131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

„Lokatorka”
J P Delaney

tłumaczenie:Mariusz Gądek
Wydawnictwo Otwarte
458 stron

„Możesz uczynić swój dom tak pustym i wymuskanym, jak tylko chcesz. 
Ale to i tak nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli w twoim wnętrzu panuje kompletny chaos. Bo przecież właśnie tego wszyscy szukamy, prawda? Kogoś, kto uporządkuje bałagan w naszych głowach.”

Wszelkiego rodzaju książki, które na swych okładkach kuszą hasłem „bestseller” wywołują u mnie falę podejrzliwości. W końcu wiele razy zdarzało się tak, że powieści, które zajmują wysokie pozycje w rankingach sprzedaży okazują się ostatecznie nieco rozdmuchanym balonem marketingu. Kiedy więc do moich rąk trafił egzemplarz „Lokatorki” J P Delaney, który na swym koncie może się poszczycić 3. miejscem na liście bestsellerów New York Times, 5. na liście Publisher’s Weekly, a 1. na liście Barnes & Noble, to przyznam szczerze nie sądziłam, że książka spodoba mi się aż tak bardzo. Mój wewnętrzny krytyk zamilkł, a czytelnik-entuzjasta spokojnie rozłożył się na kanapie i czytał, czytał, czytał…

Jane ma za sobą naprawdę zły okres w swoim życiu. Spotkała ją ogromna tragedia, straciła dziecko, a dodatkowo, przez utratę dobrze płatnego stanowiska jest zmuszona szukać sobie nowego mieszkania do wynajęcia. Udaje jej się znaleźć dom, ale nie jest on wcale typowym lokalem – jego właściciel ma wysokie wymagania dla swoich lokatorów, a sam obiekt jest jego dziełem, które jednych zachwyca designerską wizją artysty, innych przeraża skrajnym minimalizmem. Okazuje się też, że w mieszkaniu zginęła dziewczyna, poprzednia lokatorka, łudząco podobna do Jane…

Wystarczyło mi zaledwie kilka stron, by bezpowrotnie wciągnąć się w fabułę. J P Delaney potrafi świetnie budować napięcie i nieustannie podsycać ciekawość czytelnika. Narratorkami powieści są dwie dziewczyny w dwóch strefach czasowych – to, co działo się przedtem opowiada Emma, a bieżące wydarzenia przybliża nam Jane. Dzięki temu poznajemy całą opowieść z dwóch perspektyw, ale tylko tyle, ile pozwala autorka, ponieważ nie ma tutaj postaci, która jest jednoznaczna, tak naprawdę wszyscy mogą skrywać sekrety, mogą zatajać przed nami mroczne fakty ze swojej przeszłości. To sprawia, że „Lokatorka” jest tak zaskakująca i trzyma w napięciu do samego końca, do ostatniego akapitu.

J P  Delaney podsyca w czytelniku dylematy moralne, każe się zastanowić nad motywami postępowania, jednak nie udziela w swojej książce odpowiedzi, to my sami musimy je zgłębić i rozstrzygnąć. W treści książki, między rozdziałami, wplecione zostały pytania, które nie tylko przykuwają uwagę czytelnika, pobudzają go do myślenia, ale także idealnie nawiązują do treści, uzupełniają i wzbudzają niepokój.

Muszę także przyznać, że niemałe wrażenie zrobiło na mnie tło większości wydarzeń, a nawet cichy „bohater” książki – nowoczesne mieszkanie, idealnie puste, przestrzenne, naszpikowane najnowocześniejszą technologią, wymagające ogromnej perfekcji i samokontroli. Chyba nie każdy mógłby żyć w takim pomieszczeniu, gdzie każda rzecz jest tak naprawdę zbędna, gdzie brakuje półek, bibelotów, ozdób i (co najgorsze) książek, gdzie każdy kąt lśni sterylną czystością i poraża nieskończoną bielą. Łatwo umiejscowić akcję thrillera w jakimś mrocznym, opuszczonym miejscu, ale sztuką jest nadanie takiej pustej przestrzeni grozy i napięcia.

Zdecydowanie zachęcam Was do przeczytania „Lokatorki” J P Delaney, zwłaszcza jeśli lubicie thrillery psychologiczne, gdzie nie tylko portret zabójcy jest ciekawie zarysowany, ale również pozostałe postacie okazują się intrygujące, skryte, wielowymiarowe. Powieść nieco przypomina „Sliver” Iry Levina, sądzę, że podobieństw w tym przypadku jest kilka, ale   nie są one znaczne. Dla mnie to jedna z ciekawszych powieści jakie miałam okazję poznać w ostatnim czasie i na pewno długo jeszcze pozostawi po sobie wspomnienie naprawdę dobrej lektury.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu  Otwarte.
130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

„W oparach absyntu”
Iwona Kienzler
Wydawnictwo Bellona
384 strony


Kiedy na końcu XIX i początku XX wieku rozwijał się przemysł, a świat zmieniał się i kształtował, życie artystyczne miało swój wyjątkowy rozkwit. Sztuką zawładnął impresjonizm, stała się ona bardziej swobodna, podejmowano nowe tematy, inspiracje, zmieniano zastygłe do tej pory formy. Na czele tego nurtu stała paryska bohema, ale też reszta Europy nie pozostawała daleko w tle. Również na naszym rodzimym poletku wiele się działo i chociaż tak naprawdę Polski nie było na mapach, jednak mimo to życie kulturalne kwitło i miało się całkiem nieźle, jakby wszystkie niedole narodowe tylko wzbogacały te dusze niespokojne. Sztywne konwenanse nie miały dostępu do tej malowniczej rzeczywistości, artyści, często pogrążeni w alkoholowych czy narkotycznych wizjach wiedli żywot nieskrępowany zasadami, często wbrew społecznym normom.

W książce Iwony Kienzler „W oparach absyntu” znajdziemy spis największych skandali Młodej Polski, wydarzenia, które podsycały rozmowy na salonach, a statecznym matronom spędzały sen z powiek. Na falach plotki niosły się historie związane z życiem artystycznym, z rodzimą cyganerią. Autorka ma na swoim koncie mnóstwo książek i publikacji historycznych, jednak spotkałam się z jej pisarstwem pierwszy raz, ale sądzę, że nie ostatni.

Ciekawi Was historia malarza, który pewnego dnia przybywa na wystawę w warszawskiej Zachęcie i z premedytacją niszczy swoje najlepsze dzieło, zadając mu ciosy nożem? Mowa tutaj oczywiście o Władysławie Podkowińskim i jego najsłynniejszym płótnie „Szał uniesień”, które samo w sobie wywoływało niemałą sensację. I  chociaż istnieją przypuszczenia dlaczego tak postąpił, dlaczego zniszczył coś, co wywoływało takie emocje, to do końca nie wiadomo, co ostatecznie popchnęło go do takiego czynu.

Wszyscy znamy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Do powstania dramatu zainspirowało tego szczególnego artystę samo życie – był wszakże gościem na weselu swojego przyjaciela, uzdolnionego malarza, Władysława Tetmajera, który pojął za żonę pannę, która była chłopką. Był to niesłychany na owe czasy mezalians – oto uznany artysta, bywalec salonów, ulubieniec Krakowa, wybiera na towarzyszkę swego życia zwyczajną dziewczynę z ludu. Dlaczego tak postąpił? Czy małżeństwo, chociaż nierówne stanem było mimo wszystko udane?

Nie mogło być inaczej, by sporą część książki nie zajmował Stanisław Przybyszewski – bodajże największy skandalista tamtych czasów, uznawany za arcyszatana modernizmu, przez współczesnych mu twórców uważany za geniusza. Jego dzieła, odsunęły się nieco w cień, wraz z tamtą epoką, ale historie o jego ekscesach i podbojach miłosnych nadal intrygują. W „W oparach absyntu” znaleźć można epizod o jego burzliwym związku z muzą impresjonistów, Dagny, która była jedną z najpiękniejszych kobiet ówczesnej Europy. W innym zaś rozdziale autorka przytacza jego ostatnie małżeństwo z Jadwigą, swego czasu żoną Jana Kasprowicza.

Iwona Kienzler opisuje jeszcze kilka takich ciekawych anegdot, wszystko zaś opowiedziane jest rzeczowo, ze znajomością tematu, ale też z sympatią do przytaczanych postaci. Pięknie sportretowała ich życie, które składało się z powodzeń, uniesień i głębokich emocji, często również z upadków, pogrążania się w ubóstwie, chorobie czy nałogu. Patrząc na dzieła tych twórców zapominamy, że wiedli oni swoje życie podobnie jak my, tylko byli artystycznymi, niespokojnymi duszami, o których plotkowano w towarzystwie, a każdy ich postępek był szeroko omawiany. Co kryło się więc za ich malowidłami, utworami? Jakie sekrety skrywało ich życie? Jakie były słabości, którym tak łatwo ulegali?

Książka sprawiła mi ogromną przyjemność, uwielbiam dzieła Młodej Polski, intryguje mnie obyczajowość i historie z tego okresu, więc „W oparach absyntu” uważam za świetną lekturę. Myślę, że każdy miłośnik tej krótkiej, ale burzliwej epoki znajdzie w niej mnóstwo ciekawych informacji. Dodatkowym atutem jest piękne wydanie, w twardej oprawie, gdzie znajdziemy fotografie, obrazy i szkice.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona
129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

„Co? Jak? Napisać”
J.H. Cromwell

Wydawnictwo Egmont
2017
160 stron


Od dłuższego czasu można zauważyć ogromną popularność wszelkiego rodzaju ozdobnego liternictwa, typografii, we wszelkiego rodzajach sztuki użytkowej, ale także w życiu codziennym. Zachwycamy się takim wzornictwem na kubeczkach, koszulkach, plakatach, zwracamy uwagę na czcionki widniejące na przedmiotach, okładkach, a nawet opakowaniach spożywczych. Można odnieść wrażenie, że to, co zostało pięknie napisane to rzecz wysokiej jakości, wykonana z dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół. Ponadto sporym zainteresowaniem cieszą się wszelkiego rodzaju kursy i warsztaty, mające na celu naukę ozdobnego pisania, które później można stosować w życiu codziennym, prowadząc dzienniki, zapiski czy modne ostatnio planery, bullet journale czy art journale. Co za tym idzie – na rynku wydawniczym pojawiać się zaczęły ciekawe publikacje dotyczące pisania i ja właśnie jedną z nich chciałam przedstawić.

„Co?Jak?Napisać” J.H. Cromwella to opracowanie powstałe na podstawie wydania z 1890 roku. Całość prezentuje się naprawdę pięknie. Twarda oprawa, niebanalna okładka w ciekawym stylu i kolorystyce, wyraźnie nawiązujące do tematu. W środku znajdziemy bardzo króciutki wstęp od samego autora, który dzieli się z czytelnikiem zwięzłą i prostą metodą, dzięki której można rozpocząć przygodę z kaligrafią – wystarczy dowolną płaszczyznę podzielić za pomocą ołówka na kwadraty, następnie korzystając z atramentu  lub farb skreślić litery. Dla kogoś takiego jak ja, kto pisze chaotycznie i niestarannie może to być niewystarczające wprowadzenie w arkana tej sztuki.

Na kolejnych stronach znajdziemy przykłady liter, ciekawie zilustrowanych, które mają nas nieco wprowadzić do tego, co jest dalej – po jednej stronie mamy rozrysowany w kratkach alfabet jako małe i duże znaki, po drugiej zaś jest tak samo podzielona strona, gdzie dane litery możemy odrysować za pomocą ołówka, cienkopisu, pióra czy co tam akurat mamy pod ręką. Czcionki są naprawdę różne, ale przeważają te zdecydowanie techniczne, są mniej lub bardziej skomplikowane, zupełnie proste i takie bardziej fantazyjne, ozdobne. Sądzę, że w tej niejednolitości łatwo znaleźć coś dla siebie, a przynajmniej spróbować narysować litery w różnych stylach, dzięki czemu określimy, co bardziej nam się podoba, co przychodzi nam swobodniej, a co sprawia trudności. Na pewno przy tego rodzaju ćwiczeniach można się odprężyć i skupić na starannym wykonaniu zadania, przynajmniej do czasu, gdy bez problemu radzimy sobie z gąszczem zawijasów i linii.

Książka na pewno jest odpowiednia dla osób, które korzystały już z różnego rodzaju kursów odręcznego pisania, bądź na własną rękę próbowały zgłębić techniki kaligrafii. Mogą „wytrenować rękę” przy odrysowywaniu liter i znaków. Potraktować można również tę publikację jako zeszyt ćwiczeń, fantastycznie spełnia zadanie, gdy w skupieniu i spokoju chcemy wziąć do ręki ołówek bądź pióro, zakreślić kilka linii, zawijasów, z których powstać mogą pięknie napisane litery.

Dla mnie jednak jest to małe rozczarowanie – trochę inaczej wyobrażałam sobie treść książki, to znaczy, w ogóle sądziłam, że znajdzie się w niej więcej treści, więcej opisów, informacji na temat narzędzi, sposobów, objaśnień czy nawet historii. Po prostu, biorąc do ręki książkę zatytułowaną „Co?Jak? Napisać” można się nastawić na to, że w środku odnajdziemy odpowiedzi na postawione pytania. Brakuje mi również informacji o autorze, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi bardziej opanować sztukę pisania, oswoić je, samo ćwiczenie zwyczajnie mi nie wystarczy, świetnym dopełnieniem do nich byłaby chociażby niewielka dawka teorii.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
128. Podsumowanie marca

128. Podsumowanie marca


Jeśli miałabym wybrać jedną książkę w marcu, która najbardziej przypadła mi do gustu to miałabym nie lada kłopot. Wszystkie były naprawdę dobre i ciekawe, a ich różnorodność jest znaczna - od książki kucharskiej, poprzez kryminały aż po książki związane  z historią i obyczajowością. Sami więc widzicie, że w takim przypadku wytypowanie tej jednej, najlepszej, jest raczej trudne. Na półkach przybyło też kilka nowych pozycji, a lista tych, które chcę przeczytać w najbliższej przyszłości jest jeszcze dłuższa. Poza tym mam ostatnio ogromną ochotę powrócić do kilku "książkowych przyjaciół" czyli do tytułów, które już poznałam jakiś czas temu, ale trochę za nimi tęsknię, mam nadzieję, że będę miała dla nich trochę czasu w kwietniu.


Przeczytane w marcu:
"Nowe śledztwa Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Kroniki Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Dwór mgieł i furii" Sarah J.Mass - przeczytane drugi raz, ale w polskim tłumaczeniu
"Syreny" Joseph Knox
"Diabolika" S.J. Kincaid
"Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell w ramach wyzwania czytelniczego - ksiązka, która ma mniej niż 200 stron
"Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka
"Życie towarzyskie w XIX w." Agnieszka Lisak
"W oparach absyntu" Iwona Kienzler - recenzja wkrótce
"Słodkie życie" Olga Klara Maniak 
"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska - recenzja wkrótce

Wylosowane hasło na ten miesiąc w ramach Book Challenge 2017 to:
10. Książka z krótkim tytułem.
Czyli najlepiej tytuł składający się z jednego, krótkiego słowa. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, co mogłabym takiego przeczytać, kusi mnie "Lalka", którą czytałam dawno temu, ale mam ochotę wrócić do niej jeszcze raz. Niewykluczone też, że w ręce wpadnie mi coś zupełnie innego, pasującego do tematu :)

A co Wy przeczytaliście ciekawego i godnego polecenia w marcu?
127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

Olga Klara Maniak
140 strony


"Najchętniej rzuciłabym to wszystko, wyrobiła duplikat paszportu i szybko wróciła do kraju. Wiedziałam jednak, że w Polsce czekałaby mnie nerwówka związana z szukaniem pracy, układaniem sobie samotnego życia i płaceniem za niezorganizowane wesele. Wolałam więc przeczekać tę burzę i schować się we Włoszech przez choćby jeszcze kilka tygodni."



La dolce vita – włoski styl życia, polegający na czerpaniu z niego pełnymi garściami, na odnajdywaniu szczęścia w każdym jego aspekcie. Taką właśnie filozofię poznaje główna bohaterka „Słodkiego życia” Olgi Klary Maniak, Magdalena.

Książka jest powieścią dosyć nietypową – nie ma formy fizycznej, nie została wydana. Poznać jej treść można kupując do niej dostęp na stronie internetowej www.slodkie-zycie.pl, gdzie to od nas zależy czy przeczytamy ją od razu, czy przyjemność czytania będziemy sobie dozować w odcinkach. Szalenie mnie zaintrygował taki pomysł, więc przezwyciężyłam swoją niechęć do niepapierowych form i wciągnęłam się w fabułę.

Magdalena ma już zaplanowaną przyszłość, dosłownie dni dzielą ją od wyjścia za mąż i przeprowadzenia się do Tunezji. Pożegnała się już ze swoją pracą, czeka tylko na przyjazd ukochanego, który miał przygotować dla nich mieszkanie i wrócić na ślub. Niestety małżeństwo nie dochodzi do skutku, a Magdalena w akcie desperacji, próbując ratować swój związek, wyrusza w samotną podróż do swego niedoszłego męża. Na lotnisku we Włoszech, podczas przesiadki, ginie jej portfel, a wraz z nim wszystkie dokumenty i dziewczyna zostaje sama, bez możliwości powrotu czy dalszej podróży.

Bywa tak, że czasami to, co dobre w naszym życiu rozpoczyna się od katastrofy czy zwykłego pecha. Okazuje się po czasie, że to co nas spotkało - porzucenie, strata bądź nieoczekiwana zmiana planów, stawiają nas w sytuacji, w której musimy się otrząsnąć, ponownie zdefiniować siebie i obrać inny cel. Ostatecznie w ten sposób i niespodziewanie dla samych siebie, odnajdujemy szczęście tam, gdzie go wcale nie szukaliśmy. Sądzę, że podobnie jest w przypadku głównej bohaterki, która pokazuje, że dużo zależy od nas samych, a przyjemność, jaką możemy czerpać z życia nie zależy od innych ludzi, tylko od tego jak my je sobie ułożymy. Przez to powieść Olgi Klary Maniak może być inspirująca i motywująca, każdy może znaleźć w niej coś z nas samych, z naszych doświadczeń, a historia Magdaleny pokazuje, że warto przejść przez te nieszczęśliwe etapy w swoim życiu, by zapracować na swoje własne szczęście.

Powieść ma zaledwie 140 stron, napisana jest prostym językiem bez długich, rozwlekłych opisów czy niepotrzebnych dialogów, które niewiele wnosiłyby do samej fabuły. Autorce udało się jednak w tej niewielkiej treści zawrzeć sporą dawkę włoskiego słońca i sposobu bycia. Nic w tym dziwnego – jest romanistą, która spędziła w opisywanej przez siebie Perugi część życia, nawet niektóre epizody ze swojego pobytu przedstawiła  w książce. Mamy tu więc sporą dawkę informacji o włoskiej kuchni, codzienności i mentalności. Dla kogoś, kto interesuje się tym krajem jest to nie lada gratka i zdecydowany walor tej książki.

„Słodkie życie” to dobra pozycja na lato – lekka, niezobowiązująca lektura, która dostarczy nam sporą dawkę rozrywki na jeden wieczór. Dodatkowo przeniesie nas do kraju, gdzie żyje się tym, co przynosi los i czerpie przyjemności ze zwykłych, prostych rzeczy. Powieść spodoba się również czytelnikom, którzy lubią obyczajowe historie, przeplatane kulinarnymi epizodami z niebanalnym zakończeniem.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję autorce - Oldze Klarze Maniak
126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

"Życie towarzyskie w XIX wieku"
Agnieszka Lisak
Wydawnictwo Bellona
334 strony
rok wydania 2017

"Czytanie byłą jedną z ulubionych zbiorowych rozrywek, doskonałym środkiem na "rozpędzenie nudów", jak wtedy mawiano. W bardzo bogatych domach specjalnie w tym celu utrzymywano lektorki. Chętnie zasiadano wspólnie w salonie, by posłuchać ciekawej książki. Między rozdziałami robiono przerwy, komentowano zachowania bohaterów, przewidywano zakończenie."


Gorsety i postęp - oto z czym kojarzy mi się wiek XIX. Czas sztywnych konwenansów, form, które trzeba było zachować w każdej sytuacji i niewiarygodnych do tej pory zmian, które tak ogromnie wpłynęły na następne pokolenia. Okres pełen możliwości, kiedy to do uznania i publicznego szacunku zaczynają mieć dostęp inne warstwy społeczne niż arystokracja, okres wielkich odkryć i wspaniałych technologii. Agnieszka Lisak w swojej książce "Życie towarzyskie w XIX wieku" przybliża nam ten niezwykły czas, a zwłaszcza to, czym żyli ówcześni ludzie, jakie były ich ambicje, sposoby spędzania wolnego czasu i codzienne zajęcia.

Książka wciągnęła mnie niczym rasowa powieść - przy całkiem sporej dawce informacji mamy płynność narracji, autorka ze swobodą opowiada o dawnych rozrywkach i zabawach, które skupiały uwagę naszych przodków. Potrafi lekko i zabawnie opisać dawne zwyczaje i formy zachowań w XIX wieku - sposoby na spędzanie wolnego czasu głównie arystokracji i mieszczaństwa, ponieważ to one, z racji urodzenia, statusu społecznego czy zasobności portfela miały dostęp to tego, co oferowała kultura i sztuka. Mamy tutaj opisy spotkań towarzyskich od zbytkowych bali poprzez wystawy i odczyty autorskie po zwykłe, codzienne przechadzki po parku. W czasach, gdy ci, którzy mieli pewną swobodę finansową, posiadali również sporo wolnego czasu, pragnęli go zagospodarować. Patrząc na to z perspektywy człowieka współczesnego, gdy w pędzie i bezustannym biegu ciągle jest coś do zrobienia - praca, która nas pochłania, technologia, która potrafi skraść każdą minutę życia - trudno nam sobie wyobrazić ten niezwykły świat, kiedy spokojne, dostatnie życie, wyznaczane było przez rauty i przyjęcia, spotkania, ciągnące się do rana. Ludzie sporą część tego czasu spędzali ze sobą, szukali czegoś, co wypełni upływające minuty i godziny.

Autorka, opisując obyczaje XIX w. sięga po pamiętniki, wspomnienia i czasopisma z tamtego okresu, sporo również jest tutaj odniesień do ówczesnej literatury - wszystkie one spisane są w bibliografii, więc jeśli kusi nas, by dotrzeć do źródeł, możemy sięgnąć po wskazane tytuły. Z drugiej strony, znając pisarstwo z tamtych czasów w książce Agnieszki Lisak znajdziemy dopełnienie tego, co tacy autorzy jak Prus czy Sienkiewicz opisywali na kartach swoich powieści czy nowel. Można dogłębniej zrozumieć te konwenanse, formy i pewne sprzeczności, które rządziły ówczesnym społeczeństwem, przeniknąć je i dzięki temu zyskać szeroki obraz XIX w. Jako ogromna miłośniczka "Lalki" Bolesława Prusa znalazłam w "Życiu towarzyskim..." mnóstwo informacji, pełny opis tego, co w mojej ukochanej powieści było przedstawiane - jak bardzo ten świat był zmurszały od przestarzałych zasad etykiety, które w niektórych momentach mogły wydawać się zabawne, w innych już budziły niezrozumienie i nawet grozę, jak na przykład w przypadku bezwzględnego noszenia damskich gorsetów pomimo ostrzeżeń lekarzy.

Wiek XIX ma w sobie wiele ciekawych historii, mnóstwo sekretów i niezmiennie zachwyca. Inspiruje zarówno pisarzy jak wielu artystów, ale również na zwykłych ludzi, którzy mogą sobie z tego nie zdawać sprawy, ma ogromny wpływ. Dzisiaj każdą nowinkę techniczną przyjmujemy jako coś zupełnie oczywistego i naturalnego, wręcz już nie zauważamy tych wszystkich wynalazków, które powstają. Wtedy każda z takich rzeczy była szeroko omawiana, wzbudzała niekiedy przerażenie i kontrowersje, rodziła wątpliwości. Zachwycająca belle epoque, która rozkwitła w XIX wieku i gwałtownie, dramatycznie skończyła się wraz z wybuchem I wojny światowej to niewyczerpane źródło fascynacji i natchnień, począwszy od zwykłego życia, jego rozrywek po kulturę czy sztukę. Dzięki książce Agnieszki Lisak łatwiej nam zrozumieć ten barwny okres, dostrzec piękno dnia codziennego ówczesnych ludzi i poznać ich.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona


125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

Nadia Szagdaj
„Kroniki Klary Schulz.
Sprawa pechowca”

Wydawnictwo Bukowy Las
328 strony

Sięgając po „Sprawę pechowca”, pierwszą książkę z serii Nadii Szagdaj o Klarze Schulz, wiedziałam już czego się spodziewać, znałam niektóre wątki i głównych bohaterów. Tym bardziej cieszę się, że to, co tak bardzo spodobało mi się w ostatniej części z cyklu odnalazłam i w tej powieści.

Rok 1910. W operze w Breslau, podczas trwającego spektaklu, dochodzi na scenie do śmiertelnego wypadku – po jakimś czasie okazuje się, że nieszczęśliwy zbieg okoliczności to zaplanowane z premedytacją morderstwo. Wkrótce następują kolejne niewyjaśnione zabójstwa, z którymi pruska policja nie jest w stanie sobie poradzić. Klara Schulz podejmuje więc swoje pierwsze tak poważne śledztwo, ale czy jest gotowa na to, co ją spotka?

Trzonem powieści jak i całego cyklu jest oczywiście Klara Schulz, kobieta, która po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, kiedy to była świadkiem brutalnego zabójstwa własnej matki, stara się o pracę w policji. Pomaga jej w tym ojciec, szkoląc ją i wspierając, jednak mimo niezwykłej determinacji, hartowi ducha i zdolnościom, naszej bohaterce nie udaje się rozpocząć kariery jako stróż prawa. Powód jest oczywisty. Jako kobieta nie ma szans dostać się na stanowisko dotąd piastowane wyłącznie przez mężczyzn. Jej zacięcie do podejmowania ryzyka i logiczne, dedukcyjne myślenie długo nie dają jej żyć w spokoju. Nawet, gdy jest już małżonką szanowanego lekarza i matką kilkuletniego synka. Z początku podejmuje się drobnych spraw, błahych i nie wymagających. Tajemnicze morderstwa, których nikt nie potrafi wyjaśnić to jej pierwsze, poważne dochodzenie, dopiero teraz okaże się, czego się nauczyła, do czego jest zdolna i na ile może zaufać własnej intuicji.

Klara jest postacią niebanalną, wzbudza kontrowersje przez swoje nietypowe zamiłowania i niełatwy charakter, nie zachowuje się jak klasyczna dama z tamtej epoki, ma swoje zdanie, własne przekonania i łamie konwenanse. To właśnie sprawia, że pomimo wad, które niewątpliwie posiada, da się ją lubić i dopingować ją w działaniach, które podejmuje. Poznajemy ją zarówno jako panią detektyw, jak i kobietę, jej skomplikowane życie prywatne wzbudza takie same emocje co prowadzone śledztwo. Nie jest idealna, jako żona i matka, popełnia błędy również w kwestiach zawodowych i może przez to jest czytelnikom tak bliska i ma „ludzką twarz”.

Sam wątek kryminalny jest całkiem zgrabnie opisany, poznajemy wydarzenia z perspektywy głównej bohaterki, także innych, pobocznych postaci, również złoczyńców, przez co cała historia jest spójna, ale też łatwo przewidzieć, kto jest sprawcą dokonywanych morderstw. Pomimo to autorka zafundowała czytelnikom niespodziankę na zakończenie, która ma dać pewien niedosyt i rozbudzić ciekawość. Moją na pewno pobudziła i chętnie dowiem się z kolejnej książki, co może wydarzyć się dalej.

Mocną stroną powieści są starannie oddane realia epoki, a przede wszystkim otoczenie czyli Breslau, z niezwykłą pieczołowitością autorka prowadzi przez uliczki miasta, opisuje budynki, wszystko to ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak kiedyś wyglądał dawny Wrocław, jak wyglądało życie, które się w nim toczyło, zarówno od strony bardziej uprzywilejowanych warstw społecznych jak i tych uboższych. To zdecydowanie ułatwia lawirowanie po nieznanym świecie, który należy już do przeszłości, a dodane do tekstu ilustracje, stare, czarno-białe zdjęcia pozwalają cofnąć się w czasie.

Porównując „Kroniki Klary Schulz” oraz „Nowe śledztwa Klary Schulz” można łatwo zauważyć, jaką drogę przebyła autorka wraz ze swoimi bohaterami – od początku serii zdecydowanie ulepszyła swój warsztat pisarski i ma świadomość, w którym momencie rozwinąć wątek bardziej, a w którym mniej, co nie sprawia, że pierwsza część wypada blado. Wręcz przeciwnie, sądzę, że to świetny początek przygody z młodą, „nieopierzoną” jeszcze panią detektyw, która za wszelką cenę pragnie odkryć prawdę, nie zważając na przeszkody. Jeśli więc lubicie kryminały z nutą retro to zdecydowanie warto poznać serię Nadii Szagdaj.
124. Typ Klasyczny #15 - "Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell

124. Typ Klasyczny #15 - "Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell


Elizabeth Gaskell
„Dom na wrzosowisku”

tłumaczenie: Violetta Dobosz
Wydawnictwo C&T
132 strony


Elizabeth Gaskell, znana angielska pisarka, której takie dzieła jak „Północ i Południe” czy „Żony i córki” są jednymi z najważniejszych i najciekawszych powieści powstałych w epoce wiktoriańskiej, stworzyła również króciutki, bo niewiele ponad stu stronicowy „Dom na wrzosowisku”.

Poznajemy rodzinę Browne, a dokładnie wdowę po pastorze i jej dwójkę dzieci  - syna Edwarda i córkę Maggie. Mieszkają niedaleko Combehurts, w domu na wrzosowisku, nie są zamożni, ich życie jest całkiem zwyczajne i proste. Rodzeństwo dorasta pod czujnym okiem matki, która nierówno obdarza ich troską i miłością, od razu widać, że to syn jest dla niej najważniejszy i to w nim pokładane są nadzieje na przyszłość. Maggie zaś, potulna, skromna dziewczyna dorasta w cieniu swego brata, który łatwo wykorzystuje jej łagodny, pełen oddania i serdeczności charakter. Dochodzi do tego, że dziewczyna zmuszona jest, by rezygnować ze swojego szczęścia.

Elizabeth Gaskell w swojej mini-powieści opisała sytuację rodzinną, a przede wszystkim sytuacje wielu kobiet z tamtego okresu. Ich życie podporządkowane było mężczyznom – od ojców, braci, po późniejszych mężów, nie dziedziczyły one majątków po swoich rodzicach, spływał on na męskich potomków, a jeżeli takowych nie było, na dalszych, spokrewnionych siostrzeńców czy bratanków. Męski potomek zapewniał więc opiekę matce, jak i siostrom, jednak, co w przypadku gdy okazywał się osobą o marnej moralności i wątpliwej reputacji?

Sytuacja kobiet była z wielu powodów nie do pozazdroszczenia, widać to właśnie na przykładzie głównej bohaterki „Domu na wrzosowisku”, Maggie. Dziewczyna ma miłe usposobienie, jest oddana rodzinie, cicha, spokojna, tak naprawdę jej jedyną wadą jest chyba brak wad. Mimo to matka traktuje ją znacznie gorzej od syna, ten z kolei jest  egoistą, w dodatku ma problemy z prawem, ostatecznie wymaga od swej dobrej, potulnej siostry ogromnego poświęcenia.

Jak zwykle w przypadku takiej literatury pojawia się wątek miłosny, na początku wydawał mi się nieco mdły, zwyczajnie nijaki, ale końcówka zdecydowanie go podkolorowała, nadała nieco innego wymiaru i ostatecznie historia mnie do siebie przekonała. Ujęła mnie swoją niewinnością i głębokim oddaniem jakie połączyło zakochanych, byli zdolni do wielkich poświęceń, a uczucie, które zrodziło się między nimi było trwałe i poruszające.

Jeśli więc macie okazję sięgnąć po tę króciutką książkę Elizabeth Gaskell i lubicie powieści z epoki wiktoriańskiej to się nie zawiedziecie. Autorka naszkicowała  w niej ciekawy obraz tamtych czasów, ukazała sytuację kobiet, ich trudną rolę w społeczeństwie angielskim tego okresu. Dodatkowo zabarwiła historię pięknym, pełnym uroku wątkiem romantycznym. Wszystko to zgrabnie połączyła z nienachalnymi, ale urzekającymi opisami przyrody, wrzosowisk, zwyczajnego życia. Zwieńczyła całość zaskakującym zakończeniem, które zdecydowanie podbiło całą fabułę i ostatecznie przekonało mnie do tej powieści.


Książkę przeczytałam w ramach Book Challenge 2017 - marzec - Książka, która ma mniej niż 200 stron.
123. "Diabolika" S. J. Kincaid

123. "Diabolika" S. J. Kincaid

S. J. Kincaid
„Diabolika”

tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte/Moondrive
412 stron

„Zarówno pragnienie władzy,
 jak i jej posiadanie nieodwracalnie wypaczają charakter.” 

Dobrze jest czasami sięgnąć po książkę, wedle której nie ma się żadnych oczekiwań, podchodzić do niej wręcz z dystansem, i mieć miłą niespodziankę. Nie znałam wcześniej prozy S.J. Kincaid, a określenie „fantastyka młodzieżowa” używane w kontekście „Diaboliki” wzbudziło we mnie podejrzenia, okazało się, że niesłusznie, ponieważ lektura dostarczyła mi sporą dawkę emocji i wrażeń.

Nemezis jest diaboliką. Stworzeniem przypominającym człowieka, jednak nieporównanie bardziej niebezpiecznym, to swoista maszyna do zabijania, która istnieje w jednym tylko celu – za wszelką cenę ma chronić życie osoby, której kazano jej strzec. Nemezis służy na dworze senatora, ochrania jego córkę, Sydonię, wkrótce będzie musiała ją udawać, by ratować jej życie przed niebezpieczeństwem ze strony cesarza. Przybywa na dwór, gdzie zaufanie komukolwiek jest ogromnym ryzykiem.

Bardzo spodobał mi się pomysł na fabułę. Wszystko dzieje się w kosmosie, gdzie ludzie, uzależnieni od maszyn,   mają zakaz przyswajania wiedzy. W centrum wszechświata znajduje się cesarstwo i niebezpieczny, okrutny cesarz, który dla władzy i podporządkowania sobie ludzi jest gotów zrobić wszystko. Ten świat, stworzony przez autorkę, chociaż ma pewne niedociągnięcia, jest ciekawy i ukazuje nam wizję bardzo pesymistyczną, ale w pewien sposób możliwą. Obrazuje rzeczywistość, w której króluje technologia, ale nauka nie jest w powszechnym użyciu, wręcz za próby zdobycia wiedzy można popaść w niełaskę lub nawet zginąć. Cesarstwo, które jest przykładem zepsucia i miejscem, gdzie na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo, gdzie spiski i zamachy są na porządku dziennym, chwieje się w posadach,  podtrzymywane jest za pomocą strachu przed nieobliczanymi władcami. A w środku tego całego bałaganu nasza diabolika – istota, której odmawia się człowieczeństwa, zdolna do strasznych rzeczy, ale czy zdolna jest również do odczuwania emocji?

„Diabolika” napisana jest dobrze, po w miarę spokojnym początku, kiedy to czytelnik ma czas, by trochę odnaleźć się w tej niezwykłej przestrzeni - autorka rzuca nas na głęboką wodę – zaraz po przybyciu Nemezis na dwór cesarski, akcja zdecydowanie przyspiesza, intryga goni intrygę, a nieustanne niebezpieczeństwo dodaje całości rumieńców. Do ostatniej strony fabuła trzyma w niepewności,  wątki łączą się w kulminacyjnym momencie, który jest na tyle niejednoznaczny, że do końca nie rozładowuje tego napięcia, jakie utrzymywało się przez całą książkę.

S. J. Kincaid stworzyła wiele niejednoznacznych postaci, począwszy od Nemezis, maszyny do zabijania, która gdzieś w głębi siebie dostrzega iskierki człowieczeństwa po szalonego następcę tronu, Tyrusa, który skrywa niejeden sekret. Ta właśnie nie oczywistość, wielowymiarowość, jest ogromną zaletą powieści, dzięki temu historia bardziej intryguje i wciąga.

„Diabolika” to książka, której prosty styl i spójna fabuła sprawiają, że pochłania się ją błyskawicznie, potrafi jednak dać coś więcej niż tylko chwilową rozrywkę. Pozbawiona jest złudnej naiwności, która odarłaby tę historię z polotu i oryginalności, miejscami bywa brutalna, mocna, ale diabelnie intrygująca.

122."Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka

122."Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka

Monika Walecka
„Opowiadania drewnianego stołu.
125 przepisów jak sprawić sobie przyjemność i bliskim”

Wydawnictwo Septem
288 stron



Czy można zachwycić się książką kucharską? Zdecydowanie tak! Ogromnie lubię wszelkie takie książki z przepisami, które nie tylko kuszą smakami i aromatami, jakie za jej pomocą możemy stworzyć we własnej kuchni, ale także pięknym, zachwycającym wydaniem. Tak właśnie jest w przypadku „Opowiadań drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim” Moniki Waleckiej.

Tak naprawę książka jest zbiorem ponad stu receptur, które wcześniej znalazły się na blogu autorki - Monika Walecka prowadzi bowiem stronę gotujebolubi.pl, gdzie inspiruje ciekawymi pomysłami na różnego rodzaju dania nieprzerwanie już kilka lat. Przez ten czas zbierała doświadczenie, rozwijała swoją pasję i uwiecznieniem tego są „Opowiadania drewnianego stołu”.

Tytułowy drewniany stół to miejsce spotkań z bliskimi, to symbol gościnności, domowego ciepła, do którego chce się ciągle wracać, celebrując codzienne posiłki, wyjątkowe uroczystości i chwile tylko dla siebie.  Trudno nie przyznać racji autorce, gdy we wstępie do książki pisze, że każdy marzy o takim stole, „w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników.” Tą miłość do gotowania i do dzielenia się owocami swojej pracy z bliskimi widać w  tej publikacji, jej przekaz jest jasny i czytelny – przygotowywanie posiłków jest ważne, ale ma sprawiać przyjemność, ma cieszyć nas i tych, dla których je przygotowujemy.

Może to zabrzmieć banalnie, ale wydanie jest naprawę świetne, w twardej oprawie, z czerwoną tasiemką w formie zakładki, sprawia, że książka jest bardzo praktyczna. Zdecydowaną ozdobą są tutaj zdjęcia potraw – co bardzo lubię, każdy przepis opatrzony jest zdjęciem – piękne, artystyczne zbliżenia apetycznych, kolorowych, małych dzieł sztuki kulinarnej. Doskonałym uzupełnieniem są ilustracje, akwarelowe rysunki, idealnie dopasowane kolorystycznie i stylistycznie do przedstawionego przepisu. Takie wydanie cieszy oko i zachęca do tego, by samemu chwycić za deskę do krojenia i rondel.

„Opowiadania...” podzielone są na kilka części, w których znajdziemy pomysły na dania  odpowiednie na śniadanie, obiad, słodki deser, ale także rozdziały informacyjne – czym gotować i jak robić zakupy oraz co warto mieć w kuchni – przyznam szczerze, że te części mogłyby być dłuższe, bardziej szczegółowo omówione, po ich przeczytaniu miałam pewien niedosyt.

Najważniejsze są tutaj jednak przepisy, których różnorodność jest jedną z wielu zalet, są to bowiem pomysły na danie o każdej porze dnia, na każdą porę roku i sądzę, że zarówno miłośnik mięsa, wegetarianin czy osoba na diecie bezglutenowej znajdzie coś dla siebie. Wszystkie jednak są zdrowe, pełne smaku i, co najważniejsze, nie wydają się skomplikowane, wręcz przeciwnie, lista składników przy niektórych przepisach jest bardzo krótka, a wykonanie proste. Cieszy mnie to, że każdy wpis opatrzony jest krótka notatką od autorki, anegdotą, czy trickiem, by przedstawione danie w pewien sposób wykorzystać czy wzbogacić.

Między przepisami na pieczoną ricottę z parmezanem, miodowy amarantus z jagodami goji czy brukselkę i tofu z makaronem soba znajdziemy klasyczną, kremową pomidorówkę i domowy twaróg. Wszystko pięknie pokazane na zdjęciach, dokładnie opisane, przez co nawet taki laik kulinarny jak ja może sobie poradzić i wyczarować coś pysznego dla siebie czy bliskich. Jak przekonuje autorka - najważniejsze jest to, by gotowanie sprawiało nam radość, by cieszyć się tym procesem i włożyć do tego wykonania odrobinę serca.
121. "Syreny" Joseph Knox

121. "Syreny" Joseph Knox


Joseph Knox
„Syreny”

tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte
440 stron


Debiutancka powieść Josepha Knox’a „Syreny” to mocny kryminał z nurtu noir, ciemny, destrukcyjny, mocny. Od początku wciąga czytelnika w wir wydarzeń, ukazuje mu okrutny świat zbrodni, mrocznych interesów i walki o wpływy, trzyma w napięciu do ostatniej strony, ostatniego akapitu.

Głównym bohaterem i narratorem powieści jest Aidan Waits, który dostaje szansę, by naprawić swoją reputację w policji i ostatecznie nie stracić odznaki, po tym jak przyłapano go na wykradaniu dowodów rzeczowych. Musi pod przykrywką rozpracować handel narkotykami, nadzorowany przez miejskiego mafiosa, Zaina Carvera. Ryzykując własnym życiem wkracza w świat nocnych klubów, ciemnych uliczek i miejsc, które przykładny obywatel omija szerokim łukiem. Świat, gdzie szerokim strumieniem płynie heroina, ecstasy, alkohol, a przypadkowy sex jest na porządku dziennym. Dla Carvera pracują dziewczyny zwane syrenami, które dostarczają narkotyki do niektórych pubów w mieście, nasz bohater musi zdobyć ich zaufanie, a co za tym idzie, wyciągnąć jak najwięcej informacji o nielegalnych interesach. Dodatkowo musi odnaleźć młodą dziewczynę, córkę ministra sprawiedliwości, która przebywa w posiadłości Carvera.

Waits nie jest postacią oczywistą, daleko mu do ideału praworządnego policjanta, szczerze mówiąc to sam ma sporo na sumieniu, bierze narkotyki, jest porywczy i sprawia wrażenie mocno pogubionego w życiu.  Mimo to łatwo go polubić, przynajmniej na tyle, by dopingować mu w jego trudnych zadaniach i lawirowaniu między mafią a zwierzchnikami. W trudnych sytuacjach potrafi zachować zimną krew, chociaż czasami sam się pakuje w niezłe kłopoty. Tytułowe syreny uwodzą go, mamią jak narkotyki, których zażywa, przez nie Aidan może łatwo rozbić swoją głowę o skały, kiedy sprawy zaczynają się bardziej komplikować i wtedy czytelnik zaczyna się poważnie zastanawiać, czy główny bohater wyjdzie z tego cało?

„Syreny” to dość nietypowy kryminał, jaki miałam przyjemność przeczytać do tej pory. Zdecydowanie mroczny, przygnębiający klimat to charakterystyczna cecha, która na pewno wyróżni go spośród innych. Tu nie ma bieli i czerni, tutaj wszystko spowite jest w szarości, dobro i zło mają zatarte, nieoczywiste granice. Końcówka również nie nastraja optymistycznie, nie ma prawdziwego happy endu. Świat, w którym toczy się akcja powieści przesiąknięty jest występkiem, narkotycznym hajem i pewnym obłędem, dosięgającym każdego kto w niego wejdzie.

Joseph Knox stworzył ciekawy, chociaż przerażający debiut pisarski, sądzę, że każdy miłośnik mocnej, bezkompromisowej prozy znajdzie tutaj coś dla siebie, a wartka akcja wciągnie wielbicieli kryminałów. Tematyka powieści jest niesamowicie trudna, bolesna, więc myślałam, że będę miała z tym  niemały problem, jednak „Syreny” bardzo mnie wciągnęły i poruszyły. Czyhające na każdym rogu niebezpieczeństwo, okrutny świat handlarzy narkotyków, gdzie życie ludzkie nie ma już prawie żadnej wartości, zapadną Wam w pamięć, a lektura zapewni sporą dawkę silnych emocji.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte
120. "Nowe śledztwa Klary Schulz.Tajemnica Nathaniela" Nadia Szagdaj

120. "Nowe śledztwa Klary Schulz.Tajemnica Nathaniela" Nadia Szagdaj

Nadia Szagdaj
„Nowe śledztwa Klary Schulz.
Tajemnica Nathaniela”

Wydawnictwo Bukowy Las
299 stron





Nadia Szagdaj czyli nowa twarz na firmamencie rodzimego kryminału kontynuuje swój cykl powieści z panią detektyw Klarą Schulz w najnowszej książce „Nowe śledztwa Klary Schulz. Tajemnica Nathaniela”. Akcja toczy się jeszcze przed wybuchem I wojny  światowej, w niemieckim Breslau.

Jest to moje pierwsze zetknięcie z prozą tej autorki i muszę przyznać, że jestem pozytywnie  zaskoczona, ponieważ powieść idealnie trafiła w moje aktualne zamiłowanie do nurtu kryminału retro, szkoda tylko, że nie zdążyłam przeczytać wcześniejszych części – miałabym wtedy szerokie spojrzenie na niektóre sprawy, ale zaległości niedługo zacznę nadrabiać, ponieważ to, co przedstawiła pisarka w „Nowym śledztwie” zachęciło mnie, by kontynuować cykl i poznać losy bohaterki.

Jak już wspomniałam jest to retro kryminał, akcja osadzona jest na początku 1913 roku we Wrocławiu, czyli ówczesnym Breslau. Ostatnio tego typu powieści stają się coraz bardziej popularne, twórcy chętnie sięgają po takie, nieco zakurzone opowieści z tajemniczym tłem historycznym. Nie każdemu udaje się to tak dobrze, jak Nadii Szagdaj. W tym przypadku widać, że autorka dobrze zna i kocha miasto, w którym umieściła swoich bohaterów, przekłada się to na jakość książki, ale także na odbiór powieści- opisy ulic, budynków są na tyle dokładne, że łatwiej odnajdujemy się w świecie Klary Schulz.

Kolejną rzeczą, jaka również udała się autorce to na pewno stworzona przez nią kobieta-detektyw, niepokorna, mająca własne zdanie i silny charakter Klara, którą poznajemy w niezbyt szczęśliwym momencie jej życia. Pomimo tego, że pani Schulz ma dwójkę wspaniałych dzieci i oddanego męża, musi mierzyć się z przeszłością, która ją prześladuje i gnębi. Po ostatnim śledztwie, podczas którego, będąc w ciąży ledwo uszła z życiem, nasza bohaterka popada w coraz większą depresję, uzależniając się od środków przeciwbólowych, które tłumią jej zmysły i cały temperament. Trudno jest jej się wyrwać z tego odrętwienia, więc nawet, gdy stary znajomy zwraca się do niej o pomoc nie jest w stanie udzielić mu żadnych rad, zobojętniała na pracę, którą do tej pory wykonywała z właściwą sobie charyzmą. Na początku więc miałam z panią detektyw pewien problem, była bezwolna i bierna, całkowicie poddana temu, co ześle jej los, jednak z biegiem czasu wszystko się zaczęło zmieniać i Klara powróciła do swego życia. Pamiętajmy też, ze w tamtych czasach kobieta współpracująca z policją musiała być kimś wzbudzającym kontrowersje, czymś „wbrew naturze”, wtedy jeszcze życie matek, żon czy sióstr ograniczało się często do czterech ścian rodzinnego domu.Główna bohaterka musi zetknąć się z wrogością mężczyzn i brakiem zrozumienia ze strony kobiet.

Nadia Szagdaj stworzyła ciekawą intrygę – może nie doskonałą i zawiłą, ale na pewno taką, która potrafi wciągnąć czytelnika w rozwój wydarzeń. Od samego początku tajemnicze samobójstwa prostytutek są podejrzane, można mieć co do nich poważne wątpliwości. Rusza śledztwo, które ma na celu zdemaskować zabójce. Czytelnik, wraz z panią detektyw podąża za tropami po zaśnieżonych uliczkach Breslau, stawia hipotezy i mnoży przypuszczenia. Niestety dosyć łatwo wytypować kto odpowiada za te zbrodnie, przez co powieść traci na zaskakujących i dramatycznych zwrotach akcji. Jednak oprócz motywu zbrodni mamy jeszcze ciekawe życie Klary Schulz, która nie ma nieskazitelnego charakteru, ma swoje słabości, przez co staje się bardziej rzeczywista i ludzka.

Akcję możemy śledzić z różnych perspektyw, co ciekawie wzbogaca fabułę i pozwala zagłębić się zarówno w prowadzoną sprawę policji jak i pokrętny umysł zbrodniarza. Możemy poznać to, co nim kieruje, jego motywy i emocje, co jest na swój sposób przerażające i fascynujące.

Jeśli więc szukacie w kryminałach czegoś więcej niż zbrodni i występku, jeśli lubicie, podobnie jak ja, zgrabnie zarysowane tło historyczne, różnorodne postacie i silną, charyzmatyczną bohaterkę, która musi stawić czoła wielu przeciwnościom losu to zapewniam, że „Nowe śledztwa Klary Schulz” na pewno Was nie zawiodą. Zakończenie książki pozostawiło mnie z zawieszeniu, jestem ogromnie ciekawa, co dalej stanie się z panią detektyw, tymczasem szybko nadrobię zaległości i przeczytam poprzednie części - wiem, że warto.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater
119. 5 ulubionych autorek

119. 5 ulubionych autorek


Nie ma się co oszukiwać - świat jest zdominowany przez mężczyzn, niemalże każda dziedzina życia, każdy zawód (za wyjątkiem "typowo kobiecych") są zawojowane przez osobników męskich. Nawet w literaturze, chociaż w tym przypadku nie ma aż tak wielkich i rażących dysproporcji. Z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet chciałabym uhonorować więc te najbardziej ukochane przeze mnie pisarki, których twórczość, nie tyle ukształtowała moje czytelnicze gusta, co w pewien sposób wpłynęła na mój sposób myślenia. Spośród ulubionych autorek, których uzbierało się całkiem dużo, a szanowne grono stale się powiększa, wybrałam te dla mnie osobiście najlepsze, największe, najwspanialsze, bez których nie wyobrażam sobie nie tylko literatury, ale także, poniekąd, własnego życia, królowe i (jak kto woli) khaleesi prozy, inspirujące i jedyne w swoim rodzaju.

Jane Austen
Angielska powieściopisarka, która dzięki takim tytułom jak: "Perswazje", "Duma i uprzedzenie" czy "Rozważna i romantyczna" na stałe zagościła w kanonie literatury.Jej styl cechuje swoboda i naturalność w snuciu historii oraz lekka ironia i spostrzegawczość. Czym byłby świat bez jej powieści, przepełnionych humorem, miłością i doskonałym odzwierciedleniem swojej epoki, kiedy głównym celem kobiety było zamążpójście? Z dziełami Austen zetknęłam się kilkanaście lat temu i już od pierwszego spotkania z jej prozą przepadłam. Do dzisiaj co jakiś czas sięgam po którąś z jej książek, by na nowo zachwycić się tym światem, językiem i wrócić do ukochanych bohaterów.

Emily Bronte
Skromny jej dorobek artystyczny nie przeszkodził w tym, by uznać ją, na równi z Austen, siostrą Charlotte czy panią Gaskell za jedną z najbardziej popularnych autorek angielskich.Na co dzień nieśmiała, potulna, stworzyła dzieło, które wywołało kontrowersje i w pewnym stopniu nawiązywało do powieści gotyckich. Miłość Cathy i Heathcliffa, surowa i nieokiełznana jak krajobraz wrzosowisk, stała się nieśmiertelna i nadal wywołuje spore emocje. Dla mnie "Wichrowe Wzgórza" to jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałam w życiu, historia, od której, gdy czytałam ją pierwszy raz, nie mogłam się oderwać, nic wokół nie istniało, czas się zatrzymał. Takiego wrażenia książkoholik nie zapomina.

Agatha Christie
Jedyna w swoim rodzaju, prawdziwa królowa kryminału, której twórczość inspiruje do dzisiaj zarówno mężczyzn jak i kobiety, w ich powieściach pobrzmiewają echa tej wspaniałej kobiety, która ze zwykłych historii o zbrodniach uczyniła jeden z najbardziej poczytnych gatunków literackich. Ogromnie lubię sięgać po dzieła Agathy Christie, fantastyczny styl, wciągająca fabuła i zawiła zagadka sprawiają, że zatapiając się w takiej lekturze traktuję to jako formę prawdziwego odpoczynku - w końcu, gdy ma się zagwarantowaną tak ciekawą rozrywkę to naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia.

Isabel Allende
W prozie pani Allende zakochałam się wiele lat temu, gdy dostałam do ręki "Opowieści Ewy Luny" - od tego momentu poznałam zupełnie nowy, nieznany mi gatunek, który stał się jednym z tych, które są mi najbliższe - realizm magiczny. To, co charakteryzuje jej dzieła to niezwykła wręcz moc nad słowem, jej powieści przesiąknięte są magią, kobiecością i życiem na wskroś, dogłębnie. Sądzę, że mało kto może oprzeć się jej książkom, a zwłaszcza ci, którzy cenią sobie liryczność i oryginalność opowiadanych historii.

Lucy Maud Montgomery
Autorka "Ani z Zielonego Wzgórza" zaskarbiła sobie moją ogromną sympatię nie za sprawą swojego najpopularniejszego dzieła, którego - wstyd się przyznać - nawet nie przeczytałam, Gdy wspominam swoje dzieciństwo to, jeśli chodzi o przeczytane książki, doskonale pamiętam "Lucy z Lantern Hill" oraz "Emilkę ze Srebrnego Nowiu". Egzemplarz tej pierwszej, stary, apetycznie zaczytany nadal stoi na mojej półce, pomimo tego, ze już dawno wyrosłam z tego typu książek. Ba!Ostatnio nawet przeczytałam ją i powiem Wam szczerze, że to wspaniałe uczucie móc wrócić do tej powieści, która ma niezwykły urok, scala naturalność dziecięcego świata z będącą nieco w opozycji do niego rzeczywistością dorosłych.

Ogromnie ciekawa jestem Waszych typów - jakie autorki najbardziej cenicie i za co?
118. Podsumowanie lutego

118. Podsumowanie lutego


O mały włos a nie byłoby podsumowania w tym miesiącu.Bo, szczerze mówiąc, nie ma co podsumowywać, przeczytane raptem cztery książki to wynik raczej nieciekawy, ale najbardziej irytująca jest świadomość, że w lutym zaczęłam trzy książki, których nie skończyłam. Może nie dla tego, że nie są dobre, ale bardziej z tego względu, że na horyzoncie pojawiały się inne, bardziej pociągające.I tak kilka tytułów czytam z prędkością ślimaczą.

Powieścią, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie w minionym miesiącu, prawdopodobnie zapamiętam ją na długo to "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, muszę poznać inne jej książki, ponieważ styl autorki bardzo mi odpowiada.

Z niecierpliwością czekam też na marcowe nowości, w tym "Królestwo kanciarzy" Leigh Bardugo, czyli kontynuację "Szóstki wron", która fantastycznie wprowadziła w świat nieczystych interesów, magii i grupy złoczyńców, których losy splotła ze sobą śmiertelnie niebezpieczna misja. Premiera zapowiadana na 29 marca, więc zostało jeszcze trochę czekania.

Mija również kolejny miesiąc mojego czytelniczego wyzwania na 2017 rok, w lutym przeczytałam "Zanim zniknęła" Jane Shemilt, czyli książkę wypożyczoną z biblioteki, aktualnie zaś, na marzec wylosowałam takie oto hasło:

11. Książka, która ma mniej niż 200 stron.

Mniej niż 200 stron to na pewno żaden problem dla książkoholika, a i osoba, która nie ma za dużo czasu na czytanie, na pewno poradzi sobie z takim zadaniem.Ja już swoją książkę wybrałam, jest to "Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell, autorki "Północ i Południe", ale ciekawa jestem czy znacie dużo książek  z tak niewielką liczbą stron? Polecam:

Przeczytane w lutym:
"Konan Destylator" Andrzej Pilipiuk
"Straceńcy" Ingar Jonnstrud
"Zanim zniknęła"Jane Shemilt 
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk


A co Wy przeczytaliście w lutym? Co polecacie?
117."Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk

117."Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk


"Prowadź swój pług przez kości umarłych
Olga Tokarczuk

321 stron
Wydawnictwo Literackie
2017 r.






Fabuła

Janina Duszejko, dojrzała kobieta, mieszka samotnie w małej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej. Jest nieco ekscentryczna, prowadzi nietypowy tryb życia, poza nauczaniem dzieci angielskiego w pobliskiej szkole, tłumaczeniu wierszy Williama Blake'a, zajmuje się układaniem horoskopów i doglądaniem opuszczonych podczas zimowego sezonu domów swoich sąsiadów. W okolicy zaczynają w dziwnych okolicznościach ginąć myśliwi, a pani Duszejko twierdzi, że przyczyną ich śmierci są zwierzęta, które według niej mają się teraz mścić na swoich oprawcach.

Recenzja

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to jedna z najpopularniejszych książek Olgi Tokarczuk, za którą autorka w 2010 r. otrzymała nominację do prestiżowej nagrody Nike, w ostatnim czasie powieść ta powraca, dzięki ekranizacji Agnieszki Holland pod tytułem "Pokot". Przyznam szczerze, ze na fali tego rozgłosu postanowiłam w końcu zapoznać się z twórczością jednej z najlepszych polskich pisarek i z ogromną ciekawością sięgnęłam po powieść.

Książka opisywana jest jako thriller moralny i zdecydowanie jest to określenie całkiem trafne, chociaż nie trzyma mocno w napięciu i nie wysuwa na pierwszy plan zbrodni i odkrywania zagadki kto jest mordercą. W tym przypadku najważniejsze są tutaj dylematy moralne, pytania, które nasuwają się podczas lektury jeszcze długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. Myślę, że temat jest jak najbardziej aktualny w tym czasie.

Olga Tokarczuk opowiada historię dziejącą się w malowniczej, odosobnionej miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej - w dziwnych, niewytłumaczonych okolicznościach giną myśliwi i tylko starsza, nieco zwariowana kobieta uważa, ze to właśnie zwierzęta mszczą się na swoich oprawcach.Janina Duszejko stara się przekonać do tej tezy policję, znajomych, ale spotyka się tylko z obojętnością i kompletnym brakiem zrozumienia. Sama jest wrażliwa na krzywdę słabszych, nieszczęsnych stworzeń i robi wszystko, by udowodnić, że to zwierzęta wydały wyrok na złych, czyhających na ich życie ludzi.Stara się przekonać innych, że zabijanie słabszych istot, pastwienie się nad nimi jest czymś absolutnie nie do przyjęcia i dyskredytuje ludzki gatunek. Zderzenie natury i przeświadczenia człowieka o jego wyższości ponad wszystko inne  na Ziemi jest tutaj bardzo widoczne i skłania do wielu refleksji, co jest niepodważalną zaletą tej wyjątkowej książki.

Mała społeczność, w której panuje przekonanie, że myślistwo jest formą humanitarnego, ba, potrzebnego, pozbywania się zwierząt jest odzwierciedleniem tego, co widzimy w naszym mocno konserwatywnym społeczeństwie. W powieści pokazana jest również postać księdza, który nie dość, że nie potępia haniebnego procederu to sam bierze w nim udział, wszystko więc dzieje się za przyzwoleniem władz kościelnych, co dodatkowo budzi kontrowersje.

Autorka stworzyła w swojej książce intrygujące postacie, z własnymi historiami, które czytelnik chętnie by poznał, niezwykła mieszanka zwyczajności i nieco nierealnych, niezwykłych aspektów. W ich życie wpleciona twórczość Williama Blake'a, do którego Tokarczuk chętnie nawiązuje, i magiczna aura otaczającej ich natury.

Historię poznajemy z perspektywy pani Duszejko, dzięki temu mamy możliwość zgłębić jej spojrzenie na świat, jej niesamowitą wrażliwość i wyjątkowe postrzegania rzeczywistości - to, jak łatwo rozszyfrowuje nie tylko ludzi, ale także zachowania zwierząt, zdaje się, że przed nią niewiele można ukryć i zataić haniebne sekrety.

Powieść absolutnie mnie urzekła i wciągnęła, sprawiła, że wiele rzeczy musiałam przemyśleć, co jeszcze bardziej przekonało mnie do tego, by sięgnąć po kolejne dzieła Olgi Tokarczuk. Nic bowiem tak nie fascynuje czytelnika jak postawienie go przed murem wątpliwości i dylematów, skłonienie go do refleksji. Jednak ten, kto szuka w tej książce szybkiej akcji i mocnej fabuły może się nieco zawieść.


Ocena: 4/5




116. 10 czytelniczych faktów o mnie

116. 10 czytelniczych faktów o mnie

W związku z tym, że blog obchodzi swoje pierwsze urodzinki postanowiłam, dla odmiany od recenzji, umieścić post okołoksiążkowy, ale bardziej "prywatny" -  zapraszam Was więc na 10 czytelniczych faktów o mnie.


1. Nie pamiętam, kiedy nauczyłam się czytać. Na pewno przed rozpoczęciem edukacji, nikt też w domu specjalnie nie nauczył mnie rozpoznawania literek i łączenia ich w słowa i zdania. Po prostu przeszłam przez ten etap dość swobodnie i naturalnie.

2. Nie czytałam "Dzieci z Bullerbyn". Wielu innych lektur zresztą też, traktowałam je dosyć wybiórczo, spośród nich wszystkich sięgałam po te, które najbardziej mnie interesowały, najczęściej jednak czytałam je znacznie wcześniej niż były przerabiane w szkole. Tak było np. w przypadku "Lalki" czy "Mistrza i Małgorzaty".

3. Uwielbiam klasykę i poezję. Nie straszne mi takie perełki jak trylogia Sienkiewicza, "Nad Niemnem" czy dramaty Shakespeare'a. Z poezji natomiast upodobałam sobie epokę romantymu (zwłaszcza Norwid), dekadenckie utwory Baudelaire'e czy oryginalne wiersze Emily Dickinson.

4. Love, coffee & books. Nazwa bloga powstała bardzo szybko - z młodzieńczego buntu Sex, drugs & rock&roll pozostało mi (na stare lata ;)) - miłość do moich dzieci, uzależnienie od kawy i niezmienna pasja czytania książek.

5.Ignacy i Jeremi. Wybór imion dla moich synów to nie tylko wynik zamiłowania do nietuzinkowych mian, ale również literackie upodobania i fakt, że kojarzą mi się niezwykle pozytywnie - Ignacy Borejko z serii Małgorzaty Musierowicz, czy Józef Ignacy Kraszewski i Jeremi Przybora.

6.Uwielbiam zapach nowych książek i ich dotyk. Tradycyjne uzależnienie każdego książkoholika, chociaż kupuję zarówno nowe książki jak używane, to za każdym razem, kiedy przychodzi paczka z taką "świeżynką" muszę ją najpierw powąchać i pogłaskać. Wiele razy. Może dlatego nie mogę przekonać się do nowoczesnych czytników, ebooków i powieści w formacie pdf.

7. "Wichrowe Wzgórza" i "Dracula". Dwie moje największe "obsesje" - książkę Emily Bronte mogłabym czytać raz za razem i wiem, że nie znudziłaby mi się wcale, natomiast film F.  F. Coppolli z Garrym Oldmanem mogę oglądać bez końca.

8.Biblioteka. Jako dziecko marzyłam o pracy jako bibliotekarka, niestety, marzenie się nie spełniło, ale ogromnie lubię chodzić do biblioteki i wypożyczać książki, często wybory, których tam dokonuję są dla mnie samej zadziwiające, przez to ciekawe.

9. Pisałam opowiadania i wiersze. Ale to było bardzo dawno temu i na szczęście nie zostało z tej radosnej i jakże nieporadnej twórczości prawie nic.

10. Ulubione gatunki literackie. Zdecydowanie najbardziej lubię fantasy, również rodzimą, kryminały, zwłaszcza klasyczne, realizm magiczny i powieści historyczne.Kiedyś zaczytywałam się również horrorami, zwłaszcza ceniłam Kinga i Mastertona, ale teraz już po nie nie sięgam, prawdopodobnie z wiekiem stałam się bardziej wrażliwa i mało odporna na okropności i perwersje.Uważam też, że jeśli książka jest dobra, wciągająca i ma ciekawych bohaterów to tak naprawdę gatunek nie ma znaczenia.
115. Pierwsze urodziny!

115. Pierwsze urodziny!

Zakładając rok temu Love, coffee & books nie sądziłam, że będę miała tą fantastyczną przyjemność obchodzić jego pierwsze urodziny - myśl, która zakiełkowała w mojej głowie pod wpływem chwili i emocji stała się rzeczywistością, bytem niemalże namacalnym i tak oto jestem tutaj, piszę 115. post z kolei i następny miesiąc mija mi w czytelniczym uniesieniu i blogowym stanie.

Nie chcę rozwodzić się nad tym, jak wielką przyjemność sprawiacie mi swoją obecnością w tym miejscu, każdym komentarzem - o tym nie da się napisać w kilku zdaniach.Jest to wyjątkowa przygoda, ale też niełatwa praca - teraz to wiem, chociaż swojego pierwszego bloga założyłam prawie dziesięć lat temu, to dopiero teraz rozumiem ile trzeba poświęcić mu czasu i jak bardzo się starać, by osiągnąć chociaż mały cel.

W tym czasie udało mi się nawiązać współpracę z kilkoma wydawnictwami, jak np. SQN, Otwarte, Bis, Bellona, Publicat czy Dobra Literatura, moje recenzje ukazują się również na portalu Sztukater - jestem im wszystkim ogromnie wdzięczna i bardzo szczęśliwa, że pomimo mojego małego doświadczenia i słabych statystyk zaufali mi.

Pierwsza recenzja, jaka się tutaj ukazała to jedna z najważniejszych książek w moim życiu - "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele wyjątkowych lektur, którymi będę mogła się z Wami podzielić. A tymczasem mam dla Was mały prezent - "Margo" Tarryn Fisher, o której pisałam TUTAJ - powieść można wygrać w urodzinowym rozdaniu,  rusza ona zarówno tutaj, jak i na moim instagramowym profilu, gdzie można przygarnąć "Osobliwy dom pani Peregrine" - możecie zgłosić się pod tym postem i/lub na Instagramie.



A oto kilka zasad:

1. Organizatorem konkursu jestem ja, pokrywam również koszt wysyłki nagród do zwycięzców.
2.Konkurs trwa od 28.02-15.03.2017 roku, nagrodą jest książka "Margo" Tarryn Fisher.
3.Aby wziąć udział w konkursie wystarczy być obserwatorem bloga Love, coffee & books, udostępnić baner informacyjny, a w komentarzu pod tym postem wpisać:
obserwuję jako:...
baner udostępniony:.....
4. W ciągu 3 dni od zakończenia konkursu wyłonię szczęśliwą osobę drogą losowania i ogłoszę wynik na stronie na Facebooku - Love, coffee & books
5.Zwycięzcę proszę o podanie adresu do wysyłki w ciągu 5 dni od ogłoszenia wyników.

Życzę Wam powodzenia i już teraz zapraszam Was na posty urodzinowe, które ukażą się w najbliższym czasie :)


114."Zanim zniknęła" Jane Schemilt

114."Zanim zniknęła" Jane Schemilt

"Zanim zniknęła
Jane Shemilt
tłumaczenie; Stanisław Rek
351 stron
Amber
2016 r.




Fabuła

Jenny wiedzie doskonałe życie. Ma pracę, której jest bardzo oddana, dającą jej poczucie spełnienia, ma wspaniałą rodzinę, jak z obrazka - cudowny mąż, uzdolnione dzieci. Wszystko okazuje się złudne, gdy niespodziewanie znika jej nastoletnia córka, Naomi. Pod fasadą pozorów kryją się sekrety.

Recenzja

Sięgając po debiutancką powieść Jane Schemilt nie miałam żadnych oczekiwań, jedynie obawy, czy książka okaże się na tyle interesująca, że po przeczytaniu kilkunastu stron będę miała ochotę robić wszystko, byle tylko nie wracać do lektury. Na szczęście nie było źle. Okazało się, że "Zanim zniknęła" rozbudziło mój czytelniczy apetyt i skłonna byłam dotrwać do końca.

Fabuła toczy się dwutorowo- opisywane wydarzenia mają miejsce w czasie, gdy znika Noemi oraz rok później, kiedy rodzina Jenny, po dramatycznych wydarzeniach, stara się wrócić do normalności. To dość ciekawy zabieg, który pozwala na bieżąco śledzić rozwój wypadków, jak i mieć wgląd w złożoną, trudną sprawę.Okazuje się bowiem, że rodzinna sielanka była tylko ułudą, a raczej pobożnym życzeniem Jenny - za powierzchowną doskonałością kryją się sekrety, które dopiero po zniknięciu dziewczyny wychodzą na wierzch. Warto dodać, że narratorką jest sama Jenny, więc całą sytuację poznajemy z jej punktu widzenia oraz spostrzeżeń, doskonale znamy też uczucia, które nią targają.

Jane Schemilt całkiem zgrabnie poprowadziła całą akcję  w ten sposób, by stopniowo, kawałek po kawałku poznawać rodzinne sekrety oraz ich konsekwencje.Zagadka zaginięcia Noemi również wydaje się dość zaskakująca, w tym przypadku cała historia może  zakończyć się zarówno odnalezieniem  dziewczyny żywej jak martwej,  a samo jej zaginięcie niesie z sobą wiele pytań - czy ktoś ją porwał, czy uciekła sama? Czytelnik ma możliwość śledzić rozwój wypadków i poszukiwania nastolatki, gdy tak naprawdę nie wiadomo czego może się spodziewać przez co książka fascynuje i wciąga do ostatniej strony. Problemem w odbiorze całości są pojawiające się trochę nudnawe i ciągnące się fragmenty, które niewiele wnoszą do akcji, może delikatnie je ubarwiają, ale powodują nieznaczne zastoje.

Jeśli więc jestem już przy wadach to muszę wspomnieć o samej głównej bohaterce, która jest może dobrze nakreślona, jej odczucia są realistyczne, ale to jej naiwność jest wręcz kolosalnie irytująca. Ogromne zaufanie, jakim obdarza swoich bliskich jest niemądre i nie wiem z czego może wynikać. Z jednej strony nie ma z dziećmi i mężem dobrego kontaktu, ich spotkania są przelotne, pozbawione bliskości, z drugiej zaś Jenny przekonana jest o tym, że wiedzie doskonałe życie, może nieco zapracowane, może nie poświęca tyle czasu swoim najbliższym, ale jest to idealne życie.Tak naprawdę dopiero po zniknięciu córki jest w stanie dostrzec pewne niuanse, pewną wrogość swojego najmłodszego dziecka, jej drogie rzeczy, które na pewno nie zastały zakupione za pieniądze z kieszonkowego czy grube pliki banknotów na biurku syna, nie pochodzące z jego pracy po lekcjach.

Kolejną wadą, jeśli można to tak nazwać, jest sama stylistyka powieści. Widać, że jest to debiutancka powieść, w dodatku autorka Jane Schemilt, jest lekarką, więc trudno tutaj o zachwycający warsztat pisarski.Chociaż nie wiem tak naprawdę czy jest to  wina pisarki czy może polskiego tłumaczenia - jest tu kilka dziwnych zwrotów, które, być może miały w zamyśle być niezwykle oryginalne, jednak ostatecznie powodują pewien zgrzyt.

Mimo wszystko uważam, że książka wypada całkiem nieźle, jeśli weźmiemy pod uwagę brak doświadczenia Jane Schemilt, lektura okazuje się całkiem dobrze skomponowana, natomiast tajemnice poznajemy stopniowo, z każdą stroną, dowiadując się coraz więcej na temat rodziny Jane i lawirujemy między domysłami, co takiego mogło przydarzyć się jej córce.Poza tym, poruszany tutaj główny temat ma ogromne znaczenie - dorastające dzieci, które z dnia na dzień mogą stać się dla rodziców bardziej obce.Warto pamiętać, że w pędzie życia codziennego, między pracą a domowymi obowiązkami nie możemy zniszczyć więzi i kontaktu z bliskim człowiekiem, ponieważ w taki bądź inny sposób możemy go nieodwracalnie utracić.

Ocena: 3,5/5

Książkę przeczytałam w ramach Book Challenge 2017 - luty:
Książka wypożyczona z biblioteki





113. Najpiękniejsze nieszczęśliwe historie miłosne

113. Najpiękniejsze nieszczęśliwe historie miłosne


Dzisiejsza data zainspirowała mnie do napisania tego postu, chociaż święto zakochanych jest mi raczej obce i obojętne, to sądzę, że jest to dobra okazja , by porozmawiać o miłości w książkach.Temat ten przewija się przez miliony tytułów, jest maglowany tam i z powrotem na różne sposoby i w różnych aspektach, ale musicie się ze mną zgodzić, że miłość, która najbardziej chwyta nas za serce to afekt z gruntu nieszczęśliwy i niespełniony. Uczucie , które z góry skazane jest na porażkę, z różnych powodów, przykuwa największą uwagę czytelnika i samo w sobie budzi spore emocje. 

Przygotowałam więc mój własny, jak zwykle bardzo subiektywny ranking najpiękniejszych, ale nieszczęśliwych historii miłosnych. Ciekawa jestem Waszego zdania, więc jeśli sami macie swoje typy to podajcie je w komentarzach. Chętnie je poznam. Starałam się by zestawienie to było w miarę zróżnicowane i stanowiło pewien niewielki przekrój przez epoki, ale jednak nie kryję tutaj mojej fascynacji dziełami klasyki literatury - są to przecież powieści, które dzięki właśnie tym niezapomnianym historiom trwale zapisały się w dziejach.

Jeśli więc ich nie znacie uważajcie na spoilery, mogą się pojawić przy omawianych postaciach.

1. Louis i Claudia 
 W Kronikach wampirów Anne Rice miłość między wampirami nie ma aspektów fizycznych, jest odbierana inaczej niż u ludzi i dzięki temu na miłość Louisa i Claudii patrzymy w inny sposób.Louis został przemieniony w wampira jako dorosły mężczyzna,  Claudia natomiast, na wieki zamknięta jest w ciele dziecka - pomimo tego, że lata upływają, jej świadomość staje się kobieca, ona nadal wygląda jak dziewczynka.Oboje są dla siebie towarzyszami, przyjaciółmi, tworzą też w pewnym sensie rodzinę, razem z diabolicznym Lestatem, jednak związek między nimi od początku skazany był na tragiczny koniec w promieniach słońca.

2. Cathy i Heathcliff
Emily Bronte stworzyła piękną, ale niezwykle bolesną i poruszającą powieść.Swoich bohaterów naznaczyła uczuciem nieśmiertelnym i nienasyconym. Między Cathy i Heathcliffem była miłość na skraju obłędu i nienawiści, surowa i niezmienna jak wrzosowiska, po których wędrowali.To nie mogło skończyć się happy endem.Można nawet odnieść wrażenie, że oni nawzajem się zniszczyli, ich silne charaktery, zazdrość i chęć zemsty doprowadziły do rozstania i wpłynęły na kolejne pokolenie. Dopiero po śmierci mogli zaznać ukojenia i spokoju.

3.Romeo i Julia
"Romeo i Julia" William Shakespeare
Najsłynniejsza para kochanków, stworzeni przez angielskiego dramaturga, Romeo i Julia, to postacie doskonale znane, a ich tragiczna historia stała się inspiracją dla wielu kolejnych dzieł literackich.Młodzi ludzie,wbrew rodzinie zapałali do siebie miłością, która doprowadziła ich do śmierci.Nie mogąc żyć ze sobą, nie chcieli żyć wcale.

4.Scarlett i Rhett
Piękna i rozkapryszona Scarlett, przez lata zakochana w Ashley'u, którego nie mogła zdobyć, nie dostrzegała uczucia, którym obdarzał ją mąż, Rhett. Ten z kolei, pomimo swej miłości, nie okazywał jej w sposób oczywisty.Był zawsze wspierający i oddany, ale z drugiej strony ironiczny i zdystansowany. Wydawać by się mogło, że są dla siebie stworzeni, ale ranili się wzajemnie, przez co historia tej pary jest tak fascynująca i kończy się w sposób, który pomimo smutnego, bolesnego charakteru, daje nadzieję, bo w końcu jutro też jest nowy dzień i nowe możliwości.

5. Tristan i Izolda
"Dzieje Tristana i Izoldy" Joseph Bedier
Zainspirowany legendą celtycką utwór Bediera opowiada o walecznym rycerzu Tristanie i o irlandzkiej księżniczce Izoldzie, żonie króla Marka.Uczucie między nimi powstało na skutek wypicia przez nich mikstury miłosnej, sympatia wybuchła wbrew rozsądkowi i powinnościom, los zgotował im tragiczny koniec.Po śmierci pochowano ich obok siebie, a z grobu Tristana wyrósł głóg, który połączył go z grobem ukochanej Izoldy.

6. Gatsby i Daisy
Gatsby zrobił oszałamiającą karierę, jego american dream spełnił się całkowicie, zdobył olbrzymią fortunę i wielkie wpływy, jak się jednak okazuje wszystko to zrobił dla ukochanej kobiety, by go dostrzegła, by pomimo tego, ze związała się z innym mężczyzną, kolejny raz oddała mu serce.Dla tej miłości był też w stanie z całego bogactwa zrezygnować.Był prawdziwym idealistą i marzycielem.Przeciwieństwem jego jest słodka, ale wyrachowana i okrutna Daisy, która zamiast prawdziwej miłości wybiera związek ze zdradzającym ją notorycznie mężem, tylko dla stabilizacji i bezpieczeństwa finansowego.

7.Irene i Soames
W całym zestawieniu (przynajmniej do tej pory) jest to dość nietypowa para, ponieważ małżeństwo to tylko z jednej strony okazywało miłość, a raczej chęć posiadania. Soames Forsyte w pewien sposób bardzo kochał swoją żonę, Irene, ale uczucie to miało formę złotej klatki.Piękna Irene była wdzięcznym dodatkiem do jego kolekcji i znakomitą ozdobą życia, kiedy jednak zapragnęła uwolnić się, nie mogąc znieść ciężaru nieszczęśliwego związku, Soames,okazał swe prawdziwe oblicze posiadacza. Mimo wszystko mam dla niego litość i dostrzegam jego ogromne przywiązanie, które przetrwało lata, nawet gdy obydwoje stworzyli relacje z innymi.

8. "Fred" i Holy
Anonimowy narrator i Holy poznają się jako sąsiedzi w jednym z nowojorskich apartamentów, dziewczyna nazywa swojego nowego znajomego "Fred", ale w powieści nie jest nam dane poznać jego prawdziwe imię.Ich początkowa przyjaźń przeradza się w fascynację, "Fred" jest niezwykle zaabsorbowany dziewczyną, jednak ona, utrzymanka bogatych mężczyzn, nie jest w stanie stworzyć normalnego związku. Jej filozofią jest przekonanie, że dopiero to, co straci, staje się jej cenne i bliskie.

9.Kostia i Ida
Powieść gruzińskiej pisarki obfituje w wiele związków, które można by było nazwać mianem tragicznych i nieszczęśliwych, jednak to losy Kostii i Idy wydały mi się najbardziej przejmujące. Kostia, który rozpoczynał karierę w radzieckiej armii związał się z kobietą niezwykłą i wyjątkową, ale starszą od niego i w dodatku  Żydówką.Jednak to ona zdecydowała się go opuścić, i ta strata naznaczyła jego życie, a miłość do Idy kładła się głębokim cieniem na jego dalszych relacjach z kobietami i całym jego życiu.

10.Wokulski i Izabela
"Lalka" Bolesław Prus
Jestem ogromną fanką tej powieści, naprawdę.Urzekająca jest w niej smutna historia Wokulskiego i jego uczucia do niewdzięcznej panny Izabeli.Miłość spotkała Stanisława Wokulskiego, właściciela sklepów i byłego subiekta, dość późno, jednak okazała się uczuciem bardzo silnym wbrew zdrowemu rozsądkowi. Zakochał się on bowiem w niewrażliwej na jego względy pięknej Izabeli Łęckiej, pochodzącej z arystokratycznej rodziny.Panna ta za nic miała jego starania, zwodziła go i dręczyła, więc kiedy nasz główny bohater w końcu dostrzega jej grę, jego rozczarowanie ma tragiczne skutki.

Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger