169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte

169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte


„Villette”
Charlotte Bronte

Wydawnictwo MG
2017
684 strony




„Dalekie było jednak ode mnie podobne usiłowanie złagodzenia zabójczego ciosu, dalekie podobnie tchórzliwe uciekanie od rzeczywistości, podobna niechęć spojrzenia faktom, chociażby najokrutniejszym, prosto w oczy, dalekie wyłamywanie się z obowiązku bezwzględnego hołdowania jedynej władczyni, kroczącej stale w zwycięskim pochodzie naprzód - PRAWDZIE.”

Lucy Snowe, młoda Angielka, postanawia wyruszyć do Francji – dziewczyna została ciężko doświadczona przez okrutny los, który odebrał jej najbliższych oraz pozbawił ją środków do życia. W małej francuskiej miejscowości,Villette, zdobywa pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt, tam też spotyka doktora Johna, a wraz z nim pojawia się nadzieja na szczęście. Czy jednak los nie zadrwi sobie z Lucy kolejny raz?

Nie można wyobrazić sobie światowej literatury bez słynnych sióstr Bronte - piszące pod męskimi pseudonimami, Anna, Emily i Charlotte, skrywały również wiele tajemnic dotyczących swojego życia prywatnego. Niektóre fakty na ich temat umykają biografom lub też nie są do końca potwierdzone, mnożą się liczne domysły, a podstawą do śledzenia ich historii jest korespondencja oraz cała spuścizna literacka, w której doszukiwać się można autobiograficznych wątków. Jedną z powieści, które takie „smaczki” zawierają jest na pewno „Villette”, ostatnia z napisanych przez Charlotte Bronte książek. W jej treści można znaleźć kilka ciekawych powiązań z prawdziwymi przeżyciami najstarszej z sióstr Bronte.

Dla miłośników „Jane Eyre”, napisana przed śmiercią powieść autorki może być nie lada gratką, w treści znajduje się kilka punktów, które mogą być podobne z tym, co Charlotte napisała w swej najsłynniejszej historii. Według mnie jednak różnic jest znacznie więcej i porównując oba tytuły muszę przyznać laur zwycięstwa dla „Jane Eyre”, która już dawno skradła moje serce. Nie można jednakże odmówić „Villette” tego, że jest powieścią znacznie dojrzalszą, nietuzinkową i, jak na czasy, w których powstała, nowatorską.

Główna bohaterka, Lucy Snowe, to młoda dziewczyna, której życie diametralnie się zmieniło, zmuszona zapewnić sobie byt materialny, postanawia zaryzykować i opuścić dobrze znany sobie świat - los stawia przed nią kolejne wyzwania, gdy tak naprawdę jej marzeniem jest spokojna i bezpieczna egzystencja. Lucy jest także narratorką powieści – to z jej perspektywy widzimy całą historię, ale także poznajemy innych bohaterów, ich postępowanie czy liczne przemyślenia. Zastosowany został tutaj wewnętrzny monolog czyli strumień świadomości, swobodny przepływ myśli, co dla niektórych jest intrygujące, innym zaś może wydawać się nieco nudne. Panna Snowe nie jest takim typem postaci, który można łatwo polubić – wręcz przeciwnie – ma w sobie wiele cech, jakie dla czytelnika okazują się być irytujące czy niezrozumiałe. Mimo to jest to ciekawy, niezwykle wnikliwy i głęboki obraz kobiety żyjącej w tamtej epoce, kiedy jej rola była mocno ograniczona i zdominowana.

Charlotte Bronte doskonale zobrazowała również warstwę społeczną, powiązania, zależności, a przede wszystkim nierówne traktowanie – według statusu materialnego czy w zależności od posiadanego majątku.  Autorka zdecydowanie piętnuje te zwyczaje, a swoją bohaterkę napełnia duchem uporu, daje jej siłę, by walczyć z przeciwnościami losu, zdobyć poważanie wśród tych bardziej uprzywilejowanych, by sama zatroszczyła się o swoją przyszłość.

„Villette” Charlotte Bronte to z całą pewnością nietuzinkowa, dojrzała i dopracowana pod każdym względem powieść, dla fanów twórczości sióstr Bronte pozycja obowiązkowa. Pełna przenikliwych, trafnych spostrzeżeń na temat ówczesnego życia, wnikliwie i głęboko ukazuje problemy, z jakimi przyszło się zmierzyć żyjącym wtedy kobietom.



168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre


„Trzy dni i jedno życie”
Pierre Lemaitre

Wydawnictwo Muza
2017
287 stron



„Czuje, że znalazł się w pułapce. Do oczu znów napływają mu łzy. Już po nim. Powinien ukryć ciało, tylko gdzie? Jak?  Gdyby nie zniszczył domku wciągnąłby Remiego na górę, nikt by go tam nie szukał. Rozdziobałyby go kruki. Jest zdruzgotany rozmiarem katastrofy. W kilka sekund jego życie zmieniło kierunek. Stał się mordercą. Te dwa obrazy kłócą się ze sobą, nie można mieć dwunastu lat i być mordercą... ”

Miasteczko Beauval to prowincjonalna, mała mieścina we Francji, gdzie wszyscy się znają, wiedzą o sobie dosłownie wszystko, a największym problemem są planowane zwolnienia w miejscowej fabryce.  Kiedy więc niespodziewanie ginie sześcioletni chłopiec miejscowa społeczność jest wstrząśnięta, rozpoczynają się poszukiwania, a nikt nie podejrzewa, że za tajemniczym zniknięciem stoi dwunastoletni Antoine.

Jak do tej pory literatura francuska nie kojarzyła mi się z kryminałem czy thrillerem, ale na pewno po lekturze najnowszej książki Pierre’a Lemaitre’a to się zmieni, pomimo tego, że „Trzy dni i jedno życie” nieco wyróżniają się na tle innych tego typu powieści w wyżej wymienionych gatunkach. Przez to także ta historia ogromnie mi się spodobała, ucieka nieco spoza ram, jest niepokojąca i niejednoznaczna. Autor jest znany z publikacji takich jak „Koronkowa robota” czy „Alex”, które spodobały się nie tylko rzeszy fanów, ale także zostały docenione i nagrodzone przez krytyków literackich.

Pierwszą rzeczą, która od razu zwraca uwagę czytelnika to na pewno fakt, że brakuje tutaj zagadki, brakuje odkrywania tajemnicy, wyjaśniania i analizy. Już od samego początku dobrze wiemy, co się wydarzyło, znamy mordercę, wiemy jak doszło do zbrodni. To już powinno zepsuć nam zabawę i odebrać przyjemność czytania, tymczasem od lektury nie sposób się oderwać. Pierre Lemaitre intryguje, niepokoi i stawia przed nami różnorodne, niekoniecznie wygodne pytania, na które trudno znaleźć dobrą odpowiedź. Niby sprawa jest prosta – zbrodnia zasługuje na najwyższe potępienie, jednak w pewien sposób ofiarą całego nieszczęśliwego zdarzenia staje się także morderca, dwunastoletni Antoine, przerażony swoim występkiem, przerażony konsekwencjami. Chłopiec, którego spokojne życie kończy się  w tym samym momencie, co życie jego ofiary. W rezultacie całe jego dalsze losy są następstwem tego czynu, to nieustanny strach przed odkryciem prawdy.

Pisarz stworzył także przekonujący obraz małej społeczności, tych drobnych niuansów, konfliktów i powiązań między mieszkańcami Beauval, małego miasteczka, gdzieś we Francji, gdzie obok zwykłego, codziennego życia, pojawia się problem bezrobocia, narastająca frustracja. Lemaitre wnikliwie oddaje także psychikę młodego bohatera, postawionego w niecodziennej, tragicznej sytuacji. Jego dylematy, próby zatuszowania popełnionej zbrodni, ale także liczne intrygi mieszkańców Beauval to są zdecydowanie elementy, które przyciągają uwagę czytelnika. Psychika Antoine’a jest w rozsypce, wiemy, że nigdy już nie zazna spokoju, że będą go dręczyły wyrzuty sumienia i bezustanna obawa przed tym, by jego postępek nie został odkryty, by ktoś nie wpadł na jakikolwiek ślad związany z nim. Czytelnik zastanawia się, czy głównego bohatera spotka zasłużona kara, a czy może dostateczną pokutą nie jest właśnie owa udręka?

„Trzy dni i jedno życie” Pierre’a Lemaitre’a to na pewno godna polecenia pozycja, chociaż podejrzewam, że dla tych, którzy zdecydowanie nastawiają się na kryminalne spiski i niespodziewane wydarzenia, podchodząc do lektury, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Jednak ta książka ma do zaoferowania znacznie więcej, a świetny styl pisarza i moralne dylematy sprawią, że fabuła zaintryguje, wciągnie i na długo jeszcze pozostanie w pamięci.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

„Jak zakochać się w facecie. który mieszka w krzakach”
Emmy Abrahamson

Wydawnictwo Rebis
2017
272 strony



„Właściwie to nie mam ochoty na randki. Nie chcę się już zgrywać. Dobrze mi samej. Lubię swoje życie. Swoje ciche mieszkanko, czystą kuchnię i zastawione książkami regały. Podoba mi się, że wszystkie rzeczy są tam,gdzie je zostawiłam przed wyjściem. Niczego więcej mi nie potrzeba i nie czuję się ani nieszczęśliwa, ani żałosna z powodu samotności.”

Czasami ulegam pokusie, by sięgnąć po lekturę lekką, prostą, do bólu wręcz nieskomplikowaną, która ma dla mnie być niczym więcej niż czystą rozrywką. Kierując się tą wewnętrzną potrzebą do przeczytania wybrałam książkę, która według mnie miała okazać się taką niezobowiązującą ucieczką od rzeczywistości, a ponadto był to także tytuł polecany i całkiem wysoko oceniany.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” to powieść, która zdecydowanie zwraca na siebie uwagę. Pomijając tytuł, brzmiący niczym poradnik dla kobiet poszukujących wrażeń i przygód, to zdecydowana większość odbiorców skupia się na okładce wyjętej wprost z koszmarnego snu grafika. Nie ocenia się jednak książki po okładce, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że okropne, mszczące się na poczuciu estetyki wydania kryją w sobie wartościowe wnętrza – i na odwrót – piękne obwoluty nadrabiają kiepskie, bezwartościowe teksty. Dlatego bez większego grymaszenia wzięłam książkę do ręki i zaczęłam czytać.

Cóż więc znalazłam w środku?

Fabuła to głównie losy młodej nauczycielki języka angielskiego, Julii, która mieszka w Wiedniu. Jej życie jest poukładane, bezpieczne, a nawet nudne – praca, dom, dom, praca, w międzyczasie jakieś spotkanie z przyjaciółką, wyjście do kina. Nieoczekiwanie poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka, Bena, który zdaje się być przeciwieństwem Julii, a mimo to szybko zakochują się w sobie, pomimo różnic, zdrowemu rozsądkowi i uprzedzeniom. Czy uda im się żyć szczęśliwie?
Z prozą Emmy Abrahamson zetknęłam się pierwszy raz, to pisarka, która ma polsko-szwedzkie korzenie, zdążyła już do tej pory wydać jeszcze jedną książkę o długim i enigmatycznie brzmiącym tytule: „Mój tata jest dobry, a moja mama jest cudzoziemką”. Muszę jednak przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka jest lekki, przyjemny w odbiorze, prosty, ale na swój sposób zabawny. To właśnie dowcip jest najmocniejszą stroną książki, on też sprawia, że powieść czyta się przyjemnie i szybko. Emmy Abrahamson niezwykle łatwo wyłapuje absurdy życia codziennego, zgrabnie i z polotem, ale także ironicznie ukazuje komiczne sytuacje z życia głównej bohaterki.

Postać Julii wywołuje u czytelnika uczucie sympatii już od pierwszych stron – pomimo jej wad można ją naprawdę polubić. Gdy ją poznajemy siedzi w klatce własnej rutyny, przyzwyczajeń, jej strefa komfortu otacza ją ścisłym pancerzem, z którego dziewczynie trudno się uwolnić, jest jej w nim tak wygodnie, że nawet nie widzi takiej potrzeby. To właśnie znajomość z Benem, uroczym kloszardem, stawia przed Julią pierwsze wyzwania. Mnie osobiście główna bohaterka urzekła swoją chęcią zostania słynną pisarką – co chwilę wpada na nietuzinkowy, jedyny i oryginalny pomysł na powieść, zachwyca się własną kreatywnością, po czym przypomina sobie, że taka historia już została przez kogoś spisana.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” można porównać do bajki dla dorosłych we współczesnych realiach – fabuła jest bardzo prosta, główny wątek to perypetie Julii i Bena, i tak naprawdę nie ma tutaj pobocznych wątków, żadna postać z dalszego planu nie przykuwa większej uwagi. Relacja między zakochanymi jest ciekawa i przedstawiona w sposób mądry i głęboki – oto dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, stają się dla siebie najważniejsi, uczą się życia razem, ale także rozwijają się na swój sposób. Ta znajomość daje im od życia dodatkowe bodźce – zmienia ich i wzbogaca. Nie ma pozycji lepszy-gorszy, nie ma słabszego ogniwa – jest Julia, która odnajduje w swoim życiu spontaniczność, jest Ben, który zapragnął osiągnąć w życiu więcej niż było mu to dane do tej pory. To miłość ponad stereotypami, ponad uprzedzeniami.

Lektura okazała się lekką, przyjemną historią napisaną z humorem i ironią. „Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” doskonale wpasuje się w początek jesieni, na dłuższe, chłodniejsze wieczory, kiedy poszukujemy nieco naiwnych, optymistycznych powieści.




166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość

166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość



Jeszcze trochę i Love, coffee & books będzie świętowało dwa lata od założenia. Trudno mi ocenić czy jest to długi kawał czasu i czy zdobyłam odpowiednie doświadczenie jako blogerka pisząca o książkach, trudno ocenić samej, czy dokonałam jakiegoś postępu, czy wręcz przeciwnie, jednak doskonale pamiętam początki i własne oczekiwania względem tego, jak to moje miejsce powinno wyglądać, w jaki sposób powinnam starać się, by je rozwijać i ulepszać. Tak jak w wielu przypadkach moje oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością niczym Titanic z górą lodową.Oto kilka z nich - zachęcam Was także do udziału w dyskusji: napiszcie czy blogujecie, jeśli tak to jak długo, czy macie podobne spostrzeżenia, a przede wszystkim: podajcie w komentarzu linki do swoich blogów  :)

"Stworzę wyróżniający się i jedyny w swoim rodzaju blog o książkach!"

Tak naprawdę, zakładając blog o literaturze nie zdawałam sobie sprawy ile takich stron już istnieje, ile cały czas ich powstaje. Nie jestem nawet w stanie tego zarejestrować i wiem, że gdzieś w tym całym morzu, albo oceanie  blogosfery umykają mi miejsca i ludzie wyjątkowi, ciekawi, lub z podobnymi gustami literackimi.Aby gdzieś wybić się ponad innych, zwrócić na siebie uwagę trzeba czegoś więcej niż chęci, jak zwykle to kwestia pracy i odpowiedniego pomysłu.

"Będę pisać i publikować regularnie."

Założenie bardzo dobre, wręcz chwalebne, ale w moim przypadku niewykonalne. Nie jestem robotem, mam swoje gorsze dni, brakuje mi zwyczajnie czasu i wtedy blog schodzi automatycznie na dalszy plan.Podziwiam i zazdroszczę tym, którzy świetnie wywiązują się z narzuconych sobie schematów, jest to także recepta na sukces i profesjonalny wizerunek, mimo to dawno już przestałam oszukiwać samą siebie - nie jest to moim priorytetem, chociaż staram się trzymać jakiegoś przyjętego wcześniej układu postów.

"Aktywnie wypromuję blog na Facebooku, Twitterze, Snapchacie, Instagramie, ..."

W sferze social media sprawa wygląda tak, że ja i Snapchat skutecznie się unikamy, do Facebooka podchodzę nieco nieśmiało i z rezerwą, lepiej mi idzie z Instagramem, chociaż chciałabym, by był to bardziej poważny związek, natomiast z Twitterem jakoś nie czuję głębszego kontaktu. Jednak nie oszukujmy się - bez tych wszystkich dodatkowych pochłaniaczy czasu trudno jest dotrzeć do czytelników, sam blog nie wystarczy, potrzebuje dobrej, skutecznej promocji.

"Zakładam bloga tylko i wyłącznie dla siebie!"

Pamiętam, że wcześniej wydawało mi się, że nie będę przejmować się opiniami innych, w końcu to mój blog, moje zdanie na temat książek. Tymczasem łapię się na tym, że codziennie sprawdzam blogowe statystyki, a każde spadki są dla mnie tragedią i nerwowym zarwaniem nocki... Nie, tutaj akurat przesadziłam, mało które zmartwienie spędza mi sen z powiek. Przywiązuję ogromną wagę do odbioru postów i publikacji, więc twierdzenie, że piszę teksty tylko dla siebie mogę spokojnie włożyć między bajki.

"Brak ochoty na czytanie? Nie w moim przypadku!"

Zmora każdego książkoholika, gorzej jeśli dotyka recenzenta, który na przykład musi wywiązać się z zobowiązania wobec wydawnictwa. Tak, Drogi Czytelniku, jeśli do tej pory nie było takiego przypadku w twoim życiu, że przeczytanie choćby jednej strony przychodziło Ci z trudem to wiedz, że taki dzień na pewno nadejdzie. To jak klątwa, tragiczne, nieprzewidziane fatum.Jeszcze istnieje takie pojęcie jak kac książkowy, dopada naprawdę każdego. Jak się przed tym uchronić? Może jakaś szczepionka? Niestety, w tym przypadku zaleca się postępowanie podobnie jak w katarze - przeczekać, możemy ratować się suplementami, poić litrami herbaty z miodem, w końcu jednak samo przechodzi.




165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis

165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis


„Dyskretne szaleństwo”
Mindy McGinnis

Wydawnictwo Kobiece
2017 
388 stron



„- Więc naprawdę aż tak bardzo się różnimy? Zdrowi od chorych? - zapytała teraz.
- Jestem skłonny stwierdzić, że nie ma żadnej różnicy – oświadczył lekarz. - Dla mnie osoby obłąkane to te, które po prostu zdecydowały się nie angażować  w sprawy świata w sposób taki, jak większość populacji. Bywają dni, kiedy się zastanawiam, czy przypadkiem nie dokonały właściwego wyboru.”

Podobno czasami lepiej odejść od zdrowych zmysłów, by nie oszaleć. Taką zasadę stosuje główna bohaterka powieści Mindy McGinnis, Grace Mae, dziewczyna z dobrego domu, która, będąc w ciąży, ląduje w przytułku dla obłąkanych. Krótkotrwały pobyt ma ją uwolnić od plotek, a jej rodzinę od skandalu, jednak Grace zmaga się tam z własnymi demonami. Podejmuje się także współpracy z doktorem Thornhollow’em, który pomaga miejscowej policji na miejscu zbrodni. Razem tworzą portret psychologiczny zabójcy.

Książka, która określa się mianem „thriller gotycki” nie może mi być obojętna, nic więc dziwnego, że szybko sięgnęłam po nową powieść Mindy McGinnis, by na własnej skórze, albo raczej, na własne oczy, przekonać się, czy jest to historia warta uwagi. Muszę przyznać, że nie jest to w 100% to na co liczyłam, ale mimo to nie jestem zawiedziona.

Mroczna, niechlubna historia przytułków dla obłąkanych nosi w sobie całe, ogromne jarzmo ludzkich dramatów, upokorzeń i bólu. W czasach wiktoriańskich, kiedy to medycyna, jaką znamy dziś nie była szczególnie rozwinięta, wręcz na porządku dziennym miały miejsce rzeczy, od których włos się jeży na głowie, egzystencja w takim ośrodku była godna pożałowania. Brud, smród, nieludzkie traktowanie były koszmarną codziennością, a przecież często zdarzało się tak, że do takich miejsc trafiały osoby zupełnie normalne. Świadomość tego jest naprawdę przerażająca, a autorka „Dyskretnego szaleństwa”, doskonale obeznała się w tych realiach i taki też obraz ukazała w swojej książce czytelnikom. Szczerze mówiąc, byłam przygotowana na bardziej drastyczne, mocniejsze sceny, bardziej dosadne i krwawe, jednak Mindy McGinnis zdecydowanie oszczędziła nam tego. Główna bohaterka tylko na początku jest w takim przytułku, prosto z najgorszego koszmaru, później jest już w placówce, gdzie pacjentów traktuje się z należytym szacunkiem i troską.

Warstwa kryminalna, bądź sensacyjna powieści nie jest w znacznym stopniu na pierwszym planie, owszem, jest zbrodnia, jest śledztwo, jednak to przeżycia Grace są   tutaj osią fabuły. Nie uznaję tego za wadę, ponieważ dzieje się tam naprawdę sporo, a jej historia jest poruszająca i ciekawa, więc nie pozostawia odbiorcę obojętnym. Relacja Grace z doktorem Thornhollow’em przypomina nieco tą, która łączy Watsona z Sherlockiem, z tą różnicą, że para z „Dyskretnego szaleństwa” jest sobie niemalże równa, nikt nie jest tutaj mądrzejszy, sprytniejszy czy bardziej spostrzegawczy, nie ma typowego układu mentor-uczeń – bardziej się uzupełniają, a ich rozmowy to prawdziwa burza mózgów.

Co ciekawe, książka w niektórych fragmentach potrafiła mnie zaskoczyć – czytając byłam przygotowana na dany moment, oczekiwałam niektórych, konkretnych sytuacji, tymczasem autorka poprowadziła akcję inaczej. To mnie całkiem pozytywnie nastawiło do tej powieści i sprawiło, że na pewno zapamiętam ją na długo. Myślę, że „Dyskretne szaleństwo” może zadowolić każdego, kto lubi kryminalne historie, pomimo, że brakuje tego elektryzującego napięcia, cechującego thrillery lub powieści sensacyjne. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że przypadnie do gustu osobom, które na co dzień nie sięgają po wyżej wspomniane gatunki, odrzuca ich brutalność i zwyrodnienie, a wysoce cenią  sobie poruszające, ludzkie losy.
164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

„Arkandel”
Katarzyna Bułat

Wydawnictwo Novae Res
2017
152 strony


„Zmrużył oczy i ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia.
- Co ty sobie wyobrażasz?- powiedział powoli, oddzielając od siebie wyrazy tak, jakby wcale nie tworzyły zdania, tylko były osobnymi pociskami, z których każdy miał trafić w jej serce. - Co ty sobie wtedy wyobrażałaś?
Przygryzła wargę. Musiał dziś dużo przeczytać.”



Rodzina wyjeżdża na wspólne wakacje, na Riwierę Czarnogórską. Mąż natrafia na rękopis swojej żony - podczas lektury, która wywołuje u niego silne emocje, zmienia swoje podejście do najbliższych.

Zdarza się, że na drodze każdego książkoholika przewrotny los stawia lektury wybitne, znakomite lub zwyczajnie dobre, ale też takie, które są złe, mierne i nijakie. Taką właśnie książką, z grupy tych słabszych, w moim mniemaniu jest „Arkandel” Katarzyny Bułat.

Z tego, co zdążyłam się zorientować to autorka w swojej twórczości częściej sięga po poezję, to zdecydowanie można wyczuć, czytając „Arkandel”, jednak w tym przypadku nie mogę tego uznać za zaletę. Wręcz przeciwnie – styl jest za ciężki, zbyt wydumany, brakuje miejscami pewnej logiki, co łatwo rzuca się w oczy. Długi czas, na przykład, zastanawiałam się jak to jest możliwe, by mocno zranić się o leżący na podłodze nóż? Potraficie to wytłumaczyć? Nie chcę spojlerować książki, ale takich „kwiatków” jest tutaj zaskakująco dużo, jak na tak mały format. Przez większość czasu, poświęconego lekturze dumałam o czym ona tak właściwie jest? Nawet przesłanie, morał czy główny wątek historii nie mogły zrobić na mnie wrażenia, ponieważ nie byłam w stanie uwierzyć w fabułę. A na tym chyba polega zadanie pisarza, prawda? Aby przedstawić nam opowieść, nawet najbardziej niesamowitą, w taki sposób byśmy w pewnym stopniu w nią uwierzyli.

Wielokrotnie trafiałam w tekście na takie perełki stylistyczne jak : „ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia” czy „przeżuwaliśmy te rozmowy powoli, powoli – jak zazwyczaj przeżuwają trawę… krowy”. Wszystkie takie zdania zaznaczałam w tekście, ale po pewnym czasie musiałam zrezygnować, bo było tego zwyczajnie za dużo. Nie robi na mnie wrażenia taka nietypowa liryka, wywołuje wręcz odruch natychmiastowego zamknięcia książki, uratowało mnie jedynie to, że powieść jest bardzo krótka, ma zaledwie 150 stron, na szczęście. Większej jej dawki chyba bym nie zniosła...

Kolejnym słabym punktem są bohaterowie – nie wywołują ani sympatii, ani nienawiści czy irytacji – są do bólu obojętni. Nie przekonują mnie ich uczucia, które zmieniają się ze strony na stronę, podobnie jak ich decyzje. Nie widzę także ich cech, których istnienie autorka próbuje wmówić czytelnikowi. Ojciec, który uznawany jest za złego - nie poświęcający swego czasu żonie czy córce, spędza z nimi chwile, z dzieckiem wychodzi na spacer. Odseparowuje się od rodziny tylko przy lekturze książki. Nawet nie wiem, kto tutaj jest główną, najważniejszą postacią, ponieważ żadna nie wysuwa się na pierwszy plan, wszystkie zlewają mi się w jedną, szarą masę, bez widocznych wad lub zalet.

Fabuła w zamyśle chyba miała być zastąpiona przez egzystencjalne rozterki bohaterów, pytania o sens życia i relacje z najbliższymi, ja to doskonale rozumiem, i wiem, że takie książki nie należą do łatwych i przyjemnych, ale bez dobrego warsztatu pisarskiego, bez pewnej spójności czy pomysłu, cała powieść  okazuje się mierna i nijaka. Nadmierne wydumanie, pogłębianie problemów, które ukazują się nam jako drobnostka, to jedna z najgorszych rzeczy w książkach, oprócz nudy i obojętności. Czy polecam? Zdecydowanie nie.
163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia

163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia


Zauważyłam, że ostatnio w ramach cyklu Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego prezentuję tylko tytuły, które spodobały się najmłodszemu, co jest rzeczą oczywistą, ponieważ sama czytam mu te książki, więc wydaje mi się , że poznałam je na tyle, by móc o nich pisać. Z książkami, które czyta Ignaś sprawa przedstawia się trochę inaczej - pomimo tego, że czytam i jemu, to jednak duże fragmenty mi umykają. W związku z tym postanowiłam, że o tytułach, które przypadły do gustu mojemu dziesięciolatkowi napiszę w jednym poście, zbierając jego ulubione, przeczytane podczas wakacji egzemplarze - na szczęście jest z czego wybierać, chociaż parę książek jeszcze zostało do skończenia, ale na razie Ignaś rzucił się ochoczo za czytanie lektur szkolnych (!).


"Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem" Michael Broad
Seria przygód o Jacku Placku od razu bardzo się Ignasiowi spodobała, od momentu, kiedy pierwszy raz zetknął się z nią, poznając "Jacek Placek i odwiedziny wampira". Zarówno styl pisania, jak i sama forma bardzo odpowiada Ignasiowi - tym razem nasz główny bohater musi zmierzyć się z nauczycielką-wilkołakiem, potworną opiekunką i prawdziwą mumią, czyli cała masa niesamowitych, zabawnych przygód, przyozdobiona dowcipnymi, jakby wyjętymi żywcem z brulionu, różnorodnymi obrazkami i gryzmołkami.

seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Rick Riordan
Po Harrym Potterze przyszła kolej na innego, chłopięcego bohatera, który musi stawić czoła potężnym, złym mocom. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że seria Ricka Riordana spodoba się tak bardzo, że już podczas czytania pierwszej części, będę musiała szybko zamawiać następne, a najlepiej cały pakiet... I faktycznie, Ignaś pochłaniał tom za tomem, do skończenia pozostała mu jedynie V część. A dodatkowy pożytek z tego taki, że zainteresował się mitologią i rozpoczął swoją przygodę z moją ukochaną "Mitologią" Parandowskiego - #dumnamama ;)

"Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach
Pierwotnie książka ta była zamówiona dla młodszego, ale nie doczytałam, że treść skierowana jest raczej dla starszych odbiorców i tak oto trafiła w ręce Ignasia. Osobiście uważam, że jest naprawdę rewelacyjna - zachwycają mnie zarówno rozdziały, jak i strona wizualna. Myślę, że o tej publikacji napiszę szerzej w osobnym poście, ale póki co mogę powiedzieć, że jest to świetna lektura, z mnóstwem ciekawych informacji o najbardziej popularnych potworach i innych szkaradziejstwach, z całą masą nawiązań do filmów, książek czy, szeroko pojętej, kultury bądź wierzeń. Jak najbardziej z kręgu ignasiowych zainteresowań :) Od jednorożców, przez trolle, gnomy i czarownice, aż po tajemnicze slendermany. Brrr...


162.Indiana Jones w spódnicy? | "Reguła nr 1" Marta Guzowska

162.Indiana Jones w spódnicy? | "Reguła nr 1" Marta Guzowska


„Reguła nr 1”
Marta Guzowska

Wydawnictwo Marginesy
2017
372 strony


„Jestem archeolożką i złodziejką. No, co się tak patrzycie? Zakładam, że od czasu do czasu też musicie coś zjeść. Pensja naukowca ledwo starcza na jedzenie, a ja do tego lubię też czasem  fajnie się ubrać, pójść do knajpy, nawet wyjeżdżać, i niekoniecznie na wykopaliska. Na to wszystko trzeba pieniędzy. A pensja naukowca… Zresztą już to ustaliliśmy.”

Indiana Jones w spódnicy?
Tak właśnie pomyślałam sobie, czytając opis najnowszej książki Marty Guzowskiej – w tym przypadku podobieństw jest trochę, między innymi trzymające w napięciu przygody i starożytne skarby, których poszukują, między innymi, różne typy spod ciemnej gwiazdy.

Osobiście ogromnie cenię sobie tematy związane z historią czy nawet archeologią w powieściach, takie zagadnienia zawsze przykuwają moją uwagę i sprawiają, że łatwiej i chętniej zagłębiam się w lekturze. W tym przypadku radość z czytania jest  większa, ponieważ autorka jest archeologiem ze sporym i imponującym doświadczeniem, co daje nadzieję na rzetelne informacje i znajomość branży od podszewki. „Reguła nr 1” to drugi tom z serii o Simonie  Brenner, można go czytać bez znajomości pierwszej części, ale podejrzewam, że już podczas lektury na pewno nabierzecie ochoty na poprzednie przygody niepokornej bohaterki, a także następne.

Simona Brenner jest uznaną panią archeolog, jest także złodziejką – kradnie i sprzedaje drogocenne eksponaty. Tym razem dostaje propozycję nie do odrzucenia, ma odszukać i ukraść mityczne złote runo. Początkowo podchodzi do nowego zadania dosyć sceptycznie, jednak z czasem nabiera przekonania o istnieniu starożytnego przedmiotu, którego historię opisuje mit o wyprawie Argonautów. Poza tym nie tylko jej zależy na jego zdobyciu, a poszukiwania stają się coraz bardziej niebezpieczne.

Marta Guzowska, okazała się naprawdę miłym zaskoczeniem, ponieważ jak na panią archeolog świetnie posługuje się słowem pisanym, potrafi stworzyć wciągającą, bogatą w zaskakujące wydarzenia intrygę, którą czyta się z zapartym tchem. Naprawdę, bawiłam się świetnie, czytając o przygodach Simony Brenner.  Powieść trzyma w napięciu, jest ciekawie skonstruowana, w odpowiednim momencie ma umiejscowione zwroty akcji, dzięki czemu nie sposób się nudzić.

Miałam pewne obawy odnośnie głównej bohaterki – Simona Brenner postępuje nie do końca uczciwie, jest złodziejką, popełniła w swym życiu wiele złych uczynków, a z takimi postaciami przeważnie jest problem, by ich polubić, by im kibicować. Tymczasem nie musiałam długo zagłębiać się w lekturę, by poczuć nić sympatii do niepokornej pani archeolog. To pewna swoich umiejętności kobieta, z dużą wiedzą, ale także ironicznym poczuciem humoru, który towarzyszy jej przez cały czas. To silny charakter, wobec którego nie można być obojętnym. Ta postać zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan i dystansuje pozostałych.

Czy polecam „Regułę nr 1” Marty Guzowskiej? Zdecydowanie tak! To świetna książka dla tych, którzy lubią przygodowo-sensacyjne fabuły, którym nie straszne wątki historyczne, nawet takie, które sięgają do czasów starożytnych. Będziecie mieć ochotę na więcej, podobnie jak ja - chętnie także sięgnę po inne książki pani Guzowskiej.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy
161. "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard

161. "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard



„Wszechświat w twojej dłoni”
Christophe Galfard

Wydawnictwo Otwarte
2017
411 stron

„Twoja ojczysta planeta widziana z tego miejsca ma rozmiar czterech Księżyców w pełni. Wygląda jak błękitna perła unosząca się na usianym gwiazdami tle. 
Znikomość naszego świata wobec  ogromu przestrzeni kosmicznej uczy i zawsze nas będzie uczyć pokory.”

Na wstępie wyjaśnijmy sobie jedno – jestem typową przedstawicielką tej części ludzkości, która określa siebie chlubnym mianem „osoby o umyśle humanistycznym”, co oznacza po prostu, że niełatwo ogarniam wszelkiego rodzaju terminologie dotyczące matematyki czy fizyki. W moim przypadku jest to wręcz kompletna ignorancja. Kiedy więc padła propozycja żebym zapoznała się z książką „Wszechświat w twojej dłoni” Christophe’a Galfarda, któremu przyznano tytuł doktora fizyki na Uniwersytecie Cambridge, to poczułam znajomą pustkę w głowie i ogromne zwątpienie – czy to jest właściwie książka dla mnie? Cieszę się, że już od pierwszych stron przekonałam się, że jednak tak.

Dużo ostatnio jest wydawanych książek dotyczących natury, otaczającego nas świata, które, tak się szczęśliwie składa, są pisane tak, że w ciekawy i niewymuszony sposób przekazują mnóstwo fascynujących informacji. „Wszechświat w twojej dłoni” znakomicie wpisuje się w ten nurt. Dodatkowym atutem jest sama otoczka wizualna, która mnie urzekła, piękna, twarda oprawa idealnie nawiązuje do treści, nie daje czytelnikowi lub potencjalnemu odbiorcy żadnych złudzeń.

Christophe Galfard zabiera nas w podróż, a nawet w kilka podróży, na wielu płaszczyznach, jest to wędrówka w czasie, przestrzeni, po zakamarkach naszego umysłu i własnej, nieograniczonej niczym kosmos, wyobraźni. Zjawiska i teorie autor stara się wytłumaczyć w takiej formie, by były one przystępne i w miarę zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, by nie przyprawiły nikogo o ból głowy. Nie twierdzę, że zaraz po lekturze będziemy mieli taki poziom wiedzy, jak sam Galfard, ale na pewno wiele rzeczy, które do tej pory były nam obce, staną się prostsze i bardziej przyswajalne.

Ale jakie informacje są zawarte w książce? Począwszy od tych dotyczących kosmosu, jego wielkości, zmian, jakie w nim zachodzą, wydarzeń, które mają miejsce w tej niewyobrażalnej przestrzeni, aż po najmniejsze cząsteczki wszechświata – atomy. Poznamy teorie dotyczące prędkości światła czy względności czasu, bądź praw grawitacji. Mnóstwo ważnych, interesujących informacji, które mogą zaintrygować nie tylko umysły ścisłe. Całość napisana jest językiem potocznym, bez dużej ilości zwrotów niczym z podręczników i leksykonów, natomiast zgrabnie wykorzystany przez autora zabieg bezpośredniego zwracania się do czytelnika sprawia, że łatwiej nam skupić uwagę na treści, śledzić tekst i pogrążać się w przedstawianych wizjach.

Dla mnie ta książka okazała się prawdziwym, miłym zaskoczeniem. Nigdy nie sądziłam, że takie tematy okażą się dla mnie fascynujące i w pewnym stopniu zrozumiałe. Polecam każdemu, kto jest ciekawy świata, a nawet całego, przytłaczającego swą niezmierzonością wszechświata, kto patrzy w nocne niebo, usiane rozsypanymi gwiazdami i zastanawia się, co kryje w sobie ten niezwykły widok?

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte
160. Typ Klasyczny #20 "Dzieje Tristana i Izoldy" autor nieznany

160. Typ Klasyczny #20 "Dzieje Tristana i Izoldy" autor nieznany


„Tristan i Izolda”
autor nieznany

Wydawnictwo MG
2017
286 stron



„Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej. Słuchajcie, w jaki sposób w  wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego.”


Ze starego celtyckiego mitu powstała poruszająca pieśń, przekazywana z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, ubarwiana, wzbogacana. Z pieśni zaś zrodziła się historia, która inspiruje wielu twórców, mimo że od jej powstania minęły stulecia.

Dzielny, waleczny Tristan, siostrzeniec króla Marka, przybywa do Irlandii w poszukiwaniu żony dla swojego władcy – wybranką okazuje się być Izolda Jasnowłosa, która odpływa wraz z rycerzem ze swej rodzinnej wyspy. Podczas podróży para głównych bohaterów nieświadomie wypija napój miłosny – wino przygotowane przez matkę Izoldy, które dziewczyna miała spożyć podczas swojej nocy poślubnej. Uczucie spada na nieszczęsnych kochanków i pieczętuje ich tragiczny los.

Pieśń o Tristanie i Izoldzie powstała wieki temu, jest znakomitym przykładem starofrancuskich utworów, opiewających dworską miłość oraz celtyckich legend arturiańskich. Spisana pierwszy raz w XII w. jest tak naprawdę tworem wykształconym przez lata, opowiadanym i przekazywanym z jednej osoby na drugą. Nieznana jest dokładna historia jej powstania, co nadaje jej nieco tajemniczą otoczkę. Wielokrotnie spisywana w późniejszych czasach, tłumaczona na różne języki – między innymi w znakomitym przekładzie Tadeusza Żeleńskiego-Boya, które ostatnio zostało wydane przez wydawnictwo MG, z krótkim wstępem, dzięki któremu odrobinę czytelnik może sobie przybliżyć to dzieło.

Często porównuje się historię Tristana i Izoldy do pary innych kochanków, którzy tragicznie zakończyli swój los – do Romea i Julii. Sądzę, że więcej jest jednak w tym przypadku różnic niż podobieństw. Jest to także zupełnie inny rodzaj miłości – bohaterowie starofrancuskiej pieśni zakochują się w sobie pod wpływem tajemniczego eliksiru, od tego momentu są zdolni do wielu czynów, które były wbrew ich naturze czy wychowaniu. To miłość, która jest zdolna do wzniosłych, szalonych czynów, ale także do postępów niehonorowych, złych i zakazanych. Uczucie między Tristanem i Izoldą nie zważa na nic, niszczy wszystko wokół, na koniec zaś niszczy także parę oddanych sobie kochanków, którzy nie mogąc żyć ze sobą, łączą się po śmierci, w symbolicznej scenie. Trudno ich jednak obwiniać za zdrady, wyrządzone krzywdy, skoro ich los tak naprawdę nie należał do nich samych, to przecież nie oni, z własnej, nieprzymuszonej woli padli sobie w objęcia. Wszystkiemu winny wywar, który został przygotowany przez matkę Izoldy na noc poślubną. Od chwili, gdy ich usta zetknęły się z tym niezwykłym, przedziwnym napojem, nie są w stanie istnieć jedno bez drugiego, cierpią męki w rozłące i gotowi są sprzeniewierzyć własny honor, by móc być razem.

Myślę, że niektórych zaintrygują elementy fantastyczne w „Dziejach Tristana i Izoldy”, jak wspomniany wcześniej eliksir miłosny czy smok, którego musiał pokonać Tristan, by zdobyć rękę wybranki króla Marka. Wspaniale ubarwiają całą historię, nadają jej ciekawego, nadnaturalnego klimatu, który idealnie współgra ze średniowiecznym życiem, damami i rycerzami.

Jeśli więc jeszcze nie poznaliście tego niezwykłego dzieła, które miało ogromny wpływ na twórców kolejnych epok, oraz jest pewnym punktem odniesienia jeśli mowa o średniowieczu, eposy z dawnych czasów i miłosne historie, to koniecznie je przeczytajcie. Nie da się ukryć, że jest to utwór, który na nasze współczesne standardy może się wydawać nieco przestarzały i zatęchły, jednak w pewnym sensie ta jego wada staje się zaletą, gdy uświadomimy sobie, jaką drogę musiała ta pieśń przebyć, ile lat przetrwać, jak wiele epok przeminęło, a „Dzieje Tristana i Izoldy” nadal poruszają, intrygują i inspirują.
159. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins

159. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins


„Poznajemy arcydzieła.
Przewodnik po sztuce”
Rosie Dickins
konsultacja: Nicola Butler

Papilon
Publicat S.A.

80 stron



„Widzów niezmiennie fascynuje zagadkowy uśmiech Mony Lisy. Jest wyrazem szczęścia czy smutku? A może znudzenia? Wyraz twarzy kobiety zmienia się, w zależności od miejsca, z którego patrzymy na obraz. Aby osiągnąć ten efekt, Leonardo zastosował technikę zwaną sfumato, polegającą na łagodnych przejściach od ciemnych do jasnych kolorów

Sztuka i malarstwo od dawna mnie fascynują, nic więc dziwnego, że takie zainteresowania chciałabym także zaszczepić swoim dzieciom. W przypadku dwóch chłopców, których zainteresowania oscylują gdzieś pomiędzy grami na playstation, Gwiezdnymi Wojnami, Batmanem i Władcą Pierścieni to moje rodzicielskie ambicje wpojenia w nich wrażliwości na dzieła sztuki mogą być skazane na niepowodzenie. Ale może jeszcze nie poległam, może jest iskierka nadziei?

Ostatnio w nasze ręce wpadła całkiem ciekawa publikacja, która jest swoistym kompromisem pomiędzy oczekiwaniami moimi a  dzieci - oto w małej, skondensowanej pigułce dostają ciekawe informacje, które ich nie nużą, są jasne i zrozumiałe, a w dodatku wzbudzają chęć bliższego poznania danych dzieł.

W książce "Poznajemy arcydzieła" Rosie Dickins zgłębiamy tajniki 35 słynnych obrazów, przedstawionych w porządku chronologicznym, reprezentujących wiodące w danej epoce style oraz techniki. Począwszy od "Portretu małżonków Arnolfinich" poprzez słynną "Monę Lisę" czy "Autoportret" Rembrandta aż po bardziej współczesne "Państwo Clark i Percy", otrzymujemy krótkie informacje na temat danego dzieła takie jak: autor, rok powstania i kraj, z którego pochodzi. Każda reprodukcja jest także opatrzona notką historyczną, dotyczącą okoliczności powstania bądź przybliżeniem techniki, której obraz jest przykładem. Oprócz tego przy każdym arcydziele znajdują się dodatkowe ciekawostki, które, przyznam szczerze, wzbudzały największe zainteresowanie podczas czytania- odnajdywanie szczegółów czy objaśnianie ukrytych znaczeń czy symboliki  to właśnie to, co powodowało, że obydwoje wpatrywali się w przedstawiane obrazy, zgłębiając detale z prawdziwą pasją.

Wybór jest ciekawy i w miarę różnorodny, pojawiają się słynne i znane dzieła, ale także takie, które są mniej popularne, namalowane w różnych technikach, które dziecko może zechce bardziej zgłębić czy samemu wypróbować. Może także chcieć poznać te arcydzieła, zobaczyć w oryginale i stąd już łatwa droga do rozbudzenia w nich ciekawości i zainteresowania historią sztuki. 

Cieszę się, że sięgnęliśmy po tę książkę i że przedstawione w niej dzieła spodobały się moim dzieciom, nawet mój ulubiony obraz - "Ofelia" Johna Millais  - wywołał u nich prawdziwy zachwyt ("wygląda jak zdjęcie!"). A wspólne śledzenie na obrazach ukrytych podpisów, drobnych szczegółów, było prawdziwą zabawą.
158. "Łaska" Anna Kańtoch

158. "Łaska" Anna Kańtoch


„Łaska”
Anna Kańtoch

Wydawnictwo Czarne
2016
398 stron

„Mimo zmęczenia nie potrafiła zasnąć, leżała więc tylko, wpatrując się w półmrok. Miała wrażenie, że taka sama ciemność spowija jej myśli, tkwi w gardle i za oczami jak zastarzały kłąb rozpaczy. Czasami żałowała, że nie jest naprawdę chora. Nie na banalną grypę, ale na coś poważniejszego, może nawet śmiertelnego. Przynajmniej miałaby usprawiedliwienie, dlaczego nie radzi sobie z własnym życiem.”

Z twórczością Anny Kańtoch zetknęłam się ładnych parę lat temu, kiedy to w moje ręce trafił zbiór opowiadań „Diabeł na wieży”, książka z gatunku fantasy. Mimo tego, że lektura zrobiła na mnie spore wrażenie do tej pory nie miałam kontaktu z pozostałymi dziełami tej pisarki, która na swoim koncie ma już sporo zdobytych nagród i wyróżnień, liczne grono wielbicieli jej pióra oraz całkiem długą i zachęcajcą listę wydanych tytułów. Kiedy jednak zrobiło się głośno o jej najnowszych powieściach kryminalnych czyli „Łasce” i „Wierze” postanowiłam nadrobić zaległości i zapoznać się z nimi, tym bardziej, że co krok napotykałam na ich pozytywne recenzje i pochwalne opinie. I tutaj muszę Wam od razu napisać, że się nie zawiodłam – tak, jak autorka oczarowała mnie w świecie fantastycznym, tak udało się jej to w mrocznym, PRL-owskim kryminale.

Rok 1955. Sześcioletnia Marysia gubi się w lesie i mimo poszukiwań odnajduje się przypadkiem dopiero po tygodniu, cała umazana w zeschniętej krwi. Nie wiadomo, co jej się przydarzyło, ponieważ dziewczynka nie pamięta, co się z nią działo przez ostatnie dni – jak udało się jej przeżyć, czy była sama, skąd na jej ubraniu znalazła się krew? Po latach Maria jest nauczycielką polskiego, zmaga się z depresją, każdy dzień wydaje się jej męczącym pasmem udręki, jest samotna, ma dystans do świata i życia, które prowadzi w małej, polskiej miejscowości. Pewnego dnia uczeń zamiast kartkówki oddaje jej rysunek, który wywołuje u kobiety spore poruszenie – przedstawia on grupkę dzieci, bawiących się w lesie razem z Kartoflanym Człowiekiem. Po kilku dniach chłopiec popełnia samobójstwo, a miasteczkiem wstrząsa wiadomość o morderstwie kolejnego dziecka. Maria uważa, że ma to jakiś związek z jej przeszłością i próbuje odkryć tożsamość mordercy, jednocześnie zmagając się ze swoimi wspomnieniami.

Jestem naprawdę zachwycona tą książką, to, co Annie Kańtoch naprawdę się udało i co na czytelniku robi spore wrażenie to niesamowity klimat powieści – akcja dzieje się w czasach PRL, ale nieco dwutorowo, ponieważ wydarzenia podzielone są na te, które działy się po zakończeniu II wojny światowej, w latach 50., oraz te, bardziej współczesne, które rozgrywają się w latach 80. Całkiem zgrabnie oddana jest rzeczywistość tamtych siermiężnych czasów, gnuśna codzienność małej miejscowości, w której wszyscy się znają, a jednak gdzieś tam, za brudnymi oknami, w spleśniałych piwnicach, kryje się niepokojący mrok, gromadzą się tajemnice, które mogą nigdy nie wyjść na światło dzienne. Taką duszną, ciężką i zatęchłą atmosferę mocno czuć, chwilami ciarki przechodzą po plecach podczas lektury, autorka bowiem umiejętnie prowadzi czytelnika przez ten ciemny, splątany gąszcz ludzkich strachów i sekretów, mnoży niepokój, jednocześnie wzbudza ciekawość, intryguje i nęci, przez co książka staje się jednym wielkim wciągającym wirem wydarzeń.

Sylwetki bohaterów, jak na kryminał, są nieco nietypowe – na pierwszym planie mamy tutaj nauczycielkę polskiego, Marię, która zmaga się ze swoją niejasną przeszłością, depresją i chronicznym zmęczeniem, na początku jest bierna, a każdy wysiłek jest dla niej nie do pokonania, z czasem zaczyna rozumieć, że to, co spotkało ją jako małą dziewczynkę ma związek ze śmiercią dzieci, jest więc ona jedyną osobą, która może wskazać mordercę lub przejrzeć jego zamiary. Milicja, prowadząca śledztwo, to poniekąd zlepek przeróżnych osobowości, na czele z przesadnie poukładanym, ogarniętym wręcz obsesyjną myślą o awansie, porucznikiem i milicjantką, która musi zmagać się z męskim nastawieniem, że kobiecie nie wypada pracować w tym zawodzie, co najwyżej nadaje się do zaparzania kawy. Poza nimi mamy całe miasteczko, rozmaitych ludzi, wykreowanych w ten sposób, że są nie mniej ciekawi, niż postacie pierwszoplanowe.

Dla mnie „Łaska” to naprawdę świetny, mroczny kryminał, pomimo tego, że udało mi się rozszyfrować twist fabularny w pierwszej połowie, nie przeszkodziło mi to jednak w chorobliwym wręcz zatracaniu się w tej książce, nie mogłam się od niej oderwać i zdecydowanie uważam ją za jedną z najlepszych powieści z tego gatunku, jakie przeczytałam w ostatnim czasie.
157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

„Dalila”
Jason Donald

Wydawnictwo Kobiece
2017
488 stron

„Obiecują ci wszystko, a później tylko od ciebie biorą. Starają się nas ze sobą skłócić. Chcą, żebyśmy siedzieli w domu, samotni, i nic nie robili. To załamujące miejsce. Najczęstszą chorobą jest tutaj smutek serca.”

Irene Dalila Mwathi to młoda dziewczyna, mieszkająca w Kenii, ma rodziców i brata, studiuje, by spełnić swoje największe marzenie – zostać dziennikarką. Wszystko się zmienia, gdy cała jej rodzina zostaje zamordowana, prawdopodobnie przez wuja dziewczyny, który zagarnia dla siebie cały, prowadzony dotąd ze swoim bratem biznes, Dalila natomiast jest przez niego więziona, wykorzystywana fizycznie i bita. Niespodziewanie udaje jej się uciec i dociera do Londynu. Jednak już na samym początku zostaje oszukana przez ludzi, którzy mieli jej pomóc. Zmuszona jest podjąć próbę ułożenia sobie życia w Anglii, by zapewnić sobie bezpieczeństwo i nie wracać do Kenii, gdzie na pewno grozi jej śmierć.

Jason Donald, autor „Dalili” oraz takich powieści jak „Choke Chain” czy „Elsewhere:There”, które niestety do tej pory nie zostały jeszcze wydane w Polsce, urodził się w Europie, ale wiele lat spędził w Afryce, gdzie doskonale poznał tamten świat, panujące na kontynencie zwyczaje oraz kulturę jego mieszkańców, dzięki temu potrafi w sposób szczery i rzetelny o nim pisać. 

„Dalila” jest przykładem nie tylko na dobrą znajomość autora życiem w Afryce, ale także i na to, że  pisarz w dosyć łatwo i bez zbędnych ozdobników potrafi poruszyć serce czytelnika. Historia głównej bohaterki jest wzruszająca i daje sporo do myślenia, Jason Donald umiejętnie gra na emocjach, przy tym forma w jaką nam ją przedstawia jest raczej umiarkowana i stonowana.

Główna bohaterka, po trudnych przejściach i dramatycznych wydarzeniach, ubiega się o azyl w Wielkiej Brytanii – nie jest to proste zadanie, nie ułatwiają tego zawiłe, nieczułe na ludzką tragedię przepisy prawa czy liczne przesłuchania. Dalila jednak wie, że do Kenii nie może wrócić, że grozi jej tam ogromne niebezpieczeństwo, więc za wszelką cenę chce się poczuć pewnie i swobodnie w obcym kraju, który dotąd znała tylko z nielicznych programów w telewizji, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż to, do którego przywykła. Na swojej drodze spotyka ludzi, którzy chcą jej wyrządzić krzywdę, są wobec niej wrogo nastawieni, ale także odkrywa nowe, głębokie przyjaźnie. Kibicowałam jej bardzo w jej staraniach, ogromnie zależało mi na tym, by udało jej się rozpocząć nowe życie, by w końcu nie czuła się zagrożona i nie musiała uciekać. Zarówno jej losy jak i pozostałych bohaterów, uchodźców. były niezwykle poruszające, i nie sposób na nie pozostać obojętnym.

„Dalila” opisuje problem uchodźstwa, który istniał już oczywiście od wielu lat, ale ostatnio wywołuje spore kontrowersje, budzi skrajne uczucia. Dobrze więc wpisuje się w aktualną falę dylematów, dyskusji i nastrojów społecznych. Jason Donald w swojej książce daje czytelnikowi możliwość postawienia się w roli osób, które starają się o azyl, pokazuje jak wygląda ich sytuacja, obrazuje warunki w jakich żyją, jakimi są ludźmi i że najbardziej na świecie pragną dla siebie i swoich bliskich bezpieczeństwa, którego nie mają we własnym kraju. Spotykają się w wrogością, jawną agresją, kompletnym brakiem zrozumienia czy zwyczajnej empatii. Zapewniam, że te historie zrobią na Was ogromne wrażenie, wryją się w pamięć na bardzo długo.

Komu polecam tę książkę? KAŻDEMU. Nieważne czy gustujecie w takich czy innych gatunkach literackich, ta powieść może Was dogłębnie poruszyć, wzburzyć Wasze emocje i dać całkiem sporo do myślenia - takie jest jej zadanie i wywiązuje się z niego naprawdę znakomicie.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski

156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski


„Szklane Żądło”
Bartłomiej Świderski

Wydawnictwo Muza
2017
349 stron

„Strumień czasu wypłukuje mroki pamięci, szlifuje brylanty scen, wygładza ukochane tworze aż do postaci nieskazitelnych masek. I wciąż rwie naprzód. Życia nic  nie zmoże, panta rhei. Na dłuższą metę pod prąd płyną tylko łososie.”

Olaf Dziki, biznesman, właściciel luksusowego jachtu, zostaje oskarżony o zabójstwo swojej dziewczyny. Znaleziono ją na pokładzie „Szklanego Żądła”, przykutą kajdankami do łóżka, nagą, śmiertelnie pchniętą nożem, gdy on w tym czasie leży nieprzytomny, z odgryzionym uchem. Dodatkowo Dziki nie ułatwia sprawy policji ani prokuraturze, ponieważ zapamiętale milczy, nie przyznaje się do winy, ale także nie próbuje nikogo przekonywać do swej niewinności. Z czasem wychodzi na jaw prawda o relacji między nim a zabitą kobietą, a grono podejrzanych powiększa się – na pokładzie, w dniu popełnienia przestępstwa, była także poprzednia narzeczona Olafa.

Bartłomiej Świderski, autor „Szklanego Żądła”, dziennikarz i scenarzysta ma już na swoim koncie kilka powieści oraz scenariuszy do seriali, co można także zauważyć w jego sposobie pisania  – książka składa się z krótkich scen, przebłysków, obserwujemy akcję z różnych perspektyw, śledzimy ją w kilku sekwencjach. Jesteśmy błyskawicznie przerzucani w czasie i przestrzeni, tak, jakbyśmy oglądali serial. Narracja jest zmienna – raz historię opowiada Olaf i to z jego relacji, osobistych wrażeń, możemy dowiedzieć się jak wyglądała jego znajomość z Agnieszką, raz towarzyszymy komisarzowi Wyszyńskiemu i wraz z im odkrywamy tajemnicę tego, co wydarzyło się na pokładzie jachtu, poznać możemy także samą Agnieszkę, w czasie przed dokonaną zbrodnią. Całkiem sporo tutaj różnych perspektyw, mnóstwo spojrzeń na tę tragiczną historię, ale tylko w ten sposób obraz staje się pełny, a bohaterowie wielowymiarowi i prawdziwi.

Autor sprawił, że sam wątek śledztwa, prowadzone dochodzenie w sprawie zabójstwa, nie wysuwa się mocno na pierwszy plan, jednak muszę przyznać, że niekiedy te wspomnienia głównego bohatera czy wydarzenia z życia zamordowanej kobiety, dłużyły się i spowalniały tempo akcji, a ta przecież w rasowym, dobrym kryminale musi czasami pędzić jak szalona, by czytelnik nie znudził się, tylko śledził strona po stronie, zdanie po zdaniu z zapartym tchem, gubiąc się we własnych domysłach. Rozwiązanie zagadki także nie jest trudne, ale może to dlatego, że mam już nieco tego typu powieści przeczytanych na swoim koncie i nie jest łatwo mnie zaskoczyć. Chociaż przyznam, że Bartłomiej Świderski w swojej książce niekiedy podsuwa czytelnikowi fałszywy trop, by ten, złudnie nabrał podejrzeń i dostał w niektórych momentach wątpliwości, czy aby jego przypuszczenia są słuszne? Czy dobrze dedukuje, oskarżając daną postać, a nie inną? Jak potoczyły się wydarzenia tamtego tragicznego wieczoru? Dzięki temu można miejscami się nieźle wciągnąć w intrygę i czerpać przyjemność z czytania.

Postacie są całkiem dobrze wykreowane, z uwagi na różnorodną narrację i przebłyski  scen pomiędzy nimi, ich sylwetki okazują się niejednoznaczne, a relacje są skomplikowane. Przykładem jest tutaj związek między Olafem a Agnieszką, który możemy bardzo dobrze poznać, ich erotyczna, perwersyjna gra, nieustannie zbliża się do granicy bezpieczeństwa, jednak mimo to są sobie niezwykle bliscy, potrzebują się wzajemnie. Dialogi są także mocną stroną powieści, są lekkie, niewymuszone, pozbawione sztuczności, a miejscami napisane z humorem czy filozoficzną nostalgią. Osobiście bardzo spodobał mi się opis pracy śledczych, nieco znudzonych policjantów, którzy niejedno już w swoim zawodowym życiu widzieli i niejedno przeszli. Jednak pod dowództwem komisarza Wyszyńskiego są gotowi i zdeterminowani, by rozwiązać zagadkę śmierci Agnieszki Malik.

„Szklane Żądło” to dosyć mocna, męska, a miejscami nawet brutalna, powieść kryminalna, z niebanalnym sposobem prowadzenia fabuły i odkrywania wątków, powiązań i zależności. Z pewną nutą perwersji i szokujących damsko-męskich relacji, gdzie sadystyczna, niebezpieczna gra miesza się z potrzebą bliskości i bezradnością zwichrowanych przez życie ludzi.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza
155. Przedpremierowo -  "Ocalałe" Riley Sager

155. Przedpremierowo - "Ocalałe" Riley Sager

„Ocalałe”
Riley Sager

Wydawnictwo Otwarte
2017
431 stron


„Chcę, żeby wiedział, że jestem kimś więcej niż uratowaną z masakry dziewczyną, więcej niż wojowniczką, za jaką mnie zawsze uważał. Stworzył mnie, ulepił z krwi, bólu i lodowatej stali. Jestem pieprzoną Ocalałą.”

Quincy Carpenter prowadzi ciche, spokojne życie. Mieszka ze swoim ukochanym, Jeffem, prowadzi poczytnego bloga kulinarnego i stara się po prostu czerpać małe przyjemności z każdego mijanego dnia. Quincy pragnie normalności, ponieważ to, co spotkało ją przed laty już na zawsze naznaczyło ją potwornym piętnem - wspomnienie tego, co wydarzyło się w Pine Cottage, leśnej chatce, do której wybrała się z grupką znajomych, by świętować urodziny przyjaciółki, może doprowadzić do obłędu. Dziewczyna jako jedyna przeżyła krwawą masakrę, a jej sytuację pogarsza fakt, że nie pamięta wszystkich wydarzeń z tamtej przerażającej nocy. W poradzeniu sobie z traumą pomaga jej gotowanie i regularne dawki xanaxu popijane sokiem winogronowym.

„Ocalałe” to wydana przez ukrywającą się pod pseudonimem Riley Sager, pisarkę mieszkającą w Princeton w New Jersey, która, jak możemy się dowiedzieć z niewielu informacji na jej temat, lubi pisać, czytać, oglądać filmy oraz gotować. Informacji o autorce jest mało, poza tymi ogólnikami, natomiast o książce wiemy jeszcze tyle, że jest debiutanckim thrillerem, którym zachwycają się takie osoby z literackiej branży jak Stephen King czy Lisa Gardner. Już na okładce twórca „Cujo” i „To” przekonuje, że będzie to najlepszy thriller, jaki przeczytamy w 2017 roku. Co Wy na to?

Jeśli chodzi o moje odczucia, to od razu skojarzyłam „Ocalałe” z „Lokatorką” JP Delaney. Te dwie książki łączy naprawdę wiele, a „Lokatorka” bardzo mi się spodobała i jak dotąd była na pierwszym miejscu ulubionych, przeczytanych w tym roku thrillerów, kryminałów i powieści sensacyjnych. Czy „Ocalałe” zepchnęły ją z tego piedestału? Podobieństwo między jedną a drugą powieścią nasuwa się już od razu – głównymi bohaterkami są kobiety, które w swej przeszłości przeszły traumę, starają się rozpocząć swoje życie na nowo, ale także pozostają niejednoznaczne, skrywają sekrety, które poznajemy wgłębiając się w fabułę. Poza tym, co bardzo podoba mi się w obu przypadkach, narracja prowadzona jest z różnych stron, poznajemy także wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, jak i te, które miały miejsce sprzed lat. W „Ocalałych” fabuła przeplata się - razem z główną bohaterką, której podświadomość wyparła z pamięci straszne obrazy tego, co stało się w Pine Cottage, odkrywamy prawdę.

Sam pomysł na historię wydaje mi się ciekawy i dosyć oryginalny – poznajemy postacie, które przeżyły już wstrząsające zdarzenia, teraz starają się ułożyć sobie życie, za wszelką cenę walczą o normalność, której tak desperacko potrzebują. Quincy, Samantha, która przeżyła napad szaleńca na motel, gdzie pracowała oraz Lisa, której udało się przeżyć rzeź w damskim akademiku – te trzy kobiety zostały okrzyknięte przez opinię publiczną i media Ocalałymi, tymi, które przetrwały. I chociaż mieszkają daleko od siebie, nie spotykały się, a każda na swój sposób radzi sobie z bolesną przeszłością to jednak wytworzyła się między nimi więź. Kiedy ginie Lisa, dwie pozostałe kobiety w końcu się poznają.

Riley Sager potrafi czytelnika trzymać w napięciu, pomimo tego, że pierwsza część książki nieco mi się dłużyła, to jednak w drugiej dostałam już to, czego oczekuję po dobrym, rasowym thrillerze – napięcie, niepewność i wciągającą akcję. Ostatnie rozdziały czytałam już z gorączkowym zapamiętaniem, nadrabiając początkową ospałość. Autorka zgrabnie zarysowała całą intrygę, tak, by trzymać nas w zwątpieniu i podejrzeniach przez większą część powieści.

Bohaterowie są dobrze oddani, postacie są różnorodne, jednak to między Quincy i Sam dzieje się najwięcej. Ich relacja jest nietypowa, to spotkanie, które miało miejsce po śmierci Lisy popycha akcję, wpływa na Quincy w sposób nieoczekiwany, ale nie chcę Wam zdradzać za dużo, by nie psuć przyjemności z czytania.

Czy „Ocalałe” okazały się dla mnie najlepszym thrillerem 2017 roku? Nie do końca. Ale były bardzo blisko. Zapewniły prawdziwy rollercoaster emocji i napięcia, jednak jak do tej pory „Lokatorka” w niewielkim stopniu wydaje mi się ciekawsza. Mimo to, szczerze polecam powieść Riley Sager, spodoba się na pewno miłośnikom gatunku, fanom niebanalnych historii z mrocznym, niepokojącym wydźwiękiem. Takie wydarzenia, jak te opisane w „Ocalałych” mrożą krew w żyłach i sprawiają, że nigdy już nie spojrzymy na zaciszną, położoną w leśnej dziczy chatkę, tak jak przedtem.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwo Otwarte
154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert

154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert



"Pani Bovary"
Gustaw Flaubert

Państwowy Instytut Wydawniczy
1974
387 stron

„Lubiła morze jedynie za jego burzliwość, a zieleń tylko wśród ruin. Z każdej rzeczy musiała wydobyć jakąś korzyść dla siebie i odrzucała jako zbędne to wszystko, co w danej chwili nie mogło być pokarmem dla jej serca.”

Karol Bovary jest lekarzem, niedawno stracił żonę, ale szybko żeni się ponownie, tym razem pod wpływem uczucia, z młodziutką Emmą. Karol nie zdaje sobie sprawy, że jego wybranka, przekonana o własnej wyższości, zapatrzona w świat elit i arystokracji, odurzona miłosnymi historiami, które zna z powieści, szybko zaczyna nudzić się tym związkiem. Szukając nowych, silnych doznań, wplątuje się w romans.

Można być marzycielem, można snuć te niezwykłe sny na jawie, zatapiając się raz po raz w słodkich, pełnych uroku wizjach i oczekiwaniach, ale czy można dla tego marzenia poświęcać to, co się ma najcenniejszego, nie zważając na ofiary, na przeciwności losu, niczym odurzona ćma, stęskniona za magicznym blaskiem księżyca kierować się wprost w pożerający i spopielający ogień? Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie i zakrzyknąć: „Jestem panią Bovary!” Ponieważ właśnie ta bohaterka najsłynniejszej powieści Flauberta to niezaprzeczalnie kobieta-ćma, niezachwiana w swej wierze w romantyczne uniesienia, kołująca wprost do nieuniknionego, dramatycznego końca swej wędrówki.

Gustaw Flaubert, francuski pisarz, żyjący w XIX w., stworzył dzieło do dzisiaj określane jako wybitne, powieść, która na ówczesne czasy wywołała niemałe poruszenie. Raz – za sprawą procesu, który został wytyczony autorowi za obrazę moralności, dwa – mimo nieco skandalicznego wydźwięku, książkę uznano za arcydzieło, wnoszące do literatury coś, czego do tej pory jeszcze nie było, a co zachwyciło wielu czytelników, samemu Flaubertowi zapewniło zaszczytne miejsce wśród najlepszych pisarzy.

Czy jednak w naszych czasach „Pani Bovary” może nadal zachwycać? Dzisiaj, gdy przekroczono już chyba wszelkie możliwe granice w literaturze, gdy już mało co jest odkrywcze, twórcze i zupełnie nowe? Jestem przekonana, ze tak. Myślę, że wyborna, poruszająca serca i umysły literatura zawsze jest w stanie się obronić.

To, co zachwyca w dziele Flauberta to zdecydowanie spójna kompozycja, idealnie wyważona, doskonała. Autor wprowadza do swej powieści realizm, który w połączeniu z  pewną wyczuwalna dozą romantyzmu tworzy ciekawe, a nawet trochę niepokojące połączenie. Opisywaną fabułę przekazuje w ten sposób, by możliwie jak najmniej było w tym subiektywnych odczuć, by nie narzucać czytelnikowi opinii czy przekonań, a jedynie w jak najlepszym stylu opowiedzieć mu historię. W sposób trzeźwy, racjonalny, bez emocji, dając za to mnóstwo szczegółów, okraszając akapity i wydarzenia detalami, przebłyskami, które, zdawać by się mogło, niewiele wnoszą do głównego wątku, ale jakże mocno rysują nam całość!

Bohaterowie to poniekąd zlepek przeróżnych postaci, umiejętnie wykreowani, ciekawi. Na pierwszym planie mamy oczywiście małżeństwo Emmy i Karola. Sądziłam, że będę mogła współczuć tytułowej pani Bovary, że poczuję do niej litość, tymczasem jej postępowanie nie daje nam złudzeń. Owszem, jest marzycielką, jak twierdzi, urodziła się do lepszego życia, barwniejszego, wyższego, jednakże została żoną wiejskiego lekarza i chociaż na początku stara się dopasować do otaczającej ją rzeczywistości, to szybko okazuje się, że narzucone jej ramy są dla niej za wąskie, uwierają ją, krępują i duszą. W pogoni za rozszalałą burzą swoich uczuć nie dostrzega zagrożeń, ma w sobie nieugaszony bunt i niewyczerpany apetyt na to, co świat może jej zaoferować. Współczuję za to jej mężowi, prostemu, naiwnemu Karolowi, który nie dostrzega prawdziwej natury swej małżonki.

Tłem dla tych dwóch, głównych postaci jest drobnomieszczaństwo, wyraźnie znienawidzone przez Flauberta, ludzie o wąskich horyzontach myślowych, egoistyczni, pozbawieni empatii i charakteru, zamknięci we własnych ścianach obłudy i nietolerancji względem odmiennych poglądów.

Jeśli więc jeszcze nie czytaliście „Panią Bovary” to gorąco Was zachęcam do nadrobienia zaległości. Warto poznać to wybitne dzieło i zatopić się w lekturze, pełnej symboliki, szczegółów i pogoni za marzeniami, która może doprowadzić do tragicznego finału.
153. "Dygot" Jakub Małecki

153. "Dygot" Jakub Małecki



„Dygot”
Jakub Małecki

Wydawnictwo SQN
2017
313 stron

„Mówili, że jego matka to wcale nie matka, ale kochanka, którą okrada z młodości, aby w końcu porzucić ją i wziąć sobie nową. Mówili, że ktoś, kto z zewnątrz wygląda tak biało, musi być w środku czarny niczym smoła. Mówili, że ksiądz na jego widok przeżegnał się i uciekł na drugą stronę ulicy. Mówili, że jest ofiarą eksperymentów, które naziści prowadzili w trakcie wojny na więźniach w obozach koncentracyjnych. Mówili, że każdy, kto spróbuje wątroby białego człowieka, będzie żył wiecznie. Mówili, że jego krew ma cudowne właściwości i potrafi leczyć rany. Mówili, że nic nie je i nie pije, bo nie musi. Mówili, że to szatan we własnej osobie.”

Jakub Małecki, który zadebiutował „Dygotem”, odniósł spory sukces i łatwo wypełnił pewną lukę w polskiej literaturze, tuż u boku Olgi Tokarczuk. Autor, który o naszym przaśnym, polskim poletku potrafi pisać w sposób ocierający się o magię i liryzm to prawdziwa, ale tym cenniejsza, rzadkość. Już wkrótce zostanie wydana „Rdza”, więc postanowiłam nadrobić zaległości, jeśli chodzi o dorobek tego pisarza. Bardzo żałuję, że dopiero teraz, ale - jak to mówił klasyk - lepiej późno niż wcale.

Jan Łabendowicz wraz ze swoją żoną w czasie II wojny światowej pracuje dla Niemki – nie wiedzie im się źle, można nawet powiedzieć, że jak na tamte czasy i sytuację w kraju to wiodą dostatnie, spokojne życie. Wojna się jednak kończy, a ich pracodawczyni musi uciekać przed wkraczającą Armią Czerwoną. Jan, który ma ją odwieźć do granicy z Niemcami, ostatecznie pozostawia ją na drodze i ucieka. Frau Eberl, wściekła i rozgoryczona, rzuca na niego klątwę. Wkrótce po tym na świat przychodzi Wiktor, syn Łabendowicza, który jest odmieńcem o śnieżnobiałej skórze i krwistych oczach.

„Dygot” to saga rodzinna, rozgrywająca się na przestrzeni wielu lat – od wybuchu II wojny światowej do czasów współczesnych, powieść łącząca losy dwóch rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Ich dzieje przeplatają się ze sobą, pieczętują przez uczucie niezwykłego chłopca, Wiktora, i dziewczyny, która została oszpecona na skutek wybuchu granatu, Emilii. Fabuła rozgrywa się na tle przemian i dramatycznych dziejów Polski, historia ma wpływ na bohaterów, ale to ich losy są tutaj najważniejsze i stanowią pierwszy plan powieści. Postacie są niejednoznaczne, często skrywają tajemnice, mają swoje słabości, każdy przyciąga uwagę, jest wyrazisty, ciekawie wykreowany.

Książka Jakuba Małeckiego dotyka przede wszystkim problemu nietolerancji, braku zrozumienia dla odmienności, innego wyglądu czy zachowania. Tym bardziej, że akcja toczy się w małej miejscowości, gdzie mieszkają ludzie o ograniczonych horyzontach, którzy wierzą  w zabobony i przesądy, dla których nie ma kolorów pośrednich między bielą a czernią, a dla własnych przekonań gotowi są dopuścić się najgorszej zbrodni. W takiej społeczności przychodzi na świat albinos, chłopiec, który przez swoją odmienność musiał od najmłodszych lat borykać się z brakiem zrozumienia, jawną agresją, wcielonym złem. To bolesna, poruszająca historia, na którą nie można być obojętnym.

Autor po mistrzowsku wymieszał ze sobą wiele gatunków,  w niezwykle udany sposób przeplata się folklor z nowoczesnością, wierzenia i zabobony z historycznymi faktami, magię i liryzm z przaśną, czasami nawet wulgarną rzeczywistością. To robi wrażenie na czytelniku nie mniejsze niż sama fabuła. Powieść mami, wciąga i odurza, ukazuje świat w całej jego brzydocie i występku, ale zostawia też trochę miejsca na urzekające piękno, na miłość i nadzieję. Książka jest realistyczna, czasami naprawdę mocna i brutalna, jednak z drugiej strony znaleźć tu można klątwy, drobne, cudowne zdarzenia. Ogromnie mnie to urzeka i zachęca do tego, by po tak udanym debiucie przeczytać kolejne powieści Małeckiego - „Ślady”, a następnie „Rdzę”, której premiera już wkrótce.

Jeśli więc do tej pory nie przeczytaliście „Dygotu”, a jesteście wyjątkowo łasi na taką literaturę to zapewniam, że będzie to dla Was fascynująca lektura, powodująca wewnętrzne drżenie, dygot i poruszenie.
152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki

152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki


„Afryka Kazika”
Łukasz Wierzbicki

Wydawnictwo Bis
2017
165 stron



„- To co ciekawego przywiózł pan z Afryki? - zadał znów pytanie dociekliwy chłopiec.
- Najważniejsze, co przywiozłem z podróży to wspomnienia. Największym skarbem są dla mnie te zdjęcia, które oglądacie, te powieści, których słuchacie. Nie zdobycie bogactw jest najważniejsze w podróżowaniu, ale rzeczy, które zobaczycie i ludzie, których spotkacie.”

"Afryka Kazika" Łukasza Wierzbickiego wróciła z nami pewnego razu z jednej z wypraw do biblioteki. Wybór Jeremiego, by wypożyczyć właśnie tę książkę był dosyć niezwykły, ponieważ do tej pory jego ulubione historyjki to te, w których bohater był w zbliżonym wieku do jego lub fabuła oparta była na zupełnie niesamowitych przygodach, a najlepiej, gdy wszystko to było ze sobą połączone.Pewien dotąd mi nieznany impuls spowodował, że syn sięgnął po książkę o wędrówce Kazimierza Nowaka przez kontynent afrykański i tym razem przeczucie Jeremiego go nie zawiodło - był to po prostu strzał w dziesiątkę.

Łukasz Wierzbicki podjął się nie lada zadania - opracował przedwojenne reportaże znanego polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyruszył do Afryki, by na rowerze przemierzyć kontynent. Swoje dokonania i przygody opisał w książce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, stał się także bohaterem książki dla dzieci "Afryka Kazika", gdzie jego fascynujące spotkania z dziką przyrodą i tubylcami, są spisane w taki sposób, by zaabsorbować młodego czytelnika, by były dla niego przystępne, zrozumiałe, a nade wszystko, szalenie ciekawe.

Przede wszystkim ogromnie spodobał mi się forma - krótkie, 2-4 stronicowe opowiadania, zdecydowanie ułatwiają czytanie na przykład wieczorem, przed snem lub na chwilę w ciągu dnia. Dziecko nie znudzi się, łatwo będzie mu śledzić fabułę. W dodatku historyjki opatrzone są kolorowymi ilustracjami, które przyciągają uwagę, a do książki dodana jest mapa Afryki z zaznaczoną trasą wędrówki Kazimierza Nowaka. Poza tym dosyć duża, wyraźna czcionka ułatwia samodzielne czytanie, co ostatnio bardzo doceniam w publikacjach dla dzieci.

Przejdźmy jednak do istoty rzeczy czyli do treści - tutaj naprawdę nie można się zawieźć. Przygody, jakie spotykają Kazika podczas jego wędrówki są niezwykle barwne, miejscami groźne, jak spotkanie z lwem, lub zabawne. Wszystkie łączy mądre przesłanie, pouczające i łatwe do zrozumienia dla młodszych i starszych. Dziecko widzi, że taka podróż polega przede wszystkim na zdobywaniu wspaniałych wspomnień, pokonywaniu słabości i przeciwności losu oraz na tym, by poznać ludzi i miejsca, które się odwiedza. To fantastyczna, wartościowa lektura, która spodoba się nie tylko poszukiwaczom przygód, zapalonym wędrowcom, którzy marzą o odkrywaniu dalekich krain.

"Afryka Kazika" to rewelacyjna książka, która przeniesie dzieci w czasy, kiedy podróżowania nie ułatwiały GPS, samochody terenowe czy nowoczesne gadżety, przeniesie je wprost to afrykańskiego buszu, na pustynię czy oazę, gdzie spotkają mnóstwo egzotycznych zwierząt i ciekawych mieszkańców tego magicznego kontynentu.


Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger