157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

157. Przedpremierowo - "Dalila" Jason Donald

„Dalila”
Jason Donald

Wydawnictwo Kobiece
2017
488 stron

„Obiecują ci wszystko, a później tylko od ciebie biorą. Starają się nas ze sobą skłócić. Chcą, żebyśmy siedzieli w domu, samotni, i nic nie robili. To załamujące miejsce. Najczęstszą chorobą jest tutaj smutek serca.”

Irene Dalila Mwathi to młoda dziewczyna, mieszkająca w Kenii, ma rodziców i brata, studiuje, by spełnić swoje największe marzenie – zostać dziennikarką. Wszystko się zmienia, gdy cała jej rodzina zostaje zamordowana, prawdopodobnie przez wuja dziewczyny, który zagarnia dla siebie cały, prowadzony dotąd ze swoim bratem biznes, Dalila natomiast jest przez niego więziona, wykorzystywana fizycznie i bita. Niespodziewanie udaje jej się uciec i dociera do Londynu. Jednak już na samym początku zostaje oszukana przez ludzi, którzy mieli jej pomóc. Zmuszona jest podjąć próbę ułożenia sobie życia w Anglii, by zapewnić sobie bezpieczeństwo i nie wracać do Kenii, gdzie na pewno grozi jej śmierć.

Jason Donald, autor „Dalili” oraz takich powieści jak „Choke Chain” czy „Elsewhere:There”, które niestety do tej pory nie zostały jeszcze wydane w Polsce, urodził się w Europie, ale wiele lat spędził w Afryce, gdzie doskonale poznał tamten świat, panujące na kontynencie zwyczaje oraz kulturę jego mieszkańców, dzięki temu potrafi w sposób szczery i rzetelny o nim pisać. 

„Dalila” jest przykładem nie tylko na dobrą znajomość autora życiem w Afryce, ale także i na to, że  pisarz w dosyć łatwo i bez zbędnych ozdobników potrafi poruszyć serce czytelnika. Historia głównej bohaterki jest wzruszająca i daje sporo do myślenia, Jason Donald umiejętnie gra na emocjach, przy tym forma w jaką nam ją przedstawia jest raczej umiarkowana i stonowana.

Główna bohaterka, po trudnych przejściach i dramatycznych wydarzeniach, ubiega się o azyl w Wielkiej Brytanii – nie jest to proste zadanie, nie ułatwiają tego zawiłe, nieczułe na ludzką tragedię przepisy prawa czy liczne przesłuchania. Dalila jednak wie, że do Kenii nie może wrócić, że grozi jej tam ogromne niebezpieczeństwo, więc za wszelką cenę chce się poczuć pewnie i swobodnie w obcym kraju, który dotąd znała tylko z nielicznych programów w telewizji, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż to, do którego przywykła. Na swojej drodze spotyka ludzi, którzy chcą jej wyrządzić krzywdę, są wobec niej wrogo nastawieni, ale także odkrywa nowe, głębokie przyjaźnie. Kibicowałam jej bardzo w jej staraniach, ogromnie zależało mi na tym, by udało jej się rozpocząć nowe życie, by w końcu nie czuła się zagrożona i nie musiała uciekać. Zarówno jej losy jak i pozostałych bohaterów, uchodźców. były niezwykle poruszające, i nie sposób na nie pozostać obojętnym.

„Dalila” opisuje problem uchodźstwa, który istniał już oczywiście od wielu lat, ale ostatnio wywołuje spore kontrowersje, budzi skrajne uczucia. Dobrze więc wpisuje się w aktualną falę dylematów, dyskusji i nastrojów społecznych. Jason Donald w swojej książce daje czytelnikowi możliwość postawienia się w roli osób, które starają się o azyl, pokazuje jak wygląda ich sytuacja, obrazuje warunki w jakich żyją, jakimi są ludźmi i że najbardziej na świecie pragną dla siebie i swoich bliskich bezpieczeństwa, którego nie mają we własnym kraju. Spotykają się w wrogością, jawną agresją, kompletnym brakiem zrozumienia czy zwyczajnej empatii. Zapewniam, że te historie zrobią na Was ogromne wrażenie, wryją się w pamięć na bardzo długo.

Komu polecam tę książkę? KAŻDEMU. Nieważne czy gustujecie w takich czy innych gatunkach literackich, ta powieść może Was dogłębnie poruszyć, wzburzyć Wasze emocje i dać całkiem sporo do myślenia - takie jest jej zadanie i wywiązuje się z niego naprawdę znakomicie.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski

156. "Szklane Żądło" Bartłomiej Świderski


„Szklane Żądło”
Bartłomiej Świderski

Wydawnictwo Muza
2017
349 stron

„Strumień czasu wypłukuje mroki pamięci, szlifuje brylanty scen, wygładza ukochane tworze aż do postaci nieskazitelnych masek. I wciąż rwie naprzód. Życia nic  nie zmoże, panta rhei. Na dłuższą metę pod prąd płyną tylko łososie.”

Olaf Dziki, biznesman, właściciel luksusowego jachtu, zostaje oskarżony o zabójstwo swojej dziewczyny. Znaleziono ją na pokładzie „Szklanego Żądła”, przykutą kajdankami do łóżka, nagą, śmiertelnie pchniętą nożem, gdy on w tym czasie leży nieprzytomny, z odgryzionym uchem. Dodatkowo Dziki nie ułatwia sprawy policji ani prokuraturze, ponieważ zapamiętale milczy, nie przyznaje się do winy, ale także nie próbuje nikogo przekonywać do swej niewinności. Z czasem wychodzi na jaw prawda o relacji między nim a zabitą kobietą, a grono podejrzanych powiększa się – na pokładzie, w dniu popełnienia przestępstwa, była także poprzednia narzeczona Olafa.

Bartłomiej Świderski, autor „Szklanego Żądła”, dziennikarz i scenarzysta ma już na swoim koncie kilka powieści oraz scenariuszy do seriali, co można także zauważyć w jego sposobie pisania  – książka składa się z krótkich scen, przebłysków, obserwujemy akcję z różnych perspektyw, śledzimy ją w kilku sekwencjach. Jesteśmy błyskawicznie przerzucani w czasie i przestrzeni, tak, jakbyśmy oglądali serial. Narracja jest zmienna – raz historię opowiada Olaf i to z jego relacji, osobistych wrażeń, możemy dowiedzieć się jak wyglądała jego znajomość z Agnieszką, raz towarzyszymy komisarzowi Wyszyńskiemu i wraz z im odkrywamy tajemnicę tego, co wydarzyło się na pokładzie jachtu, poznać możemy także samą Agnieszkę, w czasie przed dokonaną zbrodnią. Całkiem sporo tutaj różnych perspektyw, mnóstwo spojrzeń na tę tragiczną historię, ale tylko w ten sposób obraz staje się pełny, a bohaterowie wielowymiarowi i prawdziwi.

Autor sprawił, że sam wątek śledztwa, prowadzone dochodzenie w sprawie zabójstwa, nie wysuwa się mocno na pierwszy plan, jednak muszę przyznać, że niekiedy te wspomnienia głównego bohatera czy wydarzenia z życia zamordowanej kobiety, dłużyły się i spowalniały tempo akcji, a ta przecież w rasowym, dobrym kryminale musi czasami pędzić jak szalona, by czytelnik nie znudził się, tylko śledził strona po stronie, zdanie po zdaniu z zapartym tchem, gubiąc się we własnych domysłach. Rozwiązanie zagadki także nie jest trudne, ale może to dlatego, że mam już nieco tego typu powieści przeczytanych na swoim koncie i nie jest łatwo mnie zaskoczyć. Chociaż przyznam, że Bartłomiej Świderski w swojej książce niekiedy podsuwa czytelnikowi fałszywy trop, by ten, złudnie nabrał podejrzeń i dostał w niektórych momentach wątpliwości, czy aby jego przypuszczenia są słuszne? Czy dobrze dedukuje, oskarżając daną postać, a nie inną? Jak potoczyły się wydarzenia tamtego tragicznego wieczoru? Dzięki temu można miejscami się nieźle wciągnąć w intrygę i czerpać przyjemność z czytania.

Postacie są całkiem dobrze wykreowane, z uwagi na różnorodną narrację i przebłyski  scen pomiędzy nimi, ich sylwetki okazują się niejednoznaczne, a relacje są skomplikowane. Przykładem jest tutaj związek między Olafem a Agnieszką, który możemy bardzo dobrze poznać, ich erotyczna, perwersyjna gra, nieustannie zbliża się do granicy bezpieczeństwa, jednak mimo to są sobie niezwykle bliscy, potrzebują się wzajemnie. Dialogi są także mocną stroną powieści, są lekkie, niewymuszone, pozbawione sztuczności, a miejscami napisane z humorem czy filozoficzną nostalgią. Osobiście bardzo spodobał mi się opis pracy śledczych, nieco znudzonych policjantów, którzy niejedno już w swoim zawodowym życiu widzieli i niejedno przeszli. Jednak pod dowództwem komisarza Wyszyńskiego są gotowi i zdeterminowani, by rozwiązać zagadkę śmierci Agnieszki Malik.

„Szklane Żądło” to dosyć mocna, męska, a miejscami nawet brutalna, powieść kryminalna, z niebanalnym sposobem prowadzenia fabuły i odkrywania wątków, powiązań i zależności. Z pewną nutą perwersji i szokujących damsko-męskich relacji, gdzie sadystyczna, niebezpieczna gra miesza się z potrzebą bliskości i bezradnością zwichrowanych przez życie ludzi.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza
155. Przedpremierowo -  "Ocalałe" Riley Sager

155. Przedpremierowo - "Ocalałe" Riley Sager

„Ocalałe”
Riley Sager

Wydawnictwo Otwarte
2017
431 stron


„Chcę, żeby wiedział, że jestem kimś więcej niż uratowaną z masakry dziewczyną, więcej niż wojowniczką, za jaką mnie zawsze uważał. Stworzył mnie, ulepił z krwi, bólu i lodowatej stali. Jestem pieprzoną Ocalałą.”

Quincy Carpenter prowadzi ciche, spokojne życie. Mieszka ze swoim ukochanym, Jeffem, prowadzi poczytnego bloga kulinarnego i stara się po prostu czerpać małe przyjemności z każdego mijanego dnia. Quincy pragnie normalności, ponieważ to, co spotkało ją przed laty już na zawsze naznaczyło ją potwornym piętnem - wspomnienie tego, co wydarzyło się w Pine Cottage, leśnej chatce, do której wybrała się z grupką znajomych, by świętować urodziny przyjaciółki, może doprowadzić do obłędu. Dziewczyna jako jedyna przeżyła krwawą masakrę, a jej sytuację pogarsza fakt, że nie pamięta wszystkich wydarzeń z tamtej przerażającej nocy. W poradzeniu sobie z traumą pomaga jej gotowanie i regularne dawki xanaxu popijane sokiem winogronowym.

„Ocalałe” to wydana przez ukrywającą się pod pseudonimem Riley Sager, pisarkę mieszkającą w Princeton w New Jersey, która, jak możemy się dowiedzieć z niewielu informacji na jej temat, lubi pisać, czytać, oglądać filmy oraz gotować. Informacji o autorce jest mało, poza tymi ogólnikami, natomiast o książce wiemy jeszcze tyle, że jest debiutanckim thrillerem, którym zachwycają się takie osoby z literackiej branży jak Stephen King czy Lisa Gardner. Już na okładce twórca „Cujo” i „To” przekonuje, że będzie to najlepszy thriller, jaki przeczytamy w 2017 roku. Co Wy na to?

Jeśli chodzi o moje odczucia, to od razu skojarzyłam „Ocalałe” z „Lokatorką” JP Delaney. Te dwie książki łączy naprawdę wiele, a „Lokatorka” bardzo mi się spodobała i jak dotąd była na pierwszym miejscu ulubionych, przeczytanych w tym roku thrillerów, kryminałów i powieści sensacyjnych. Czy „Ocalałe” zepchnęły ją z tego piedestału? Podobieństwo między jedną a drugą powieścią nasuwa się już od razu – głównymi bohaterkami są kobiety, które w swej przeszłości przeszły traumę, starają się rozpocząć swoje życie na nowo, ale także pozostają niejednoznaczne, skrywają sekrety, które poznajemy wgłębiając się w fabułę. Poza tym, co bardzo podoba mi się w obu przypadkach, narracja prowadzona jest z różnych stron, poznajemy także wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, jak i te, które miały miejsce sprzed lat. W „Ocalałych” fabuła przeplata się - razem z główną bohaterką, której podświadomość wyparła z pamięci straszne obrazy tego, co stało się w Pine Cottage, odkrywamy prawdę.

Sam pomysł na historię wydaje mi się ciekawy i dosyć oryginalny – poznajemy postacie, które przeżyły już wstrząsające zdarzenia, teraz starają się ułożyć sobie życie, za wszelką cenę walczą o normalność, której tak desperacko potrzebują. Quincy, Samantha, która przeżyła napad szaleńca na motel, gdzie pracowała oraz Lisa, której udało się przeżyć rzeź w damskim akademiku – te trzy kobiety zostały okrzyknięte przez opinię publiczną i media Ocalałymi, tymi, które przetrwały. I chociaż mieszkają daleko od siebie, nie spotykały się, a każda na swój sposób radzi sobie z bolesną przeszłością to jednak wytworzyła się między nimi więź. Kiedy ginie Lisa, dwie pozostałe kobiety w końcu się poznają.

Riley Sager potrafi czytelnika trzymać w napięciu, pomimo tego, że pierwsza część książki nieco mi się dłużyła, to jednak w drugiej dostałam już to, czego oczekuję po dobrym, rasowym thrillerze – napięcie, niepewność i wciągającą akcję. Ostatnie rozdziały czytałam już z gorączkowym zapamiętaniem, nadrabiając początkową ospałość. Autorka zgrabnie zarysowała całą intrygę, tak, by trzymać nas w zwątpieniu i podejrzeniach przez większą część powieści.

Bohaterowie są dobrze oddani, postacie są różnorodne, jednak to między Quincy i Sam dzieje się najwięcej. Ich relacja jest nietypowa, to spotkanie, które miało miejsce po śmierci Lisy popycha akcję, wpływa na Quincy w sposób nieoczekiwany, ale nie chcę Wam zdradzać za dużo, by nie psuć przyjemności z czytania.

Czy „Ocalałe” okazały się dla mnie najlepszym thrillerem 2017 roku? Nie do końca. Ale były bardzo blisko. Zapewniły prawdziwy rollercoaster emocji i napięcia, jednak jak do tej pory „Lokatorka” w niewielkim stopniu wydaje mi się ciekawsza. Mimo to, szczerze polecam powieść Riley Sager, spodoba się na pewno miłośnikom gatunku, fanom niebanalnych historii z mrocznym, niepokojącym wydźwiękiem. Takie wydarzenia, jak te opisane w „Ocalałych” mrożą krew w żyłach i sprawiają, że nigdy już nie spojrzymy na zaciszną, położoną w leśnej dziczy chatkę, tak jak przedtem.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwo Otwarte
154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert

154.Typ Klasyczny #19 "Pani Bovary" Gustaw Flaubert



"Pani Bovary"
Gustaw Flaubert

Państwowy Instytut Wydawniczy
1974
387 stron

„Lubiła morze jedynie za jego burzliwość, a zieleń tylko wśród ruin. Z każdej rzeczy musiała wydobyć jakąś korzyść dla siebie i odrzucała jako zbędne to wszystko, co w danej chwili nie mogło być pokarmem dla jej serca.”

Karol Bovary jest lekarzem, niedawno stracił żonę, ale szybko żeni się ponownie, tym razem pod wpływem uczucia, z młodziutką Emmą. Karol nie zdaje sobie sprawy, że jego wybranka, przekonana o własnej wyższości, zapatrzona w świat elit i arystokracji, odurzona miłosnymi historiami, które zna z powieści, szybko zaczyna nudzić się tym związkiem. Szukając nowych, silnych doznań, wplątuje się w romans.

Można być marzycielem, można snuć te niezwykłe sny na jawie, zatapiając się raz po raz w słodkich, pełnych uroku wizjach i oczekiwaniach, ale czy można dla tego marzenia poświęcać to, co się ma najcenniejszego, nie zważając na ofiary, na przeciwności losu, niczym odurzona ćma, stęskniona za magicznym blaskiem księżyca kierować się wprost w pożerający i spopielający ogień? Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie i zakrzyknąć: „Jestem panią Bovary!” Ponieważ właśnie ta bohaterka najsłynniejszej powieści Flauberta to niezaprzeczalnie kobieta-ćma, niezachwiana w swej wierze w romantyczne uniesienia, kołująca wprost do nieuniknionego, dramatycznego końca swej wędrówki.

Gustaw Flaubert, francuski pisarz, żyjący w XIX w., stworzył dzieło do dzisiaj określane jako wybitne, powieść, która na ówczesne czasy wywołała niemałe poruszenie. Raz – za sprawą procesu, który został wytyczony autorowi za obrazę moralności, dwa – mimo nieco skandalicznego wydźwięku, książkę uznano za arcydzieło, wnoszące do literatury coś, czego do tej pory jeszcze nie było, a co zachwyciło wielu czytelników, samemu Flaubertowi zapewniło zaszczytne miejsce wśród najlepszych pisarzy.

Czy jednak w naszych czasach „Pani Bovary” może nadal zachwycać? Dzisiaj, gdy przekroczono już chyba wszelkie możliwe granice w literaturze, gdy już mało co jest odkrywcze, twórcze i zupełnie nowe? Jestem przekonana, ze tak. Myślę, że wyborna, poruszająca serca i umysły literatura zawsze jest w stanie się obronić.

To, co zachwyca w dziele Flauberta to zdecydowanie spójna kompozycja, idealnie wyważona, doskonała. Autor wprowadza do swej powieści realizm, który w połączeniu z  pewną wyczuwalna dozą romantyzmu tworzy ciekawe, a nawet trochę niepokojące połączenie. Opisywaną fabułę przekazuje w ten sposób, by możliwie jak najmniej było w tym subiektywnych odczuć, by nie narzucać czytelnikowi opinii czy przekonań, a jedynie w jak najlepszym stylu opowiedzieć mu historię. W sposób trzeźwy, racjonalny, bez emocji, dając za to mnóstwo szczegółów, okraszając akapity i wydarzenia detalami, przebłyskami, które, zdawać by się mogło, niewiele wnoszą do głównego wątku, ale jakże mocno rysują nam całość!

Bohaterowie to poniekąd zlepek przeróżnych postaci, umiejętnie wykreowani, ciekawi. Na pierwszym planie mamy oczywiście małżeństwo Emmy i Karola. Sądziłam, że będę mogła współczuć tytułowej pani Bovary, że poczuję do niej litość, tymczasem jej postępowanie nie daje nam złudzeń. Owszem, jest marzycielką, jak twierdzi, urodziła się do lepszego życia, barwniejszego, wyższego, jednakże została żoną wiejskiego lekarza i chociaż na początku stara się dopasować do otaczającej ją rzeczywistości, to szybko okazuje się, że narzucone jej ramy są dla niej za wąskie, uwierają ją, krępują i duszą. W pogoni za rozszalałą burzą swoich uczuć nie dostrzega zagrożeń, ma w sobie nieugaszony bunt i niewyczerpany apetyt na to, co świat może jej zaoferować. Współczuję za to jej mężowi, prostemu, naiwnemu Karolowi, który nie dostrzega prawdziwej natury swej małżonki.

Tłem dla tych dwóch, głównych postaci jest drobnomieszczaństwo, wyraźnie znienawidzone przez Flauberta, ludzie o wąskich horyzontach myślowych, egoistyczni, pozbawieni empatii i charakteru, zamknięci we własnych ścianach obłudy i nietolerancji względem odmiennych poglądów.

Jeśli więc jeszcze nie czytaliście „Panią Bovary” to gorąco Was zachęcam do nadrobienia zaległości. Warto poznać to wybitne dzieło i zatopić się w lekturze, pełnej symboliki, szczegółów i pogoni za marzeniami, która może doprowadzić do tragicznego finału.
153. "Dygot" Jakub Małecki

153. "Dygot" Jakub Małecki



„Dygot”
Jakub Małecki

Wydawnictwo SQN
2017
313 stron

„Mówili, że jego matka to wcale nie matka, ale kochanka, którą okrada z młodości, aby w końcu porzucić ją i wziąć sobie nową. Mówili, że ktoś, kto z zewnątrz wygląda tak biało, musi być w środku czarny niczym smoła. Mówili, że ksiądz na jego widok przeżegnał się i uciekł na drugą stronę ulicy. Mówili, że jest ofiarą eksperymentów, które naziści prowadzili w trakcie wojny na więźniach w obozach koncentracyjnych. Mówili, że każdy, kto spróbuje wątroby białego człowieka, będzie żył wiecznie. Mówili, że jego krew ma cudowne właściwości i potrafi leczyć rany. Mówili, że nic nie je i nie pije, bo nie musi. Mówili, że to szatan we własnej osobie.”

Jakub Małecki, który zadebiutował „Dygotem”, odniósł spory sukces i łatwo wypełnił pewną lukę w polskiej literaturze, tuż u boku Olgi Tokarczuk. Autor, który o naszym przaśnym, polskim poletku potrafi pisać w sposób ocierający się o magię i liryzm to prawdziwa, ale tym cenniejsza, rzadkość. Już wkrótce zostanie wydana „Rdza”, więc postanowiłam nadrobić zaległości, jeśli chodzi o dorobek tego pisarza. Bardzo żałuję, że dopiero teraz, ale - jak to mówił klasyk - lepiej późno niż wcale.

Jan Łabendowicz wraz ze swoją żoną w czasie II wojny światowej pracuje dla Niemki – nie wiedzie im się źle, można nawet powiedzieć, że jak na tamte czasy i sytuację w kraju to wiodą dostatnie, spokojne życie. Wojna się jednak kończy, a ich pracodawczyni musi uciekać przed wkraczającą Armią Czerwoną. Jan, który ma ją odwieźć do granicy z Niemcami, ostatecznie pozostawia ją na drodze i ucieka. Frau Eberl, wściekła i rozgoryczona, rzuca na niego klątwę. Wkrótce po tym na świat przychodzi Wiktor, syn Łabendowicza, który jest odmieńcem o śnieżnobiałej skórze i krwistych oczach.

„Dygot” to saga rodzinna, rozgrywająca się na przestrzeni wielu lat – od wybuchu II wojny światowej do czasów współczesnych, powieść łącząca losy dwóch rodzin, Łabendowiczów i Geldów. Ich dzieje przeplatają się ze sobą, pieczętują przez uczucie niezwykłego chłopca, Wiktora, i dziewczyny, która została oszpecona na skutek wybuchu granatu, Emilii. Fabuła rozgrywa się na tle przemian i dramatycznych dziejów Polski, historia ma wpływ na bohaterów, ale to ich losy są tutaj najważniejsze i stanowią pierwszy plan powieści. Postacie są niejednoznaczne, często skrywają tajemnice, mają swoje słabości, każdy przyciąga uwagę, jest wyrazisty, ciekawie wykreowany.

Książka Jakuba Małeckiego dotyka przede wszystkim problemu nietolerancji, braku zrozumienia dla odmienności, innego wyglądu czy zachowania. Tym bardziej, że akcja toczy się w małej miejscowości, gdzie mieszkają ludzie o ograniczonych horyzontach, którzy wierzą  w zabobony i przesądy, dla których nie ma kolorów pośrednich między bielą a czernią, a dla własnych przekonań gotowi są dopuścić się najgorszej zbrodni. W takiej społeczności przychodzi na świat albinos, chłopiec, który przez swoją odmienność musiał od najmłodszych lat borykać się z brakiem zrozumienia, jawną agresją, wcielonym złem. To bolesna, poruszająca historia, na którą nie można być obojętnym.

Autor po mistrzowsku wymieszał ze sobą wiele gatunków,  w niezwykle udany sposób przeplata się folklor z nowoczesnością, wierzenia i zabobony z historycznymi faktami, magię i liryzm z przaśną, czasami nawet wulgarną rzeczywistością. To robi wrażenie na czytelniku nie mniejsze niż sama fabuła. Powieść mami, wciąga i odurza, ukazuje świat w całej jego brzydocie i występku, ale zostawia też trochę miejsca na urzekające piękno, na miłość i nadzieję. Książka jest realistyczna, czasami naprawdę mocna i brutalna, jednak z drugiej strony znaleźć tu można klątwy, drobne, cudowne zdarzenia. Ogromnie mnie to urzeka i zachęca do tego, by po tak udanym debiucie przeczytać kolejne powieści Małeckiego - „Ślady”, a następnie „Rdzę”, której premiera już wkrótce.

Jeśli więc do tej pory nie przeczytaliście „Dygotu”, a jesteście wyjątkowo łasi na taką literaturę to zapewniam, że będzie to dla Was fascynująca lektura, powodująca wewnętrzne drżenie, dygot i poruszenie.
152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki

152. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego "Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki


„Afryka Kazika”
Łukasz Wierzbicki

Wydawnictwo Bis
2017
165 stron



„- To co ciekawego przywiózł pan z Afryki? - zadał znów pytanie dociekliwy chłopiec.
- Najważniejsze, co przywiozłem z podróży to wspomnienia. Największym skarbem są dla mnie te zdjęcia, które oglądacie, te powieści, których słuchacie. Nie zdobycie bogactw jest najważniejsze w podróżowaniu, ale rzeczy, które zobaczycie i ludzie, których spotkacie.”

"Afryka Kazika" Łukasza Wierzbickiego wróciła z nami pewnego razu z jednej z wypraw do biblioteki. Wybór Jeremiego, by wypożyczyć właśnie tę książkę był dosyć niezwykły, ponieważ do tej pory jego ulubione historyjki to te, w których bohater był w zbliżonym wieku do jego lub fabuła oparta była na zupełnie niesamowitych przygodach, a najlepiej, gdy wszystko to było ze sobą połączone.Pewien dotąd mi nieznany impuls spowodował, że syn sięgnął po książkę o wędrówce Kazimierza Nowaka przez kontynent afrykański i tym razem przeczucie Jeremiego go nie zawiodło - był to po prostu strzał w dziesiątkę.

Łukasz Wierzbicki podjął się nie lada zadania - opracował przedwojenne reportaże znanego polskiego podróżnika, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku wyruszył do Afryki, by na rowerze przemierzyć kontynent. Swoje dokonania i przygody opisał w książce "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". Kazimierz Nowak, bo o nim mowa, stał się także bohaterem książki dla dzieci "Afryka Kazika", gdzie jego fascynujące spotkania z dziką przyrodą i tubylcami, są spisane w taki sposób, by zaabsorbować młodego czytelnika, by były dla niego przystępne, zrozumiałe, a nade wszystko, szalenie ciekawe.

Przede wszystkim ogromnie spodobał mi się forma - krótkie, 2-4 stronicowe opowiadania, zdecydowanie ułatwiają czytanie na przykład wieczorem, przed snem lub na chwilę w ciągu dnia. Dziecko nie znudzi się, łatwo będzie mu śledzić fabułę. W dodatku historyjki opatrzone są kolorowymi ilustracjami, które przyciągają uwagę, a do książki dodana jest mapa Afryki z zaznaczoną trasą wędrówki Kazimierza Nowaka. Poza tym dosyć duża, wyraźna czcionka ułatwia samodzielne czytanie, co ostatnio bardzo doceniam w publikacjach dla dzieci.

Przejdźmy jednak do istoty rzeczy czyli do treści - tutaj naprawdę nie można się zawieźć. Przygody, jakie spotykają Kazika podczas jego wędrówki są niezwykle barwne, miejscami groźne, jak spotkanie z lwem, lub zabawne. Wszystkie łączy mądre przesłanie, pouczające i łatwe do zrozumienia dla młodszych i starszych. Dziecko widzi, że taka podróż polega przede wszystkim na zdobywaniu wspaniałych wspomnień, pokonywaniu słabości i przeciwności losu oraz na tym, by poznać ludzi i miejsca, które się odwiedza. To fantastyczna, wartościowa lektura, która spodoba się nie tylko poszukiwaczom przygód, zapalonym wędrowcom, którzy marzą o odkrywaniu dalekich krain.

"Afryka Kazika" to rewelacyjna książka, która przeniesie dzieci w czasy, kiedy podróżowania nie ułatwiały GPS, samochody terenowe czy nowoczesne gadżety, przeniesie je wprost to afrykańskiego buszu, na pustynię czy oazę, gdzie spotkają mnóstwo egzotycznych zwierząt i ciekawych mieszkańców tego magicznego kontynentu.


151."Audrey w domu" Luca Dotti

151."Audrey w domu" Luca Dotti


„Audrey w domu.
Wspomnienia o mojej mamie.”
Luca Dotti

Wydawnictwo Literackie
2016
260 stron
„Jeśli jesteś gwiazdą Hollywood, to znaczy, że jesteś Amerykaninem lub Amerykanką. Trudno się oprzeć temu przekonaniu i w powszechnej świadomości niewiele jest od niego wyjątków. Dlatego moja mama prawie zawsze była przedstawiana jako Amerykanka, mimo że była w stu procentach Europejką.”

Księżniczka Anna  w „Rzymskich wakacjach”, niezależna Holly w „Śniadaniu u Tiffaniego”, córka szofera w „Sabrinie” - wszystkie te postacie łączy już na zawsze jedna, wyjątkowa aktorka, którą dzisiaj określamy jednym mianem: „kultowa”. Jej filmowe kreacje oraz ona sama do dzisiaj budzą prawdziwy podziw na całym świecie. Audrey Hepburn, bo to właśnie o niej mowa, czyli Audrey Kathleen Ruston, córka angielskiego bankiera i holenderskiej arystokratki, urodzona w 1929 roku, przetrwała niemiecką okupację w Holandii, przeżyła ogromny głód, który dotknął wtedy mnóstwo istnień ludzkich, doświadczyła strachu, niepewności, by stać się jedną z najjaśniej świecących, nieśmiertelnych gwiazd kina.

Luca Dotti, syn z drugiego małżeństwa Audrey Hepburn, podjął się spisania biografii swojej matki, jednak uczynił to w sposób do tej pory niespotykany. Na kartach jego książki dostrzegamy obraz znacznie bardziej prywatny, codzienny, niż to miało miejsce do tej pory. Na rynku wydawniczym można znaleźć naprawdę sporo publikacji dotyczących życia i kariery słynnej aktorki, ale nikt dotąd nie pokazał jej w taki sposób jak Dotti. Życie rodzinne, czas spędzany w ukochanych miejscach, w otoczeniu najbliższych, chwile ciche, najczęściej zwieńczone jakimś pysznym posiłkiem – to kwintesencja tej nietypowej biografii. Znajdziecie tutaj również sporo przepisów, z których Audrey Hepburn korzystała – od tych bardziej skomplikowanych jak chińskie fondue po te naprawdę łatwe jak ogórki z jogurtem czy kukurydzę w kolbach. Dodatkowym atutem biografii, który podbija wartość  książki i rewelacyjnie obrazuje wielką gwiazdę kina jako żonę, matkę i przyjaciółkę, to zdjęcia. Do tej pory niepublikowane, pochodzące z prywatnych zbiorów, naturalne, w pełni oddające ten wyjątkowy urok i czar, które zachwyciły miliony osób na całym świecie.

Warto pamiętać, że Audrey Hepburn była nie tylko wspaniałą, ubóstwianą aktorką, ikoną stylu i elegancji, ale także osobą, która ponad wszystko ceniła sobie życie rodzinne, bycie matką, a w dodatku odznaczała się niezwykłą empatią i pod koniec swojego życia stała się ambasadorką UNICEF. Wykorzystując to, że jej nazwisko jest znane, zwracała się o pomoc do najbardziej potrzebujących, podróżowała do tych miejsc na Ziemi, gdzie głód i ubóstwo zbierało swe żniwo wśród dorosłych i dzieci. W końcu udało jej się przeżyć w swych najmłodszych latach niemiecką okupację - przeżyty głód, choroby, nieustanny strach odcisnęły się piętnem na jej charakterze oraz zdrowiu. Ta okrutna przeszłość mobilizowała ją, by pomagać innym, by nie zamykać się na cudzą  niedolę.

„Audrey w domu” to ciekawa, nietypowa biografia, która nie skupia się na znanych faktach z życia słynnej aktorki, jej filmowych rolach czy chronologicznej kolejności jej życia. To portret kobiety, która miała swoje słabości, marzenia, której celem było założyć trwałą rodzinę, prowadzić dom pełen ciepła i miłości, która pragnęła dać światu coś więcej niż tylko kilka ról w filmach.  Zapewniam Was, że po lekturze tej książki nieco inaczej spojrzycie na legendę kina, dostrzeżecie coś więcej niż naturalny talent i nietuzinkowy urok, który krył się w tych dużych, sarnich oczach.
150. "Diamentowa Góra" Cecily Wong

150. "Diamentowa Góra" Cecily Wong


„Diamentowa góra”
Cecily Wong

Wydawnictwo Kobiece
2017
376 stron


„(…) mężczyznę łączy z przeznaczoną mu kobietą niewidzialna czerwona nić, zawiązana wokół kostek ich obojga. Nić ta, jak mówi, łączy przeznaczonych sobie kochanków niezależnie od czasu, miejsca  czy okoliczności. Może się rozciągać i plątać, ale nigdy się nie zerwie.”

Chiny, początek XX wieku.  Frank Leong, zamożny przedsiębiorca, wraz z całą swoją rodziną, na skutek przemian, jakie następują w państwie, postanawia opuścić swój dom i z całym dobytkiem przybywa na Hawaje, gdzie ma nadzieję odnaleźć prawdziwy raj na ziemi. Jednak wisząca nad nimi klątwa zdaje się nie podlegać prawom czasu czy przestrzeni i przybywa wraz z nimi na egzotyczną wyspę niczym burzowa chmura, wisząca groźnie nad ich głowami.

Jak do tej pory nie miałam kontaktu z literaturą azjatycką, Cecily Wong jest pierwszą autorką o takich korzeniach, której książkę przeczytałam i muszę stwierdzić, że jestem zauroczona zarówno samą historią jak i sposobem jej przedstawienia. Akcja dzieje się na kilku płaszczyznach, przeplatają się ze sobą wątki kilku kobiet, wszystko jednak łączy ze sobą legenda o klątwie, według której mężczyzna i kobieta są ze sobą połączeni czerwoną nicią, jeśli jednak na swego męża lub żonę wybiorą kogoś innego spadnie na nich przekleństwo, a ich los zostanie przesądzony. Przypomina to historię o dwóch połówkach jabłek, w tym przypadku mamy jednak wiszące bezustannie nad głową tajemnicze fatum – starożytne i okrutne.

Autorka snuje swoją opowieść niczym taką nić – subtelnie, bez nadmiernego tempa, ale im dalej wczytujemy się w powieść, tym więcej możemy w niej znaleźć, staje się ciekawsza i wciągająca. Przez to, że mamy w „Diamentowej Górze” sporą grupę bohaterów, których narracja przeplata się ze sobą, często wracamy do ich przeszłości, dodatkowo ubarwionymi retrospekcjami, można nieco zagmatwać się w tym nadmiarze. Lektura wymaga od nas skupienia i chociaż napisana jest dosyć prostym językiem należy ją śledzić uważnie, bez rozproszenia. Dla mnie osobiście najciekawsze są momenty dziejące się w latach czterdziestych, kiedy poznajemy Amy, która rezygnuje z miłości i wychodzi za mąż za majętnego Bohaia Leonga, czym przypieczętowała swój los.

Do skomplikowanych i niejednoznacznych relacji bohaterów Cecily Wong dodaje niezwykle atrakcyjne tło historyczne, co jest zdecydowanym walorem powieści – jeśli więc jesteście miłośnikami takiego ubarwiania fabuły to na pewno się nie zawiedziecie. Początkowe powstanie bokserów w Chinach lub początek drugiej wojny światowej bądź wydarzenia z historii Hawajów mocno wpływają na akcję powieści i mają wpływ na losy głównych postaci. Autorka potrafi również delikatnie nawiązać do kultury, tradycji i obyczajów tych egzotycznych krajów, które dla przeciętnego mieszkańca Europy są nieosiągalnie dalekie i kusząco tajemnicze. To trochę jak możliwość spojrzenia na bieg ważnych wydarzeń z innej niż do tej pory perspektywy, co jest niezwykle fascynującym i świeżym doświadczeniem.

Pomimo mnogości bohaterów przedstawionych na stronach „Diamentowej Góry” Cecily Wong potrafi je opisać w taki sposób, że nie mamy poczucia, by było one płaskie i pozbawione osobowości. Wręcz przeciwnie, każda z tych osób to zupełnie inna historia, inny człowiek, nieszablonowy, skomplikowany i złożony. Relacje między nimi nadają powieści niepowtarzalnego tonu, są odnośnikiem tego grona przeróżnych sylwetek, których losy tak pilnie śledzimy. Wzajemne oczekiwania, uczucia i obowiązki względem innych pchają ich coraz głębiej, na równi z nieposkromioną siłą mistycznej klątwy.

Polecam książkę osobom, których fascynuje egzotyczna kultura i obyczaje, które są łase na wszelkie azjatyckie historie, tak różne od typowych europejskich, tak barwne niczym kwiaty z odległych krain. To zdecydowanie jedna z ciekawszych powieści o kobietach dla kobiet jakie do tej pory udało mi się przeczytać.

149. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Wielka księga robali" Yuval Zommer

149. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Wielka księga robali" Yuval Zommer


„Wielka księga robali”
Yuval Zommer

Wydawnictwo Wilga
2017
64 strony


„Jak robak ciebie widzi? 
Dla robaków jesteś olbrzymem! W ich świecie kwiat jest wielki jak drzewo, a kamień wysoki jak góra. Poszukajmy tych małych zwierząt.”

Letnia pora to idealny moment na bratanie się z naturą i dobry czas na to, by zarazić dziecko miłością do przyrody, szacunkiem do otaczającego nas świata, który w tym momencie ukazuje mu się w całej swej okazałości, w całym majestacie długich słonecznych dni, ciepłych, migoczących miliardami gwiazd nocy, w niebywałej ferii barw i zapachów. Sądzę, że świetnym wyborem do wprowadzenia potomka w niezwykłe środowisko owadów, bezkręgowców czy po prostu robali jest „Wielka księga robali” Yuvala Zommera, która powstała przy współpracy z Barbarą Taylor.

Pierwsze o czym należy wspomnieć i co niezaprzeczalnie rzuca się w oczy to znakomita oprawa wizualna. Ilustracje stworzył autor i trzeba przyznać, że bogactwo obrazków, ich szczegółowość połączona z naiwnym, bajkowym niemal spojrzeniem na te przeróżne okazy, daje ostatecznie bardzo ciekawy efekt. Czytelnik (zarówno dziecko jak i rodzic) może być oczarowany każdą stroną. Każdemu prawdziwą frajdę sprawi zagłębianie się w te kolorowe, miłe dla oka grafiki, poszukiwanie mnóstwa detali. Takie piękne wydanie, może niezbyt realistyczne, sprawia, że dziecko chętnie sięga po tę książkę, szuka w niej informacji lub po prostu bawi się w odnajdywanie muszek i ciem lub liczy mrówki w mrowisku.  Duży format i twarda oprawa to dla mnie i  dla pięcioletniego Jeremiego, który jest głównym odbiorcą tego tytułu, spora zaleta, niestety wadą jest użyta czcionka, owszem, pasuje do całości, do ilustracji, jest ozdobna, ale dziecku, które właśnie uczy się czytać sprawia pewne trudności.

Treść jest dostosowana do młodego czytelnika, sądzę, że dzieci od 3 lat do 8 mogą być „Wielką księgą robali” zachwyceni, a nawet mój dziesięcioletni syn przeglądał ją z uwagą. Na początku dowiedzieć się można czym są robale czyli bezkręgowce, na jakie grupy się dzielą. Następnie mamy mały przegląd poszczególnych gatunków – omawiane są: chrząszcze, biedronki, motyle, ćmy, mrówki, pszczoły, termity, muchy i dużo innych, które można spotkać w domu, ogródku, parku czy podczas spaceru na łące. Znane robaki, opisane są prosto, ale ciekawie, w taki sposób, by dziecko łatwo przyswoiło sobie informacje. Na końcu książki dowiemy się dlaczego robaki są  potrzebne i znajdziemy kilka sugestii na pomysłową eko-zabawę z dziećmi – jak przygotować bufet dla motyli, stołówkę dla gąsienic czy hotel dla pszczół. Brzmi zachęcająco, prawda?

Dla tych, których ciekawi ten świat malutkich stworzeń, dla małych odkrywców, kilkuletnich badaczy przyrody, jest to godna polecania książka. Myślę też, że spodoba się również tym, którzy czują pewne obrzydzenie czy nawet strach przed pełzającymi czy latającymi bezkręgowcami. Nieco odrealnione obrazki nie wzbudzą takich silnych emocji, co prawdziwe okazy, a zawarte informacje przybliżą nieco ten nieznany mikro-świat.





148. "Ogniskowa" J. D. Bujak

148. "Ogniskowa" J. D. Bujak


„Ogniskowa”
J.D. Bujak

Wydawnictwo Videograf
2017
348 stron



„Obudził ją jakiś stuk i dziwne skrzypienie… Coś cicho plasnęło w korytarzu, po czym przeciągle zaszurało.
Uniosła głowę znad poduszki i przetarła dłonią zaspane oczy. Zerknęła na elektroniczny zegarek stojący na półce. Jego cyfry świeciły na czerwono, rzucając na bok półki jaskrawą poświatę.
Trzecia trzydzieści trzy. Dziwna godzina...”

Joanna Bujak jest absolwentką architektury, jest także autorką kilku powieści z pogranicza thrillera, kryminału i sensacji, zaś „Ogniskowa” to jej ostatnia książka, i jak głosi hasło na okładce, jest to powieść grozy. Ale czy na takie miano faktycznie zasługuje?

Emilia studiuje na jednej z krakowskich uczelni, wydawać by się mogło, że jest to zupełnie zwyczajna dziewczyna, nieco tylko nieśmiała i jakby wycofana, nie ma zbyt wielu bliskich znajomych i stara się żyć z pewną nietypową chorobą skóry. Jednak jej życie od dziecka naznaczone było piętnem – dziewczyna widzi duchy i potrafi się z nimi kontaktować. Te zaś chętnie się do niej zwracają z prośbą o pomoc, o rozwiązanie spraw, które pozostawili po sobie na ziemi. Tymczasem, w Krakowie, dochodzi do dziwnych zgonów i zaginięć.

„Ogniskowa” to moje pierwsze zetknięcie z prozą J. D. Bujak, nie jest to bardzo znane nazwisko na firmamencie polskiej literatury, dlatego też do tej pory pozostało dla mnie zupełnie obce. Do przeczytania skłonił mnie krótki, interesujący opis oraz hasło „powieść grozy”. Nastawiłam się więc na ciekawe, niesamowite wątki, które może nie wzbudzą we mnie przerażenia, ale chociażby dreszczyk emocji, jednak, jak czasami bywa w życiu, sporo się zawiodłam.

Początek wydawał się mimo wszystko wciągający i rozbudził apetyt na ciąg dalszy. Sam koncept, by główna bohaterka widziała duchy i była w stanie się z nimi porozumiewać jest dla mnie może nie szalenie oryginalny, ale fascynujący. Na Emilii tak naprawdę spoczywa ogromna odpowiedzialność, przecież to do niej przychodzą umarli, szukający pomocy, ci, którzy pragną w jakikolwiek sposób pozamykać niepowykańczane sprawy, czasami są to rzeczy wielkiej wagi. Ciekawiło mnie, jak można poradzić sobie z takim brzemieniem, jak przejść do porządku dziennego, gdy co chwile nawiedzają cię zjawy? Tymczasem główna bohaterka szybko przechodzi z tym do porządku dziennego, jako dziecko rozwija się bardzo dobrze, pomimo bezustannej obecności śmierci.

Wykreowane postacie, pomijając już Emilię, wydają się być mało przekonujące, są powierzchowne, proste i typowe, ich charakterystyki nie wywołują żadnych uczuć – nie poczułam nici sympatii, a nawet nie byłam w stanie do nikogo zapałać niechęcią, tak dalece oni, jak i ich losy były mi obojętne. Zaś relacje między nimi, zwłaszcza między Emilią a Michałem, są zwyczajnie nieprzekonujące.

„Powieść grozy”, jak głosi hasło na okładce „Ogniskowej” to tak naprawdę powieść z elementami paranormalnego romansu, thrillera i fantastyki. Taka mieszanka jest naprawdę wybuchowa  i albo efekt końcowy może być zaskakująco dobry, albo wręcz przeciwnie. Niestety mnie takie szalone połączenie nie urzeka i nie przekonuje. Faktyczne momenty grozy są jednak całkiem zgrabnie napisane i daje to nadzieję na to, że gdyby autorka poszła stricte w tym kierunku mogłaby stworzyć powieść, która tak bardzo oddziaływałaby na wyobraźnie czytelnika, że lektura skończyłaby się kilkoma bezsennymi nocami.

Dla mnie „Ogniskowa” okazała się nie do końca trafnym wyborem jeśli chodzi o powieść, jednak jeśli fascynują Was takie niesamowite wątki, nadprzyrodzone moce i  luźne nawiązania do słowiańskiego pocztu upiorów i strzyg to możecie sięgnąć po książkę J. D. Bujak.

147. "Ogród małych kroków" Abbi Waxman

147. "Ogród małych kroków" Abbi Waxman


„Ogród małych kroków”
Abbi Waxman

Wydawnictwo Otwarte
2017
368 stron


„-Nie znoszę robali. - Wzdrygnęła się jeszcze mocniej i chyba nawet trochę zbladła, choć trudno było to dostrzec pod grubą warstwą makijażu. - Mam złe wspomnienia z dzieciństwa. W ogóle trzymam się z dala od gleby, wiesz, tak na wszelki wypadek.
Musiałam przygryźć wargę, by nie zapytać jej o szczegóły. Czego mogą dotyczyć te złe wspomnienia? Wyobraziłam sobie, jak pędzi przed siebie, mała dziewczynka ubrana w śliczny zestaw z Baby Gap, potyka się, upada, cienkie warkoczyki podskakują w zwolnionym tempie, ślizg na brzuchu po ziemi, spotkanie oko w oko z dżdżownicą… która wyciąga pistolet i strzela? A może gryzie ją w nos? No naprawdę, przecież one nawet nie mają zębów. Ale nie mówi się ludziom takich rzeczy. Nie należy otwarcie drwić z czyichś lęków. 
Muszę zatem pamiętać, by zrobić to później, w domowym zaciszu.”

Po stracie bliskiej osoby jednego można być pewnym – nasze życie nie będzie już takie, jak kiedyś. Nie można też mówić, że czas leczy rany, bo okazuje się, że każde kolejne święta, wszystkie radości i smutki dnia codziennego, jakie do tej pory dzieliliśmy z kimś dla nas ważnym, boleśnie przypominają o stracie. Mijają lata i trzeba nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, kiedyś zupełnie abstrakcyjnej, na nowo nauczyć się korzystać z tych chwil, które mamy przed sobą.

Tak właśnie stara się postępować bohaterka książki „Ogród małych kroków” Abbi Waxman, Lily, która po tragicznej śmierci swojego męża wychowuje dwie córeczki, pracuje w wydawnictwie jako ilustratorka i tkwi bezpiecznie w swoim kokonie, nie dając sobie szansy na odnalezienie szczęścia. W związku ze zleceniem stworzenia ilustracji do książki o uprawie roślin zostaje zapisana na kurs ogrodnictwa, gdzie spotyka nowych znajomych i zupełnie nieoczekiwanie odkrywa, że po latach żałoby i tęsknoty po zmarłym mężu potrafi się zakochać.

Czytając opis „Ogrodu małych kroków” nastawiłam się na na nieco poważną, może nawet smutną historię, w rezultacie otrzymałam pełną ciepła i humoru powieść z pozytywnym przesłaniem. Bardzo przypadł mi do gustu styl Abbi Waxman, tak swobodnie, z lekką ironią i sporą dawką dowcipu opowiada zarówno o sprawach bolesnych jak i tych „lżejszych”. Dodatkowego „smaku” nadają krótkie notki przed każdym rozdziałem, opisujące uprawę warzyw i wskazówki dotyczące ich pielęgnacji. Myślę, że ogromny sukces odniosłaby oddzielna książka dotycząca ogrodnictwa napisana przez Waxman – sama bym taką chętnie przeczytała, chociaż nie zajmuję się prowadzeniem warzywnika. Całość czyta się płynnie, można wciągnąć się już od pierwszej strony i nie odrywać się od powieści aż do ostatniego zdania.

Główną bohaterką jest Lily, wdowa po trzydziestce, które wychowuje dwie niezwykle rezolutne dziewczynki, jest narratorem, jej podszyte lekką ironią spostrzeżenia są bardzo zabawne – od razu można poczuć do niej sympatię, nie tylko współczuć jej. Poza nią jest też duża grupa innych postaci, które sprawiają, że powieść jest ciekawa i przyjemna w odbiorze. Oprócz najbliższej rodziny czyli wspomnianych córek, siostry-singielki i toksycznej matki jest także grupa kursantów. Zlepek przypadkowych osób, które z przeróżnych powodów zapisały się do szkółki ogrodniczej. Z pozoru bardzo różni od siebie łatwo łapią ze sobą kontakt i z powierzchownej znajomości ich więź przeradza się w autentyczną przyjaźń. Ich wzajemne relacje i wsparcie są jednym z głównych wątków powieści.

Chętnie zobaczyłabym ekranizację tej książki, sądzę, że historia przedstawiona przez Abbi Waxman w „Ogrodzie małych kroków” jest naprawdę urzekająca i gdyby znaleźli się ludzie, mogący odpowiednio oddać ją na srebrnym ekranie to wyszedłby z tego fantastyczny, niegłupi film. Mam nadzieję, że tak będzie.

Jeśli więc szukacie lektury na lato, która zapewni Wam śmiech, poruszy i nastawi pozytywnie do życia to polecam jak najbardziej właśnie tę książkę. Jest wręcz magnetyczna, pełna ciepła, ale „z pazurem”, na pewno się przy niej nie będziecie nudzić. Porusza i bawi, i dostarcza rewelacyjnej rozrywki w letnie dni. Ostrzegam tylko przed skutkiem ubocznym – będzie czuć silną potrzebę pielęgnacji grządek bujnie obsadzonych warzywami, przekopywania ziemi i rozkoszowania się przydomowym, zielonym zakątkiem.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.
146. Typ Klasyczny #18 "Nad Niemnem" Eliza Orzeszkowa

146. Typ Klasyczny #18 "Nad Niemnem" Eliza Orzeszkowa



„Nad Niemnem”
Eliza Orzeszkowa

Wydawnictwo Bellona
2017
622 stron

„W każdej fali powietrza światła, woni, w każdym kamyku przydrożnym i każdej trawie polnej, w liniach każdego ludzkiego oblicza i westchnieniu każdej piersi ludzkiej tkwi cząstka duszy świata niewidzialnymi nićmi połączona z duszą artysty i w ruch ją wprawiać mogąca.”

Kolejny koszmar licealisty, lektura dla wielu tak nudna i przydługawa, że do dzisiaj wspominana jest przez niektórych uczniów jako jedna z tych książek, przez jakie nie można było przebrnąć. Jednak dla całkiem sporego grona osób (do którego z radością się zaliczam), wspaniała, niezapomniana, pełna uroku powieść, z przeróżnymi wątkami i prawdziwym bogactwem słowa.

Justyna Orzelska od lat przebywa we dworku swego stryja, jako uboga krewna i  półsierota. Przeżywa zawód miłosny, gdy jej kuzyn, Zygmunt Korczyński, bierze sobie za żonę inną kobietę, zamożniejszą i wykształconą. Nie mogąc znaleźć sobie  ukojenia czy zajęcia w środowisku, w jakim dorastała, spokój i szczęście znajduje w nieoczekiwanym miejscu.

„Nad Niemnem” to wielowątkowa powieść, która porusza kilka bardzo ważnych spraw – mamy tutaj pięknie opowiedzianą historię miłosną, idee pozytywistyczne, nawiązanie do tragicznej przeszłości narodu polskiego, życie w ziemiańskim dworku – słowem: całe mnóstwo tematów, mogących łatwo przykuć uwagę czytelnika. To nie przebrana skarbnica zagadnień i ludzkich osobowości.

Powieść Orzeszkowej jest wprost malownicza. Wystarczy się zasłuchać w ten niezwykle plastyczny język – jak on smakuje, szumi, bzyczy i huczy od tych wspaniałych, obrazowych opisów, jest przebogaty i soczysty. Mnogość opisów przyrody, tak znienawidzonych przez niektórych, pozwala odnaleźć się w tym świecie, tak łatwo dzięki nim wyobrazić sobie te piękne, nadniemeńskie krajobrazy. Są kojące, nostalgiczne i swojskie, stanowią urzekające tło dla wydarzeń. Ich długość i liczba mogą zniechęcać, jednak pamiętajmy, że miały wywoływać emocje, poruszać wyobraźnię i serca, łase na wszelkie związane z patriotycznymi uczuciami niuanse. Akcja toczy się podczas lata, mamy więc kwintesencję i bujny rozkwit tej pociągającej natury, tuż przed jesiennymi chłodami, co sprawia, że zarówno sama przyroda, jak i to, że podczas najcieplejszych miesięcy kwitnie także życie towarzyskie i kultywowane są drobne zwyczaje, powieść jest barwna i ciekawa, przepełniona dodatkowymi informacjami o ówczesnej egzystencji.

Bardzo ważną rolę w powieści ma warstwa społeczno-obyczajowa, przekrój jest zróżnicowany, ciekawy – zarówno ziemiaństwo jak i chłopi to tak naprawdę wachlarz  przeróżnych osobowości i postaw. Bohaterowie są niezwykle barwnie wykreowani – od wyglądu, poprzez język, własne powiedzonka, sposób myślenia czy zwyczaje. Ich cechy są wyraźnie zaakcentowane, dzięki czemu łatwo poczuć do nich sympatię i wzruszyć ich losami. Orzeszkowa łączy ich postawy z historią powstańczą – wielu z nich straciło swoich bliskich i nadal, po wielu latach,zmagają się z pamięcią o nich – każdy na swój własny, indywidualny sposób. Oczywiście, autorka przez panującą wtedy cenzurę nie mogła napisać o tym styczniowym zrywie wprost, informacje są zawoalowane i podane w ten sposób, by czytelnik mógł się domyślić o jakie wydarzenia chodzi. Pielęgnowanie wspomnień jest w książce istotne, ale ogólnie to pozytywistyczny przekaz jest tutaj najważniejszy – nie udało się z romantycznymi marzeniami, z gwałtownymi czynami, jakie dla wielu były tragiczne? Marzenia o wolnej, niepodległej Polsce, która niczym feniks miała powstać po wznieconym przez buntowników pożarze, okazały się ułudą? Trzeba więc spróbować czegoś innego – wspólny wysiłek, działanie dla dobra narodu ramię przy ramieniu, niezależnie od statusu społecznego czy wykształcenia miało być remedium na bolącą ranę przeszłości i miało także nieść nadzieję na przyszłość. Wzniosłe idee i ludzkie postawy to jeden z głównych trzonów tej książki, które sprawiają, że wątek miłosny, chociaż w pewien sposób uroczy i poruszający schodzi na dalszy plan, jest tylko pretekstem do opowiedzenia o rzeczach większych i ważniejszych.

Dla tych więc, którzy podchodzą do „Nad Niemnem” jak do uzbrojonego jeża mam jedną uwagę – nie dajcie się przekonać do negatywnych opinii o tej książce, do pozytywnych zresztą też nie. Najlepiej weźcie do ręki tę powieść, usiądźcie z nią w letni, słoneczny dzień, gdzieś w ciszy i spokoju, możliwie w otoczeniu sielskiej przyrody i spróbujcie wyrobić sobie własne zdanie – bez pośpiechu i nastawienia na nudną i bezsensowną lekturę.
145."Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdalena Witkiewicz

145."Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdalena Witkiewicz



„Czereśnie zawsze muszą być dwie”
Magdalena Witkiewicz

Wydawnictwo Filia
2017
496 stron


„Miałam wrażenie, że rozsypała mi się wieża z klocków, którą do tej pory budowałam i muszę zbudować ją zupełnie na nowo. Niektóre klocki odpadły i poleciały gdzieś daleko. Na tyle daleko, że zabrał je ktoś inny i już nie mogę ich użyć. Do kogoś innego one również pasują. Muszę się nauczyć budować swoją wieżę bez nich. Zupełnie inną niż ta poprzednia, ale moją własną. Muszę znaleźć inne klocki i postarać się dopasować je do mojego życia.”

Jeśli chodzi o tę przegródkę literatury z napisem „powieść obyczajowa” to rzadko do niej zaglądam i nie pałam do niej przesadną sympatią, jednak od czasu do czasu lubię  taką przeczytać, by nieco zróżnicować sobie dawkowane lektury, odpocząć od poważnych klasyków czy mrocznych kryminałów. Tym razem mój wybór padł na „Czereśnie zawsze muszą być dwie” Magdaleny Witkiewicz – skuszona mnóstwem pozytywnych opinii oraz letnią aurą, kiedy to chętnie czytamy lekkie, nieskomplikowane książki.

Zofia Krasnopolska po śmierci swojej znajomej dziedziczy należący do niej dworek w Rudzie Pabianickiej. Zosia próbuje ułożyć sobie życie po nieudanym związku i uznaje, że rozpocznie tam nowy etap. Okazuje się, że opuszczony dom kryje w sobie sporo historii, przeszłość, w której mieszają się ze sobą miłość, zazdrość i ogromna tragedia.

Z jednej strony powieści Magdaleny Witkiewicz daleko jest do miana idealnej – jest prosta, schematyczna, za dużo w niej filozofii życia prosto z podrzędnych poradników w stylu „człowiekowi potrzebny jest do szczęścia drugi człowiek”, „twoje życie mogłoby być inne gdybyś na śniadanie zamiast płatków zjadł bułkę z szynką” itd. Jeśli mam się jeszcze do czegoś przyczepić to bohaterowie nie do końca mnie do siebie przekonują, jakby te ramy schematu sprawiły, że są za bardzo tendencyjni i sztywno tkwią w przypisanych przez autorkę rolach. Mimo to ze zdziwieniem odkryłam, że książka naprawdę bardzo mnie wciągnęła i spodobała mi się.

Tym, co przeważnie urzeka mnie w każdej powieści, niezależnie od gatunku, jest przeszłość – historia może przeplatać się z teraźniejszością, być główną osią wydarzeń, ale zawsze jest to moja słabość. W „Czereśnie zawsze muszą być dwie” mamy sporą dawkę takiej historii, dziejącej się w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Dom, który dziedziczy Zosia po zmarłej przyjaciółce okazuje się być miejscem, które łączy aktualne wydarzenia z przeszłością, na strychu można znaleźć tajemnicze pamiątki z tamtych czasów, a wokół dworku snuje się duch. Pomału główna bohaterka dowiaduje się, co takiego wydarzyło się w tym miejscu kilkadziesiąt lat wcześniej, czy poprzedni mieszkańcy wiedli w tym domu szczęśliwe życie?

Książka jest przepełniona ciepłem i pozytywnymi uczuciami – relacje z bliskimi, miłość, przyjaźń, spełnianie marzeń. Z troską i wyczuciem mówi także o stracie, tęsknocie za tymi, których kochaliśmy, o cierpieniu, jakiego doznajemy, nie mogąc pogodzić się z ich odejściem. Magdalena Witkiewicz maluje subtelny obraz, nieco cukierkowy, nierealny, ale łatwo możemy dać się zwieść tej iluzji.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” to idealna lektura na lato, prosta, pełna jasnych przebłysków, dobra i ciepła. Nie pozbawiona uroku, z małą nutą nostalgii. Jestem pewna, że oczaruje niejednego fana powieści obyczajowych, ale także dla tych, którzy na co dzień nie gustują w tego typu literaturze, ma sporo do zaoferowania.
144."Miniaturzystka" Jessie Burton

144."Miniaturzystka" Jessie Burton



„Miniaturzystka”
Jessie Burton

Wydawnictwo Literackie
2014
464 stron


„Kiedy poznajesz kogoś od podszewki, Nello... kiedy przejrzysz urocze gesty, uśmiechy... i ujrzysz ten żałosny strach, który kryje się w każdym z nas... wtedy pozostaje tylko wybaczać. Wszyscy rozpaczliwie tego potrzebujemy. ”

Debiutancka powieść Jessie Burton zrobiła niemałe wrażenie na wielu czytelnikach. Mnóstwo pochlebnych recenzji wśród blogerów, jakie posypały się na tę publikację i przychylne głosy samych krytyków, mogą robić nadzieję na kawał dobrej, rasowej literatury. Poddałam się więc ogromnej ciekawości względem tej książki i z niepewnością oddałam się lekturze.

XVII w. Petronella Oortman przybywa z małej miejscowości do Amsterdamu, jako młoda małżonka zamożnego kupca Johanessa Brandta. Jej marzenia o idyllicznym związku i lekkim, pozbawionym większych zmartwień  życiu już na początku pozostaną rozwiane – w domu wita ją nieprzychylnie wobec niej nastawiona siostra męża, a sam małżonek zdaje się nie poświęcać swojej młodej żonie zbyt wiele uwagi. W prezencie od niego Nella dostaje jednak zachwycający przedmiot – pięknie wykonany domek dla lalek. Po pewnym czasie wnętrze domku wypełnia się maleńkimi dziełami  sztuki – tajemnicza miniaturzystka, która wykonuje te arcydzieła, zdaje się dużo wiedzieć o mieszkańcach domu Brandtów.

Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że „Miniaturzystka” zrobi na mnie aż takie wrażenie – lubię powieści historyczne i miałam nadzieję na sporą dawkę tejże historii, tymczasem to, co zaserwowała Jessie Burton jest uniwersalne i może zachwycić miłośników innych gatunków. Powieść okazała się intrygująca, podszyta ciekawym klimatem, napisana w oryginalny sposób, który daje nadzieję na to, że ścieżka pisarska Jessie Burton może ją zaprowadzić naprawdę daleko.

Książka opowiada historię nie tylko samej głównej bohaterki, ale przede wszystkim mówi o mieszkańcach domu bogatego, amsterdamskiego kupca, Johanessa Brandta. Już od samego początku nie mamy wątpliwości co do tego, że te mury skrywają pewne tajemnice, które z biegiem czasu odkrywa Petronella, a o jakich z pewnością wie niezwykła miniaturzystka. O ile sama miniaturzystka jest postacią ogromnie ważną to jej obecność pozostaje w cieniu, jedynie jej maleńkie, stworzone z mistrzowską precyzją dzieła, są komentarzem do bieżących wydarzeń, a może bardziej ukrytym proroctwem, zapowiedzią dramatu. Kobieta tworzy postacie do domu dla lalek, jednak te małe figurki są czymś więcej niż odwzorowanymi z pietyzmem głównymi bohaterami. Czytelnicy, podobnie jak Nella zaglądają do tego niezwykłego domku, patrzą przez okna, starając się poznać życie rodziny kupca i dostrzec te szczegóły, które pozwolą na to, by odkryć jej tajemnice.

Jessie Burton pisze naprawdę dobrze i w nietuzinkowy, charakterystyczny sposób, niczym flamandzcy malarze, ukrywa swoje postacie w półcieniach, oświetlając niektóre detale, inne pozostawia w mroku niedopowiedzeń. Bohaterowie mają swoje sekrety, skrzętnie ukrywane przed innymi. Jedyną osobą, która wydaje się być w pełnym świetle jest młoda, nieco naiwna  ale przepełniona pewną pozytywną energią Nella, to ona wprowadza czytelnika w ten świat, jest narratorką i główną osią historii, mimo to w pewien sposób zaskakuje. Sporą uwagę przyciągają postacie z drugiego planu, to one są tak zachwycająco wprawnie nakreślone, są ciekawe, nieco tragiczne, wyjątkowe.

„Miniaturzystka” to powieść niezwykła, subtelna, kobieca – bo to właśnie kobiety są tutaj tak naprawdę centralnym punktem, ich siła i determinacja są tym, co ostatecznie scala fabułę. Ich relacje stają się zaskakująco mocne, a gdy wymaga tego sytuacja, gotowe są poświęcić i zaryzykować wiele, by skrzętnie chronić tych, którzy są dla nich najcenniejsi.
143.Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Draka w Muzeum" Agata Loth-Ignaciuk

143.Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Draka w Muzeum" Agata Loth-Ignaciuk


„Draka w muzeum”
Agata Loth-Ignaciuk

Wydawnictwo Druganoga
2017
75 stron

„ Mam na imię Stefek. A to jest mój starszy brat Janek. Janek jest w porządku, ale czasem mnie tak denerwuje, że mógłbym go wystrzelić w kosmos. Naprawdę. Leciałby sobie, zobaczyłby z bliska gwiazdy, planety, może nawet jakąś by odkrył. Byłby zadowolony, a ja miałbym święty spokój.”



Stefek i jego starszy brat, Janek, zakładają się w szkole z kolegami, że uda im się włamać do muzeum i wynieść z niego jakąś zdobycz. W cały plan wplątują podstępnie swojego dziadka, byłego pracownika Muzeum Narodowego w Warszawie. Chłopcy nie są w stanie przewidzieć jak potoczy się ich niecodzienna przygoda, jej przebieg będzie dla nich niezwykły i zaskakujący. Co spotkają podczas swojej nocnej wędrówki? Może jednak szybko wpadną w ręce muzealnego strażnika?


Zwiedzanie nocą muzeum to  na pewno magiczne przeżycie – wyłaniające się z mroku posągi, obrazy, tajemnicze eksponaty, które okryte mrokiem bardziej intrygują i pobudzają wyobraźnię. Nieznane ścieżki, osnute cieniem korytarze prowadzące do sal, gdzie kryje się historia. Wszystko to już samo w sobie stanowi znakomite tło wydarzeń sensacyjnej książki. Równie dobrze sprawdza się jako miejsce przygód w powieści dla dzieci.

„Draka w muzeum” to świetna, spójna powieść, która w ciekawy, nietuzinkowy sposób łączy formę z treścią – dobrze napisane przygody Stefka i Janka są rewelacyjnie zobrazowane za pomocą wyjątkowych ilustracji Bartka Ignaciuka. Dużo czarno-białych, mocno kontrastujących, wyrazistych rysunków zaskakująco dobrze łączy się z przedstawionymi w książce dziełami sztuki, o których można poczytać dodatkowe informacje, ciekawostki znajdujące się na marginesie.

Sama powieść również jest źródłem intrygujących informacji – ciekawych zarówno dla dzieci jak i osoby dorosłej. Podczas nocnej wędrówki bracia Janek i Stefek, w towarzystwie swego dziadka, który chętnie dzieli się z wnukami własną wiedzą, poznają między innymi okoliczności powstania monumentalnej Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki, wojenne, dramatyczne losy obrazu,dowiedzieli się w jaki sposób weduty Canaletta pomagały w odbudowie zniszczonej stolicy. Przy tym nie odnosi się wrażenia, ze czyta się „suche” fakty, wręcz przeciwnie. Historia wspomnianych dzieł sztuki jest przedstawiona w taki sposób, by zaciekawić młodego czytelnika, by zaintrygować go na tyle, by sam również poszukał kolejnych informacji i łatwo przyswoił sobie niemałą dawkę wiedzy.

Wątek sensacyjny sprawia, że łatwo zatracić się w fabule, nie ma problemu, by z rosnącym zaciekawieniem śledzić losy głównych bohaterów. Dodajcie do tego niezwykłą, nocną przygodę w miejscu wręcz niesamowicie związanym ze sztuką i historią, do tego całość napisana jest lekko i z humorem – w rezultacie mamy świetną lekturę dla małego odbiorcy. Powieść skierowana jest do dzieci w wieku szkolnym, ale przypadła do gustu mojemu najmłodszemu synowi, który ma pięć lat – nie miał problemu ze zrozumieniem książki i z zainteresowaniem słuchał o niezwykłych przygodach dwóch braci. Intryga przykuwa uwagę już od samego początku, a zakończenie, jako zwieńczenie fabuły, jest zaskakujące.

Sam pomysł włamania się do muzeum i kradzieży jednego z eksponatów jest oczywiście wysoce niepedagogiczny, ale młody czytelnik na pewno nie będzie miał problemu z tym, by w treści książki odróżnić dobro od zła, ani zrozumieć przesłanie całej historii, a jeśli lektura zachęci kogoś do odwiedzenia, może niekoniecznie Muzeum Narodowego w Warszawie, ale innego muzeum to zdecydowanie warto po nią sięgnąć i przybliżyć dziecku. 
142. "Do trzech razy śmierć" Alek Rogoziński

142. "Do trzech razy śmierć" Alek Rogoziński


„Do trzech razy śmierć”
Alek Rogoziński

Wydawnictwo Filia
2017
325 stron


„Od strony ogrodu faktycznie nadbiegała tak zwanym kurcgalopem mocno zdyszana kobieca postać ubrana w płaszczyk w krwistym kolorze.
- Róża? - zdziwił się na jej widok Paweł – Musiało się wydarzyć coś szokującego, skoro biegnie. Najpewniej wytropiła mordercę, który ją teraz goni. Albo sama kogoś zabiła i ucieka przed obławą policyjną. Nie wyobrażam sobie niczego innego, co by ją zmusiło do wysiłku fizycznego.”

Lubię kryminały. Począwszy od tych klasycznych, takich twórców jak Agata Christie czy Arthur Conan Doyle, aż po rodzimą, silną reprezentację tego gatunku z Remigiuszem Mrozem na czele. Jak do tej pory jednak pojęcie „komedia kryminalna” nie budziło we mnie zbyt dużego entuzjazmu, przeczytałam kilka powieści, ale nie znalazłam w nich ani za dużo wątków kryminalnych ani też humor w nich zawarty do mnie nie trafił.

Nazwisko Alka Rogozińskiego często tytułowanego „księciem komedii kryminalnej” parę razy rzuciło mi się w oczy, ale nie było we mnie przymusu, by sięgnąć po jego książki, ani też nie było okazji. W końcu jednak postanowiłam przeczytać „Do trzech razy śmierć” - pierwszy tom z serii o przygodach Róży Krull -  i muszę przyznać, że dawno już nie miałam tak dużej frajdy z czytania.

Róża Krull jest autorką kryminałów, przybywa do starego dworku położonego na odludziu, wśród zdradliwych mokradeł, gdzie ma się odbyć spotkanie kilku cieszących się dużą popularnością pisarek. Już podczas pierwszej kolacji ginie jedna z nich, w ciągu następnych godzin umierają dwie następne osoby. Róża, wraz ze swoimi znajomymi próbuje rozwiązać tajemniczą sprawę, tym bardziej, że zabójca wyraźnie inspiruje się jedną z jej powieści.

Zdecydowaną zaletą „Do trzech razy śmierć” jest humor – lekki, swobodny, często pojawia się w dialogach bohaterów, pełnych uszczypliwości. Naprawdę dawno tak się nie ubawiłam przy czytaniu książki – nie ma się wrażenia, że żart jest wymuszony, ciężki i zwyczajnie nieśmieszny, wręcz przeciwnie. Styl Rogozińkiego jest przesiąknięty ciętym dowcipem, polotem, jet przystępny i zrozumiały, dzięki czemu powieść połyka się strona po stronie, zaśmiewając się co jakiś czas. Dzięki niemu główni bohaterowie łatwo wzbudzają sympatię – mają owszem swoje wady, ale niewątpliwie łatwo ich polubić przez ich naturalność, nieskrępowane, pełne uszczypliwości relacje.

Cieszy mnie również to, że Alek Rogoziński czerpie inspiracje z klasyki gatunku – łatwo wychwycić te akcenty, które nawiązują między innymi do dzieł Agaty Christie. Charakterystyczny, nieco „zimny” stosunek do samej zbrodni – nie znajdziemy tutaj brutalnych, ociekających krwią opisów morderstwa, nie ma szczegółowej charakterystyki rozkładu i zepsucia zwłok, jednym słowem nie epatuje się tu okrucieństwem. Spodoba się to zwłaszcza osobom, które nie sięgają po współczesne kryminały ze względu na przerażające, obrazowe opisy występnych praktyk.

Co ciekawe, autor sięga w swej powieści do środowiska dobrze mu znanego – do świata literatury popularnej. Wprawne oko dojrzy też pewne subtelne i drobne podobieństwa do rzeczywistych postaci. Spojrzenie na ten świat od podszewki, bez retuszu i wybielania to doprawdy ciekawe i nietypowe doświadczenie - wzajemne sympatie, czy antypatie, a pod tym wszystkim przeróżne tajemnice, skrzętnie ukrywane przez gości zaproszonych do posiadłości pod Krakowem to wielce intrygujący wątek i prawdziwa gratka dla czytelników. Główna intryga nie jest może specjalnie zawiła i nie wymaga od nas dużej uwagi podczas czytania i nieustannych rozmyślań na temat szczegółów i motywów postępowania bohaterów. Całość jest spójna, logiczna, ale za to prosta – podobnie też jak w klasykach gatunku.

Jeśli więc jeszcze nie mieliście okazji to zachęcam Was do zapoznania się z twórczością Alka Rogozińskiego. Jego „Do trzech razy śmierć” na pewno zapewni Wam sporą dawkę rozrywki i taką samą dozę śmiechu. To zdecydowanie powieść, jaką można przeczytać ze względu na radość czytania, nieważne czy jest się fanem kryminałów czy też nie.

141. "Królestwo kanciarzy" Leigh Bardugo

141. "Królestwo kanciarzy" Leigh Bardugo


„Królestwo kanciarzy”
Leigh Bardugo

Wydawnictwo Mag
2017
 608 stron


„Przyszedłbym po ciebie. Przyszedłbym. A gdybym już nie mógł chodzić, przyczołgałbym się do ciebie i choćbyśmy nie wiem jak bardzo byli połamani, razem wywalczylibyśmy sobie drogę na wolność, z nożem w zębach i pistoletem w garści. Bo tacy właśnie jesteśmy. Zawsze walczymy do końca.”

Pisząc niniejszą opinię na temat kontynuacji „Szóstki Wron” Leigh Bardugo czyli o „Królestwie kanciarzy” w pewien sposób spróbuję sama jakoś rozszyfrować własne, dosyć zagmatwane odczucia odnośnie lektury. Czekałam na nią z ogromną niecierpliwością, pierwsza część zrobiła na mnie duże wrażenie i bądźcie pewni, że względem drugiej części miałam naprawdę spore oczekiwania, co pewien czas podbijane przez pełne zachwytów recenzje. Tymczasem przeczytanie książki zajęło mi ponad miesiąc – po kilkuset stronach zrobiłam sobie sporą przerwę, ponieważ powieść w żadnym stopniu mnie nie porwała.

Kaz Brekker i jego drużyna mają kolejne zadanie do wykonania – muszą odzyskać pieniądze i Inej. Na ulicach Katterdamu  mają się rozegrać  niezwykłe wydarzenia, walka o wpływy, zemsta za wyrządzone krzywdy. Czy tym razem Kaz okaże swoją niezwykłą przenikliwość, czy jego plany zakończą się sukcesem, a w razie niepowodzeń znajdzie się kolejny as w rękawie?

Czytając „Królestwo kanciarzy” odniosłam wrażenie, że „Szósta Wron” nie powinna mieć kontynuacji. Na pewno nie takiej - cały czas wydawało mi się, że jest to pisane nieco na siłę, sztucznie przeciągane to, co powinno dawno mieć swoje zakończenie. Z drugiej jednak strony trudno mi jednoznacznie wskazać rzecz, która przemawia za tym, że druga część jest słabsza. Dzieje się tutaj naprawdę sporo, Leigh Bardugo przyzwyczaiła już swoich czytelników do nagłych zwrotów akcji, do zaskakujących twistów fabularnych, które sprawiały, że lektura była tak bardzo intrygująca i nie można było być pewnym tego, co wydarzy się na następnej stronie. Może właśnie  przesyt takim stylem prowadzenia fabuły sprawił, że przy „Królestwie kanciarzy” wiedziałam już jak potoczą się losy bohaterów, że nagle stanie się coś, co nieco zaburzy plany głównych postaci, ale w ten czy inny sposób jakoś sobie poradzą. Nie robiło to już na mnie takiego wrażenia i przyznam szczerze, że osłabiło to w znacznym stopniu mój czytelniczy zapał.

Tym, co udało się autorce w jednej i drugiej części to zarysy postaci – zarówno w przypadku „Szóstki Wron” jak i w „Królestwie kanciarzy” każdy rozdział należał do innej osoby, mamy więc bezpośredni wgląd w wydarzenia widziane z różnych perspektyw, ale także możemy w znacznym stopniu poznać bohaterów – Kaza, Inej, Mattiasa, Ninę, Jaspera i Wylana. Łatwo poczuć do nich sympatię, są obdarzeni różnymi cechami charakteru, mają swoje wyraziste rysy, które tak pięknie ich ze sobą łączą. Stanowią naprawdę zgraną ekipę wyrzutków, świetnie ze sobą współpracują, a ich relacje, zarówno te czysto przyjacielskie, jak i te bardziej zażyłe są przekonujące i nadają książce ciekawy ton. W przypadku kontynuacji mamy także sporo retrospekcji, bohaterowie często myślami wracają do swojej przeszłości, przez co można jeszcze dogłębniej ich poznać. Odnoszę jednak wrażenie, że było tego trochę za dużo, takie wtrącenia nie zawsze wnoszą ze sobą coś nowego, przez co nieco na siłę rozciągają fabułę i stopują akcję.

Na uwagę zasługuje świat stworzony przez Bardugo – ma niepowtarzalny klimat, przygodowo-fantastyczny, awanturniczy z odrobiną magii. Katterdam, jako główne tło wydarzeń robi spore wrażenie- atmosfera portowego miasta, gdzie gangi walczą o swoje wpływy przenika powieść na wskroś i wyróżnia ją spośród innych.

Cieszę się, że miałam okazję przeczytać „Królestwo kanciarzy” jednak przez to wiem, że wystarczyło do „Szóstki Wron” dopisać kilkadziesiąt stron i byłabym prawdopodobnie bardziej zadowolona. Historia została dopowiedziana całkowicie i nie żałuję, że dobiegła końca.
140. Typ Klasyczny #17 "Pies Baskerville'ów Sir Arthur Conan Doyle

140. Typ Klasyczny #17 "Pies Baskerville'ów Sir Arthur Conan Doyle



„Pies Baskerville’ów”
Sir Arthur Conan Doyle

Wydawnictwo MG
2017
178 stron

„Był to pies czarny jak węgiel, olbrzymi – taki, jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał ogień, ślepia żarzyły się jak węgle, a po całym ciele pełzały migotliwe płomyki. Nigdy nawet w majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie dzikiego, przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który wypadł na nas z tumanów mgły.”

„Pies Baskerville’ów” to najbardziej popularna powieść Sir Arthura Conan Doyle’a, opowiada o przygodach ekscentrycznego, ale genialnego detektywa – Sherlocka Holmesa i jego lojalnego, nieodłącznego przyjaciela, doktora Watsona. Wielokrotnie wydawana, adaptowana i niesłabnąca inspiracja wielu powieści. Absolutny klasyk i pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika kryminalnych historii.

Kiedy w tajemniczych okolicznościach umiera sir Charles Baskerville pojawiają się pogłoski o klątwie rzuconej na ten szanowany powszechnie ród - pod postacią ogromnego, demonicznego psa z piekła rodem. O pomoc w rozwiązaniu zagadki tajemniczego monstrum zwraca się do Sherlocka Holmesa przyjaciel nieboszczyka, doktor Mortimer. Słynny detektyw ma niewiele czasu – do rodzinnej posiadłości Baskerville’ów przybywa spadkobierca, nad którym wisi ogromne niebezpieczeństwo.

Sherlock Holmes to dobrze znana postać, którą do życia powołał ponad sto lat temu, na kartach swych powieści, sir Arthur Conan Doyle. Dał światu wybitnego detektywa, którego intelekt i zdolność dedukcji niezmiennie zachwycają czytelników i inspirują twórców na całym świecie. Jego duet z pragmatycznym, nonszalanckim doktorem Watsonem stanowi idealne połączenie, panowie doskonale się uzupełniają, świetnie ze sobą współpracują, co łatwo można zauważyć i z zaciekawieniem śledzić ich poczynania. W „Psie Baskerville’ów” bardzo dobrze widać to swoiste partnerstwo, jeśli można użyć takiego sformułowania – w końcu przecież to Holmes jest tutaj genialnym detektywem, jednak w tym przypadku rola Watsona staje się bardziej wyrazista, ostatecznie to również on dowodzi swego intelektu, bądź nabywa od swego kolegi większej przenikliwości i łatwo wiąże ze sobą fakty.

Tym, co tak bardzo przyciąga czytelników i fascynuje miłośników tejże powieści jest zdecydowanie klimat. Począwszy od rękopisu Hugona Baskerville’a, opowiadającego o rodowym przekleństwie, aż po zwodnicze, pełne zamierzchłej historii, dziwnych dźwięków i gęstej mgły, mokradła – wszystko to nadaje książce wyrazistą nutę grozy. Można by pokusić się o stwierdzenie, że najsłynniejsza powieść Arthura Conan Doyle’a zawiera w sobie elementy powieści gotyckich – groza, tajemnica, mokradła, ponure zamczysko i wisząca nad tym wszystkim klątwa. Zdecydowanie można tutaj wyczuć ducha Edgara Allana Poe i jego przesyconych mrokiem opowiadań.

 Samo śledztwo, które ma na celu ustalić, co przydarzyło się nieszczęsnemu sir Charlesowi, w tych okolicznościach staje się bardziej pasjonujące. Czy za śmiercią właściciela zamku Baskerville’ów kryje się faktycznie jakaś siła nieczysta, mroczna moc nie z tego świata, czy jest to nieszczęśliwy wypadek, a może czyjeś rozmyślne postępowanie, niegodny występek popełniony z pełną premedytacją? To właśnie muszą odkryć Holmes i Watson. Tym bardziej, że w posiadłości zmarłego pojawia się jego spadkobierca, któremu również grozi niebezpieczeństwo. Cała intryga jest zgrabnie przez autora spięta, wątki ujęte w jedną, spójną historię  powiązań i zależności. Mamy też kilka niespodziewanych zwrotów i zaskakujące zakończenie, a cała zagadka zostaje rozwiązana.

„Pies Baskerville’ ów” to klasyka powieści kryminalnej – każdy miłośnik tego gatunku literackiego już ją zna, a jeśli jeszcze nie to na pewno pozna prędzej czy później, ponieważ jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. Dodatkowe elementy, które wprowadzają atmosfery niezwykłości i grozy dodatkowo ją wzbogacają i sprawiają, że nawet po latach powieść sir Arthura Conan Doyle’a nadal zachwyca.
Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger