciwnie, każda z tych osób to zupełnie inna historia, inny człowiek, nieszablonowy, skomplikowany i złożony. Relacje między nimi nadają powieści niepowtarzalnego tonu, są odnośnikiem tego grona przeróżnych sylwetek, których losy tak pilnie śledzimy. Wzajemne oczekiwania, uczucia i obowiązki względem innych pchają ich coraz głębiej, na równi z nieposkromioną siłą mistycznej klątwy.

Polecam książkę osobom, których fascynuje egzotyczna kultura i obyczaje, które są łase na wszelkie azjatyckie historie, tak różne od typowych europejskich, tak barwne niczym kwiaty z odległych krain. To zdecydowanie jedna z ciekawszych powieści o kobietach dla kobiet jakie do tej pory udało mi się przeczytać.

149. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Wielka księga robali" Yuval Zommer

149. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Wielka księga robali" Yuval Zommer


„Wielka księga robali”
Yuval Zommer

Wydawnictwo Wilga
2017
64 strony


„Jak robak ciebie widzi? 
Dla robaków jesteś olbrzymem! W ich świecie kwiat jest wielki jak drzewo, a kamień wysoki jak góra. Poszukajmy tych małych zwierząt.”

Letnia pora to idealny moment na bratanie się z naturą i dobry czas na to, by zarazić dziecko miłością do przyrody, szacunkiem do otaczającego nas świata, który w tym momencie ukazuje mu się w całej swej okazałości, w całym majestacie długich słonecznych dni, ciepłych, migoczących miliardami gwiazd nocy, w niebywałej ferii barw i zapachów. Sądzę, że świetnym wyborem do wprowadzenia potomka w niezwykłe środowisko owadów, bezkręgowców czy po prostu robali jest „Wielka księga robali” Yuvala Zommera, która powstała przy współpracy z Barbarą Taylor.

Pierwsze o czym należy wspomnieć i co niezaprzeczalnie rzuca się w oczy to znakomita oprawa wizualna. Ilustracje stworzył autor i trzeba przyznać, że bogactwo obrazków, ich szczegółowość połączona z naiwnym, bajkowym niemal spojrzeniem na te przeróżne okazy, daje ostatecznie bardzo ciekawy efekt. Czytelnik (zarówno dziecko jak i rodzic) może być oczarowany każdą stroną. Każdemu prawdziwą frajdę sprawi zagłębianie się w te kolorowe, miłe dla oka grafiki, poszukiwanie mnóstwa detali. Takie piękne wydanie, może niezbyt realistyczne, sprawia, że dziecko chętnie sięga po tę książkę, szuka w niej informacji lub po prostu bawi się w odnajdywanie muszek i ciem lub liczy mrówki w mrowisku.  Duży format i twarda oprawa to dla mnie i  dla pięcioletniego Jeremiego, który jest głównym odbiorcą tego tytułu, spora zaleta, niestety wadą jest użyta czcionka, owszem, pasuje do całości, do ilustracji, jest ozdobna, ale dziecku, które właśnie uczy się czytać sprawia pewne trudności.

Treść jest dostosowana do młodego czytelnika, sądzę, że dzieci od 3 lat do 8 mogą być „Wielką księgą robali” zachwyceni, a nawet mój dziesięcioletni syn przeglądał ją z uwagą. Na początku dowiedzieć się można czym są robale czyli bezkręgowce, na jakie grupy się dzielą. Następnie mamy mały przegląd poszczególnych gatunków – omawiane są: chrząszcze, biedronki, motyle, ćmy, mrówki, pszczoły, termity, muchy i dużo innych, które można spotkać w domu, ogródku, parku czy podczas spaceru na łące. Znane robaki, opisane są prosto, ale ciekawie, w taki sposób, by dziecko łatwo przyswoiło sobie informacje. Na końcu książki dowiemy się dlaczego robaki są  potrzebne i znajdziemy kilka sugestii na pomysłową eko-zabawę z dziećmi – jak przygotować bufet dla motyli, stołówkę dla gąsienic czy hotel dla pszczół. Brzmi zachęcająco, prawda?

Dla tych, których ciekawi ten świat malutkich stworzeń, dla małych odkrywców, kilkuletnich badaczy przyrody, jest to godna polecania książka. Myślę też, że spodoba się również tym, którzy czują pewne obrzydzenie czy nawet strach przed pełzającymi czy latającymi bezkręgowcami. Nieco odrealnione obrazki nie wzbudzą takich silnych emocji, co prawdziwe okazy, a zawarte informacje przybliżą nieco ten nieznany mikro-świat.





148. "Ogniskowa" J. D. Bujak

148. "Ogniskowa" J. D. Bujak


„Ogniskowa”
J.D. Bujak

Wydawnictwo Videograf
2017
348 stron



„Obudził ją jakiś stuk i dziwne skrzypienie… Coś cicho plasnęło w korytarzu, po czym przeciągle zaszurało.
Uniosła głowę znad poduszki i przetarła dłonią zaspane oczy. Zerknęła na elektroniczny zegarek stojący na półce. Jego cyfry świeciły na czerwono, rzucając na bok półki jaskrawą poświatę.
Trzecia trzydzieści trzy. Dziwna godzina...”

Joanna Bujak jest absolwentką architektury, jest także autorką kilku powieści z pogranicza thrillera, kryminału i sensacji, zaś „Ogniskowa” to jej ostatnia książka, i jak głosi hasło na okładce, jest to powieść grozy. Ale czy na takie miano faktycznie zasługuje?

Emilia studiuje na jednej z krakowskich uczelni, wydawać by się mogło, że jest to zupełnie zwyczajna dziewczyna, nieco tylko nieśmiała i jakby wycofana, nie ma zbyt wielu bliskich znajomych i stara się żyć z pewną nietypową chorobą skóry. Jednak jej życie od dziecka naznaczone było piętnem – dziewczyna widzi duchy i potrafi się z nimi kontaktować. Te zaś chętnie się do niej zwracają z prośbą o pomoc, o rozwiązanie spraw, które pozostawili po sobie na ziemi. Tymczasem, w Krakowie, dochodzi do dziwnych zgonów i zaginięć.

„Ogniskowa” to moje pierwsze zetknięcie z prozą J. D. Bujak, nie jest to bardzo znane nazwisko na firmamencie polskiej literatury, dlatego też do tej pory pozostało dla mnie zupełnie obce. Do przeczytania skłonił mnie krótki, interesujący opis oraz hasło „powieść grozy”. Nastawiłam się więc na ciekawe, niesamowite wątki, które może nie wzbudzą we mnie przerażenia, ale chociażby dreszczyk emocji, jednak, jak czasami bywa w życiu, sporo się zawiodłam.

Początek wydawał się mimo wszystko wciągający i rozbudził apetyt na ciąg dalszy. Sam koncept, by główna bohaterka widziała duchy i była w stanie się z nimi porozumiewać jest dla mnie może nie szalenie oryginalny, ale fascynujący. Na Emilii tak naprawdę spoczywa ogromna odpowiedzialność, przecież to do niej przychodzą umarli, szukający pomocy, ci, którzy pragną w jakikolwiek sposób pozamykać niepowykańczane sprawy, czasami są to rzeczy wielkiej wagi. Ciekawiło mnie, jak można poradzić sobie z takim brzemieniem, jak przejść do porządku dziennego, gdy co chwile nawiedzają cię zjawy? Tymczasem główna bohaterka szybko przechodzi z tym do porządku dziennego, jako dziecko rozwija się bardzo dobrze, pomimo bezustannej obecności śmierci.

Wykreowane postacie, pomijając już Emilię, wydają się być mało przekonujące, są powierzchowne, proste i typowe, ich charakterystyki nie wywołują żadnych uczuć – nie poczułam nici sympatii, a nawet nie byłam w stanie do nikogo zapałać niechęcią, tak dalece oni, jak i ich losy były mi obojętne. Zaś relacje między nimi, zwłaszcza między Emilią a Michałem, są zwyczajnie nieprzekonujące.

„Powieść grozy”, jak głosi hasło na okładce „Ogniskowej” to tak naprawdę powieść z elementami paranormalnego romansu, thrillera i fantastyki. Taka mieszanka jest naprawdę wybuchowa  i albo efekt końcowy może być zaskakująco dobry, albo wręcz przeciwnie. Niestety mnie takie szalone połączenie nie urzeka i nie przekonuje. Faktyczne momenty grozy są jednak całkiem zgrabnie napisane i daje to nadzieję na to, że gdyby autorka poszła stricte w tym kierunku mogłaby stworzyć powieść, która tak bardzo oddziaływałaby na wyobraźnie czytelnika, że lektura skończyłaby się kilkoma bezsennymi nocami.

Dla mnie „Ogniskowa” okazała się nie do końca trafnym wyborem jeśli chodzi o powieść, jednak jeśli fascynują Was takie niesamowite wątki, nadprzyrodzone moce i  luźne nawiązania do słowiańskiego pocztu upiorów i strzyg to możecie sięgnąć po książkę J. D. Bujak.

147. "Ogród małych kroków" Abbi Waxman

147. "Ogród małych kroków" Abbi Waxman


„Ogród małych kroków”
Abbi Waxman

Wydawnictwo Otwarte
2017
368 stron


„-Nie znoszę robali. - Wzdrygnęła się jeszcze mocniej i chyba nawet trochę zbladła, choć trudno było to dostrzec pod grubą warstwą makijażu. - Mam złe wspomnienia z dzieciństwa. W ogóle trzymam się z dala od gleby, wiesz, tak na wszelki wypadek.
Musiałam przygryźć wargę, by nie zapytać jej o szczegóły. Czego mogą dotyczyć te złe wspomnienia? Wyobraziłam sobie, jak pędzi przed siebie, mała dziewczynka ubrana w śliczny zestaw z Baby Gap, potyka się, upada, cienkie warkoczyki podskakują w zwolnionym tempie, ślizg na brzuchu po ziemi, spotkanie oko w oko z dżdżownicą… która wyciąga pistolet i strzela? A może gryzie ją w nos? No naprawdę, przecież one nawet nie mają zębów. Ale nie mówi się ludziom takich rzeczy. Nie należy otwarcie drwić z czyichś lęków. 
Muszę zatem pamiętać, by zrobić to później, w domowym zaciszu.”

Po stracie bliskiej osoby jednego można być pewnym – nasze życie nie będzie już takie, jak kiedyś. Nie można też mówić, że czas leczy rany, bo okazuje się, że każde kolejne święta, wszystkie radości i smutki dnia codziennego, jakie do tej pory dzieliliśmy z kimś dla nas ważnym, boleśnie przypominają o stracie. Mijają lata i trzeba nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, kiedyś zupełnie abstrakcyjnej, na nowo nauczyć się korzystać z tych chwil, które mamy przed sobą.

Tak właśnie stara się postępować bohaterka książki „Ogród małych kroków” Abbi Waxman, Lily, która po tragicznej śmierci swojego męża wychowuje dwie córeczki, pracuje w wydawnictwie jako ilustratorka i tkwi bezpiecznie w swoim kokonie, nie dając sobie szansy na odnalezienie szczęścia. W związku ze zleceniem stworzenia ilustracji do książki o uprawie roślin zostaje zapisana na kurs ogrodnictwa, gdzie spotyka nowych znajomych i zupełnie nieoczekiwanie odkrywa, że po latach żałoby i tęsknoty po zmarłym mężu potrafi się zakochać.

Czytając opis „Ogrodu małych kroków” nastawiłam się na na nieco poważną, może nawet smutną historię, w rezultacie otrzymałam pełną ciepła i humoru powieść z pozytywnym przesłaniem. Bardzo przypadł mi do gustu styl Abbi Waxman, tak swobodnie, z lekką ironią i sporą dawką dowcipu opowiada zarówno o sprawach bolesnych jak i tych „lżejszych”. Dodatkowego „smaku” nadają krótkie notki przed każdym rozdziałem, opisujące uprawę warzyw i wskazówki dotyczące ich pielęgnacji. Myślę, że ogromny sukces odniosłaby oddzielna książka dotycząca ogrodnictwa napisana przez Waxman – sama bym taką chętnie przeczytała, chociaż nie zajmuję się prowadzeniem warzywnika. Całość czyta się płynnie, można wciągnąć się już od pierwszej strony i nie odrywać się od powieści aż do ostatniego zdania.

Główną bohaterką jest Lily, wdowa po trzydziestce, które wychowuje dwie niezwykle rezolutne dziewczynki, jest narratorem, jej podszyte lekką ironią spostrzeżenia są bardzo zabawne – od razu można poczuć do niej sympatię, nie tylko współczuć jej. Poza nią jest też duża grupa innych postaci, które sprawiają, że powieść jest ciekawa i przyjemna w odbiorze. Oprócz najbliższej rodziny czyli wspomnianych córek, siostry-singielki i toksycznej matki jest także grupa kursantów. Zlepek przypadkowych osób, które z przeróżnych powodów zapisały się do szkółki ogrodniczej. Z pozoru bardzo różni od siebie łatwo łapią ze sobą kontakt i z powierzchownej znajomości ich więź przeradza się w autentyczną przyjaźń. Ich wzajemne relacje i wsparcie są jednym z głównych wątków powieści.

Chętnie zobaczyłabym ekranizację tej książki, sądzę, że historia przedstawiona przez Abbi Waxman w „Ogrodzie małych kroków” jest naprawdę urzekająca i gdyby znaleźli się ludzie, mogący odpowiednio oddać ją na srebrnym ekranie to wyszedłby z tego fantastyczny, niegłupi film. Mam nadzieję, że tak będzie.

Jeśli więc szukacie lektury na lato, która zapewni Wam śmiech, poruszy i nastawi pozytywnie do życia to polecam jak najbardziej właśnie tę książkę. Jest wręcz magnetyczna, pełna ciepła, ale „z pazurem”, na pewno się przy niej nie będziecie nudzić. Porusza i bawi, i dostarcza rewelacyjnej rozrywki w letnie dni. Ostrzegam tylko przed skutkiem ubocznym – będzie czuć silną potrzebę pielęgnacji grządek bujnie obsadzonych warzywami, przekopywania ziemi i rozkoszowania się przydomowym, zielonym zakątkiem.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.
146. Typ Klasyczny #18 "Nad Niemnem" Eliza Orzeszkowa

146. Typ Klasyczny #18 "Nad Niemnem" Eliza Orzeszkowa



„Nad Niemnem”
Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo Bellona
2017
622 stron

„W każdej fali powietrza światła, woni, w każdym kamyku przydrożnym i każdej trawie polnej, w liniach każdego ludzkiego oblicza i westchnieniu każdej piersi ludzkiej tkwi cząstka duszy świata niewidzialnymi nićmi połączona z duszą artysty i w ruch ją wprawiać mogąca.”

Kolejny koszmar licealisty, lektura dla wielu tak nudna i przydługawa, że do dzisiaj wspominana jest przez niektórych uczniów jako jedna z tych książek, przez jakie nie można było przebrnąć. Jednak dla całkiem sporego grona osób (do którego z radością się zaliczam), wspaniała, niezapomniana, pełna uroku powieść, z przeróżnymi wątkami i prawdziwym bogactwem słowa.

Justyna Orzelska od lat przebywa we dworku swego stryja, jako uboga krewna i  półsierota. Przeżywa zawód miłosny, gdy jej kuzyn, Zygmunt Korczyński, bierze sobie za żonę inną kobietę, zamożniejszą i wykształconą. Nie mogąc znaleźć sobie  ukojenia czy zajęcia w środowisku, w jakim dorastała, spokój i szczęście znajduje w nieoczekiwanym miejscu.

„Nad Niemnem” to wielowątkowa powieść, która porusza kilka bardzo ważnych spraw – mamy tutaj pięknie opowiedzianą historię miłosną, idee pozytywistyczne, nawiązanie do tragicznej przeszłości narodu polskiego, życie w ziemiańskim dworku – słowem: całe mnóstwo tematów, mogących łatwo przykuć uwagę czytelnika. To nie przebrana skarbnica zagadnień i ludzkich osobowości.

Powieść Orzeszkowej jest wprost malownicza. Wystarczy się zasłuchać w ten niezwykle plastyczny język – jak on smakuje, szumi, bzyczy i huczy od tych wspaniałych, obrazowych opisów, jest przebogaty i soczysty. Mnogość opisów przyrody, tak znienawidzonych przez niektórych, pozwala odnaleźć się w tym świecie, tak łatwo dzięki nim wyobrazić sobie te piękne, nadniemeńskie krajobrazy. Są kojące, nostalgiczne i swojskie, stanowią urzekające tło dla wydarzeń. Ich długość i liczba mogą zniechęcać, jednak pamiętajmy, że miały wywoływać emocje, poruszać wyobraźnię i serca, łase na wszelkie związane z patriotycznymi uczuciami niuanse. Akcja toczy się podczas lata, mamy więc kwintesencję i bujny rozkwit tej pociągającej natury, tuż przed jesiennymi chłodami, co sprawia, że zarówno sama przyroda, jak i to, że podczas najcieplejszych miesięcy kwitnie także życie towarzyskie i kultywowane są drobne zwyczaje, powieść jest barwna i ciekawa, przepełniona dodatkowymi informacjami o ówczesnej egzystencji.

Bardzo ważną rolę w powieści ma warstwa społeczno-obyczajowa, przekrój jest zróżnicowany, ciekawy – zarówno ziemiaństwo jak i chłopi to tak naprawdę wachlarz  przeróżnych osobowości i postaw. Bohaterowie są niezwykle barwnie wykreowani – od wyglądu, poprzez język, własne powiedzonka, sposób myślenia czy zwyczaje. Ich cechy są wyraźnie zaakcentowane, dzięki czemu łatwo poczuć do nich sympatię i wzruszyć ich losami. Orzeszkowa łączy ich postawy z historią powstańczą – wielu z nich straciło swoich bliskich i nadal, po wielu latach,zmagają się z pamięcią o nich – każdy na swój własny, indywidualny sposób. Oczywiście, autorka przez panującą wtedy cenzurę nie mogła napisać o tym styczniowym zrywie wprost, informacje są zawoalowane i podane w ten sposób, by czytelnik mógł się domyślić o jakie wydarzenia chodzi. Pielęgnowanie wspomnień jest w książce istotne, ale ogólnie to pozytywistyczny przekaz jest tutaj najważniejszy – nie udało się z romantycznymi marzeniami, z gwałtownymi czynami, jakie dla wielu były tragiczne? Marzenia o wolnej, niepodległej Polsce, która niczym feniks miała powstać po wznieconym przez buntowników pożarze, okazały się ułudą? Trzeba więc spróbować czegoś innego – wspólny wysiłek, działanie dla dobra narodu ramię przy ramieniu, niezależnie od statusu społecznego czy wykształcenia miało być remedium na bolącą ranę przeszłości i miało także nieść nadzieję na przyszłość. Wzniosłe idee i ludzkie postawy to jeden z głównych trzonów tej książki, które sprawiają, że wątek miłosny, chociaż w pewien sposób uroczy i poruszający schodzi na dalszy plan, jest tylko pretekstem do opowiedzenia o rzeczach większych i ważniejszych.

Dla tych więc, którzy podchodzą do „Nad Niemnem” jak do uzbrojonego jeża mam jedną uwagę – nie dajcie się przekonać do negatywnych opinii o tej książce, do pozytywnych zresztą też nie. Najlepiej weźcie do ręki tę powieść, usiądźcie z nią w letni, słoneczny dzień, gdzieś w ciszy i spokoju, możliwie w otoczeniu sielskiej przyrody i spróbujcie wyrobić sobie własne zdanie – bez pośpiechu i nastawienia na nudną i bezsensowną lekturę.
145."Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdalena Witkiewicz

145."Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdalena Witkiewicz



„Czereśnie zawsze muszą być dwie”
Magdalena Witkiewicz

Wydawnictwo Filia
2017
496 stron


„Miałam wrażenie, że rozsypała mi się wieża z klocków, którą do tej pory budowałam i muszę zbudować ją zupełnie na nowo. Niektóre klocki odpadły i poleciały gdzieś daleko. Na tyle daleko, że zabrał je ktoś inny i już nie mogę ich użyć. Do kogoś innego one również pasują. Muszę się nauczyć budować swoją wieżę bez nich. Zupełnie inną niż ta poprzednia, ale moją własną. Muszę znaleźć inne klocki i postarać się dopasować je do mojego życia.”

Jeśli chodzi o tę przegródkę literatury z napisem „powieść obyczajowa” to rzadko do niej zaglądam i nie pałam do niej przesadną sympatią, jednak od czasu do czasu lubię  taką przeczytać, by nieco zróżnicować sobie dawkowane lektury, odpocząć od poważnych klasyków czy mrocznych kryminałów. Tym razem mój wybór padł na „Czereśnie zawsze muszą być dwie” Magdaleny Witkiewicz – skuszona mnóstwem pozytywnych opinii oraz letnią aurą, kiedy to chętnie czytamy lekkie, nieskomplikowane książki.

Zofia Krasnopolska po śmierci swojej znajomej dziedziczy należący do niej dworek w Rudzie Pabianickiej. Zosia próbuje ułożyć sobie życie po nieudanym związku i uznaje, że rozpocznie tam nowy etap. Okazuje się, że opuszczony dom kryje w sobie sporo historii, przeszłość, w której mieszają się ze sobą miłość, zazdrość i ogromna tragedia.

Z jednej strony powieści Magdaleny Witkiewicz daleko jest do miana idealnej – jest prosta, schematyczna, za dużo w niej filozofii życia prosto z podrzędnych poradników w stylu „człowiekowi potrzebny jest do szczęścia drugi człowiek”, „twoje życie mogłoby być inne gdybyś na śniadanie zamiast płatków zjadł bułkę z szynką” itd. Jeśli mam się jeszcze do czegoś przyczepić to bohaterowie nie do końca mnie do siebie przekonują, jakby te ramy schematu sprawiły, że są za bardzo tendencyjni i sztywno tkwią w przypisanych przez autorkę rolach. Mimo to ze zdziwieniem odkryłam, że książka naprawdę bardzo mnie wciągnęła i spodobała mi się.

Tym, co przeważnie urzeka mnie w każdej powieści, niezależnie od gatunku, jest przeszłość – historia może przeplatać się z teraźniejszością, być główną osią wydarzeń, ale zawsze jest to moja słabość. W „Czereśnie zawsze muszą być dwie” mamy sporą dawkę takiej historii, dziejącej się w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Dom, który dziedziczy Zosia po zmarłej przyjaciółce okazuje się być miejscem, które łączy aktualne wydarzenia z przeszłością, na strychu można znaleźć tajemnicze pamiątki z tamtych czasów, a wokół dworku snuje się duch. Pomału główna bohaterka dowiaduje się, co takiego wydarzyło się w tym miejscu kilkadziesiąt lat wcześniej, czy poprzedni mieszkańcy wiedli w tym domu szczęśliwe życie?

Książka jest przepełniona ciepłem i pozytywnymi uczuciami – relacje z bliskimi, miłość, przyjaźń, spełnianie marzeń. Z troską i wyczuciem mówi także o stracie, tęsknocie za tymi, których kochaliśmy, o cierpieniu, jakiego doznajemy, nie mogąc pogodzić się z ich odejściem. Magdalena Witkiewicz maluje subtelny obraz, nieco cukierkowy, nierealny, ale łatwo możemy dać się zwieść tej iluzji.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” to idealna lektura na lato, prosta, pełna jasnych przebłysków, dobra i ciepła. Nie pozbawiona uroku, z małą nutą nostalgii. Jestem pewna, że oczaruje niejednego fana powieści obyczajowych, ale także dla tych, którzy na co dzień nie gustują w tego typu literaturze, ma sporo do zaoferowania.
144."Miniaturzystka" Jessie Burton

144."Miniaturzystka" Jessie Burton



„Miniaturzystka”
Jessie Burton

Wydawnictwo Literackie
2014
464 stron


„Kiedy poznajesz kogoś od podszewki, Nello... kiedy przejrzysz urocze gesty, uśmiechy... i ujrzysz ten żałosny strach, który kryje się w każdym z nas... wtedy pozostaje tylko wybaczać. Wszyscy rozpaczliwie tego potrzebujemy. ”

Debiutancka powieść Jessie Burton zrobiła niemałe wrażenie na wielu czytelnikach. Mnóstwo pochlebnych recenzji wśród blogerów, jakie posypały się na tę publikację i przychylne głosy samych krytyków, mogą robić nadzieję na kawał dobrej, rasowej literatury. Poddałam się więc ogromnej ciekawości względem tej książki i z niepewnością oddałam się lekturze.

XVII w. Petronella Oortman przybywa z małej miejscowości do Amsterdamu, jako młoda małżonka zamożnego kupca Johanessa Brandta. Jej marzenia o idyllicznym związku i lekkim, pozbawionym większych zmartwień  życiu już na początku pozostaną rozwiane – w domu wita ją nieprzychylnie wobec niej nastawiona siostra męża, a sam małżonek zdaje się nie poświęcać swojej młodej żonie zbyt wiele uwagi. W prezencie od niego Nella dostaje jednak zachwycający przedmiot – pięknie wykonany domek dla lalek. Po pewnym czasie wnętrze domku wypełnia się maleńkimi dziełami  sztuki – tajemnicza miniaturzystka, która wykonuje te arcydzieła, zdaje się dużo wiedzieć o mieszkańcach domu Brandtów.

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że „Miniaturzystka” zrobi na mnie aż takie wrażenie – lubię powieści historyczne i miałam nadzieję na sporą dawkę tejże historii, tymczasem to, co zaserwowała Jessie Burton jest uniwersalne i może zachwycić miłośników innych gatunków. Powieść okazała się intrygująca, podszyta ciekawym klimatem, napisana w oryginalny sposób, który daje nadzieję na to, że ścieżka pisarska Jessie Burton może ją zaprowadzić naprawdę daleko.

Książka opowiada historię nie tylko samej głównej bohaterki, ale przede wszystkim mówi o mieszkańcach domu bogatego, amsterdamskiego kupca, Johanessa Brandta. Już od samego początku nie mamy wątpliwości co do tego, że te mury skrywają pewne tajemnice, które z biegiem czasu odkrywa Petronella, a o jakich z pewnością wie niezwykła miniaturzystka. O ile sama miniaturzystka jest postacią ogromnie ważną to jej obecność pozostaje w cieniu, jedynie jej maleńkie, stworzone z mistrzowską precyzją dzieła, są komentarzem do bieżących wydarzeń, a może bardziej ukrytym proroctwem, zapowiedzią dramatu. Kobieta tworzy postacie do domu dla lalek, jednak te małe figurki są czymś więcej niż odwzorowanymi z pietyzmem głównymi bohaterami. Czytelnicy, podobnie jak Nella zaglądają do tego niezwykłego domku, patrzą przez okna, starając się poznać życie rodziny kupca i dostrzec te szczegóły, które pozwolą na to, by odkryć jej tajemnice.

Jessie Burton pisze naprawdę dobrze i w nietuzinkowy, charakterystyczny sposób, niczym flamandzcy malarze, ukrywa swoje postacie w półcieniach, oświetlając niektóre detale, inne pozostawia w mroku niedopowiedzeń. Bohaterowie mają swoje sekrety, skrzętnie ukrywane przed innymi. Jedyną osobą, która wydaje się być w pełnym świetle jest młoda, nieco naiwna  ale przepełniona pewną pozytywną energią Nella, to ona wprowadza czytelnika w ten świat, jest narratorką i główną osią historii, mimo to w pewien sposób zaskakuje. Sporą uwagę przyciągają postacie z drugiego planu, to one są tak zachwycająco wprawnie nakreślone, są ciekawe, nieco tragiczne, wyjątkowe.

„Miniaturzystka” to powieść niezwykła, subtelna, kobieca – bo to właśnie kobiety są tutaj tak naprawdę centralnym punktem, ich siła i determinacja są tym, co ostatecznie scala fabułę. Ich relacje stają się zaskakująco mocne, a gdy wymaga tego sytuacja, gotowe są poświęcić i zaryzykować wiele, by skrzętnie chronić tych, którzy są dla nich najcenniejsi.
143.Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Draka w Muzeum" Agata Loth-Ignaciuk

143.Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Draka w Muzeum" Agata Loth-Ignaciuk


„Draka w muzeum”
Agata Loth-Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga
2017
75 stron

„ Mam na imię Stefek. A to jest mój starszy brat Janek. Janek jest w porządku, ale czasem mnie tak denerwuje, że mógłbym go wystrzelić w kosmos. Naprawdę. Leciałby sobie, zobaczyłby z bliska gwiazdy, planety, może nawet jakąś by odkrył. Byłby zadowolony, a ja miałbym święty spokój.”



Stefek i jego starszy brat, Janek, zakładają się w szkole z kolegami, że uda im się włamać do muzeum i wynieść z niego jakąś zdobycz. W cały plan wplątują podstępnie swojego dziadka, byłego pracownika Muzeum Narodowego w Warszawie. Chłopcy nie są w stanie przewidzieć jak potoczy się ich niecodzienna przygoda, jej przebieg będzie dla nich niezwykły i zaskakujący. Co spotkają podczas swojej nocnej wędrówki? Może jednak szybko wpadną w ręce muzealnego strażnika?


Zwiedzanie nocą muzeum to  na pewno magiczne przeżycie – wyłaniające się z mroku posągi, obrazy, tajemnicze eksponaty, które okryte mrokiem bardziej intrygują i pobudzają wyobraźnię. Nieznane ścieżki, osnute cieniem korytarze prowadzące do sal, gdzie kryje się historia. Wszystko to już samo w sobie stanowi znakomite tło wydarzeń sensacyjnej książki. Równie dobrze sprawdza się jako miejsce przygód w powieści dla dzieci.

„Draka w muzeum” to świetna, spójna powieść, która w ciekawy, nietuzinkowy sposób łączy formę z treścią – dobrze napisane przygody Stefka i Janka są rewelacyjnie zobrazowane za pomocą wyjątkowych ilustracji Bartka Ignaciuka. Dużo czarno-białych, mocno kontrastujących, wyrazistych rysunków zaskakująco dobrze łączy się z przedstawionymi w książce dziełami sztuki, o których można poczytać dodatkowe informacje, ciekawostki znajdujące się na marginesie.

Sama powieść również jest źródłem intrygujących informacji – ciekawych zarówno dla dzieci jak i osoby dorosłej. Podczas nocnej wędrówki bracia Janek i Stefek, w towarzystwie swego dziadka, który chętnie dzieli się z wnukami własną wiedzą, poznają między innymi okoliczności powstania monumentalnej Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki, wojenne, dramatyczne losy obrazu,dowiedzieli się w jaki sposób weduty Canaletta pomagały w odbudowie zniszczonej stolicy. Przy tym nie odnosi się wrażenia, ze czyta się „suche” fakty, wręcz przeciwnie. Historia wspomnianych dzieł sztuki jest przedstawiona w taki sposób, by zaciekawić młodego czytelnika, by zaintrygować go na tyle, by sam również poszukał kolejnych informacji i łatwo przyswoił sobie niemałą dawkę wiedzy.

Wątek sensacyjny sprawia, że łatwo zatracić się w fabule, nie ma problemu, by z rosnącym zaciekawieniem śledzić losy głównych bohaterów. Dodajcie do tego niezwykłą, nocną przygodę w miejscu wręcz niesamowicie związanym ze sztuką i historią, do tego całość napisana jest lekko i z humorem – w rezultacie mamy świetną lekturę dla małego odbiorcy. Powieść skierowana jest do dzieci w wieku szkolnym, ale przypadła do gustu mojemu najmłodszemu synowi, który ma pięć lat – nie miał problemu ze zrozumieniem książki i z zainteresowaniem słuchał o niezwykłych przygodach dwóch braci. Intryga przykuwa uwagę już od samego początku, a zakończenie, jako zwieńczenie fabuły, jest zaskakujące.

Sam pomysł włamania się do muzeum i kradzieży jednego z eksponatów jest oczywiście wysoce niepedagogiczny, ale młody czytelnik na pewno nie będzie miał problemu z tym, by w treści książki odróżnić dobro od zła, ani zrozumieć przesłanie całej historii, a jeśli lektura zachęci kogoś do odwiedzenia, może niekoniecznie Muzeum Narodowego w Warszawie, ale innego muzeum to zdecydowanie warto po nią sięgnąć i przybliżyć dziecku. 
Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger