139."Kobiety niepokorne" Cristina Morato

139."Kobiety niepokorne" Cristina Morato


„Kobiety niepokorne”
Cristina Morato
Wydawnictwo Świat Książki
2017
382 strony


„To dość niezwykłe, że twórczyni najwyższego glamour była w rzeczywistości dziewczyną skromnego pochodzenia wychowaną w sierocińcu przez zakonnice, które nauczyły ją szyć. „



Co łączy Marię Callas, Coco Chanel, Wallis Simpson, Evę Peron, Barbarę Hutton, Audrey Hepburn i Jackie Kennedy? Wszystkie z nich były niezwykłymi kobietami, które stały się ikonami stylu, podziwianymi i naśladowanymi, do dziś ich sylwetki wzbudzają kontrowersje i ogromne zainteresowanie. Sławne i bogate – ich życie prywatne wystawione było na widok publiczny, uchodziły za prawdziwe damy, tymczasem to, co inni obserwowali z zazdrością, było życiem, w którym sukcesy przeplatały się z dramatami, uwielbienie zaś z samotnością.

Cristina Morato, hiszpańska dziennikarka, autorka kilku innych książek, w tym popularnych i cenionych „Królowych przeklętych”, w „Kobietach niepokornych”  przybliża postacie znane z kart historii XX wieku – kobiety różne od siebie, ale każda z nich odcisnęła mocne piętno nie tylko w annałach. Kobiety, które miały ogromny wpływ na współczesnych, a także na późniejsze pokolenia. Nie ulega wątpliwości, że wybór Morato nie jest przypadkowy, „niepokorne” czy po prostu zdeterminowane, odważne, by żyć według własnych zasad, nie zawsze szczęśliwe, a nawet naznaczone pewnym fatum. Okazuje się, że te sławne, piękne i niewiarygodnie  bogate panie przechodziły wiele tragedii, były samotne, porzucane, wykorzystywane przez rzesze tych, którzy w ich blasku chcieli dostąpić własnych zaszczytów i luksusu.

Każdy rozdział poświęcony jest w całości jednej z wyżej wymienionych kobiet – na początku poznajemy ich sylwetki, autorka krótko, treściwie przedstawia każdą z nich, a następnie opowiada całe ich życie, od momentu narodzin, aż do śmierci, przytacza dobrze znane fakty, przeplatając je charakterystykami, wypowiedziami i wspomnieniami bliskich im osób. Dzięki temu mamy ciekawy wgląd w życie tych wyjątkowych kobiet, ich przeżycia, emocje i aspiracje. Nie są może tak wyczerpujące jak poświęcone każdej z nich osobne biografie, daje nam to jednak ogólny zarys tych postaci.

Cristina Morato pisze przystępnie i łatwo potrafi zaciekawić czytelnika losami swoich bohaterek. Podoba mi się to, że nie ocenia ich jednoznacznie, ale w miarę obiektywnie opowiada o ich życiu, w którym nierzadko dochodziło do skandali, a zachowanie czasami budziło kontrowersje. Potrafi jednak tak przedstawić owe damy, by poczuć do nich, jeśli nie czystą sympatię, to chociażby litość i współczucie.

Najbardziej zaciekawiła mnie historia Audrey Hepburn, myślę, że po lekturze „Kobiet niepokornych” chętnie sięgnę po pełną biografię poświęconą tej wspaniałej aktorce, a przede wszystkim wyjątkowej osobie. Fakty z życia Coco Chanel poznałam czytając jej biografię oraz powieść biograficzną, duże wrażenie zrobił na mnie również film o tej wspaniałej projektantce z Audrey Tautou, więc Cristina Morato niczym mnie nie zaskoczyła jeśli chodzi o tę postać, mimo to czytałam tę część z zaciekawieniem i nieustannym podziwem dla kobiety, która doskonale wyczuła potrzebę zmian w społeczeństwie i potrafiła od podstaw wybudować prawdziwe imperium.

Zachęcam Was do przeczytania „Kobiet niepokornych” Cristiny Morato, nawet jeśli nie sięgacie zwykle po biografie, a chcecie wiedzieć więcej o znanych i podziwianych ikonach stylu - tutaj znajdziecie dużo ciekawych, inspirujących informacji przekazanych przystępnie, w przyjemnej, lekkiej formie. Może to również stanowić początek Waszej fascynacji daną postacią, zachęcić Was do poznania bardziej szczegółowego  jednej z tych „niepokornych”.
138."Zawisza Czarny.Droga do króla" Szymon Jędrusiak

138."Zawisza Czarny.Droga do króla" Szymon Jędrusiak


„Zawisza Czarny. Droga do króla”
Szymon Jędrusiak

Wydawnictwo Bukowy Las
2017
461 strony

„ (…) z dziesięciu miarek gadulstwa, które spadły na świat, dziewięć wzięły kobiety, a jedną reszta świata. ”


Aaron Abnarrabi i Zawisza Czarny przybywają z Aragonii do Gdańska. Trafiają w sam środek wojny wywiadów – polskiego i zakonu krzyżackiego. Otwarty konflikt staje się coraz bardziej prawdopodobny, a bezpieczeństwo króla i pomyślność nowej unii z Litwą wiszą na włosku.

Poprzedni tom z cyklu „Zawisza Czarny” - „Aragonia”, autorstwa Szymona Jędrusiaka, nie do końca przypadł mi do gustu. Głównym moim zarzutem względem tej książki była epizodyczna rola bohatera, który powinien mieć większe znaczenie dla całej fabuły. Jednak z ciekawością sięgnęłam po kontynuację, by dowiedzieć się jak potoczą się losy Zawiszy i Aarona, których przeznaczenie splotło ze sobą. Muszę powiedzieć, że tym razem jestem zadowolona – okazało się, że „Droga do króla” wypada znacznie lepiej, obfituje w liczne zwroty akcji, intryguje i zachwyca.

Z lekcji historii na pewno znacie datę 1410 – 15 lipca, na polach Grunwaldu dochodzi do jednej z największych bitew tamtych czasów – ścierają się wojska litewsko-polskie przeciwko oddziałom Zakonu Krzyżaków. Bitwa była uwieńczeniem konfliktu narastającego od lat. Szymon Jędrusiak w swej powieści historycznej wraca do tamtego okresu, wyciąga z nich ciekawe, mroczne historie i ich bohaterów. Jeśli chodzi o tło historyczne to należy przyznać, że autor wykonał kawał świetnej, rzetelnej roboty – dbałość o szczegóły przekłada się na jakość i odbiór powieści. Jedyne, co mam do zarzucenia to współczesne dialogi, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przez to „Zawisza Czarny” jest bardziej przystępny i dla niektórych czytelników może to być zdecydowaną zaletą. Lekkość pióra sprawia, że ciężka dawka historycznych faktów i odniesień stają się zrozumiałe i barwne.

Wojna wywiadów, spiski, knowania, tajemnicze machinacje, które mają na celu zdobycie przewagi nad przeciwnikiem są świetnie opowiedziane. Intrygują od pierwszych stron książki i nie pozwalają oderwać się choćby na moment. Zakulisowe przepychanki są nie mniej ważne od wszelkich bitew i potyczek, a poznając ich przebieg można mieć szerszy wgląd w historię i jej działania. Często, omawiając najważniejsze wydarzenia z przeszłości, zapominamy o zasadach handlu, podstawach gospodarki, a w czasach, które opisuje Szymon Jędrusiak (jak zresztą w każdym innym okresie dziejów) - kupiectwo, szlaki handlowe, wpływy finansowe miały ogromne znaczenie dla wzrostu znaczenia bądź osłabienia danego kraju na arenie międzynarodowej.

Tym, co może dodatkowo przyciągnąć uwagę czytelnika jest znane tło zarówno historyczne jak i geograficzne. Poprzednim miejscem wydarzeń była tytułowa Aragonia, w „Drodze do króla”, wraz z bohaterami przybywamy do wielokulturowego, zyskującego na znaczeniu państwa – do Polski. Oczyma Aarona poznajemy Kraków i jest to o tyle ciekawe, że dla tej postaci jest to zupełnie nowe doświadczenie – uczy się nie tylko języka, ale także zwyczajów i reguł panujących w świecie, który tak bardzo różni się od tego, w jakim przyszło mu spędzić lata swojego dotychczasowego życia. Młody mężczyzna pomaga Zawisze pełnić rolę wywiadowczą, jednocześnie zaś poszukuje swojej ukochanej, która została uprowadzona przez niemieckiego handlarza niewolników. Wszystkie te wątki tworzą fantastyczną nić fabularną, spójną i mocną. 

Różnorodność bohaterów nie sprawiła autorowi trudności – zarówno postacie pierwszoplanowe, jak i te, których losy możemy śledzić w tle, są całkiem zgrabnie zarysowane. Osobiście cieszy mnie większa rola Zawiszy Czarnego, z tego względu, że jest on poniekąd bohaterem narodowym, postacią historyczną i zawsze ciekawi mnie jak pisarz przedstawi takiego człowieka, jakie nada mu cechy, które wady czy zalety podkreśli, by nadać mu bardziej „ludzkiego” wyrazu i przybliżyć go współczesnym.

Podsumowując – szczerze książkę polecam, oczywiście nie tylko miłośnikom powieści historycznych, ponieważ sensacyjna fabuła i aktualna forma, sprawią, że książkę czyta się lekko i przyjemnie. Brawa dla autora za zdolność zgrabnego połączenia wszystkich wątków i ułatwienie czytelnikom odbioru sporej dawki historii.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
137. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kuchnia pełna cudów" Maria Terlikowska

137. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kuchnia pełna cudów" Maria Terlikowska


„Kuchnia pełna cudów”
Maria Terlikowska

Wydawnictwo Axis Mundi
2017
112 stron

„W kuchni każdy cud się uda,
gdy się umie robić cuda.
A kto umie?
Kto się stara.
A nie umie kto?
Niezdara.
Trochę chęci, trochę trudu,
odrobina cierpliwości - 
i jest kuchnia pełna cudów,
niespodzianek i radości.”

W latach 70. ubiegłego wieku, w peerelowskiej, siermiężnej Polsce, gdzie półki sklepowe świeciły pustkami, a zakupienie wielu artykułów spożywczych, dzisiaj tak łatwo dostępnych, było wtedy prawdziwym wyzwaniem, pewna książeczka z prostymi, dziecięcymi przepisami cieszyła się ogromną popularnością. Była prawdziwym fenomenem jak na tamte mroczne czasy, a w tym roku wydawnictwo Axis Mundi postanowiło wydać ją po raz piąty, na podstawie z 1977 roku. Mowa oczywiście o „Kuchni pełnej cudów” Marii Terlikowskiej, czyli kultowej dla wielu dzisiejszych rodziców, a ówczesnych, żyjących w realiach PRL, dzieci.

Czy jednak w czasach, gdy wszystko mamy tak łatwo dostępne – począwszy od produktów aż po najwymyślniejsze przepisy, gdy programy dotyczące gotowania (nawet takie, gdzie gotują dzieci) są ogromnie popularne, a w internecie znaleźć można mnóstwo przeróżnych stron o przyrządzaniu potraw – taka książka może się spodobać?

Moim zdaniem jak najbardziej.

Dla tych, którzy pamiętają te czasy, kiedy to pomarańcze i banany jadło się od święta, a o niektórych produktach spożywczych można było pomarzyć, na pewno sięgną po „Kuchnię pełną cudów” Marii Terlikowskiej z rozrzewnieniem. W końcu to dzięki tej książeczce stawiali w kuchni swoje pierwsze kroki, to znaczy: pichcili pierwsze, proste potrawy, dzięki niej czuli się jak mistrzowie patelni, tworząc swoje kulinarne arcydzieła, by móc dzielić się nimi z rodziną.

Rodzina Kowalskich to mama, tata, Justyna (uczennica III klasy), Tomek (uczeń II klasy) oraz pełnoprawny członek familii – kot Barnaba. To w ich kuchni dzieją się te małe, codzienne, zwyczajne-niezwyczajne cuda, pomysły na proste dania, które mogą urozmaicić przyjęcia, wspólne posiłki czy zainspirują do stworzenia niezapomnianych, serdecznych prezentów dla najbliższych. Do zeszytu wpisywane są przepisy na takie pyszności jak muchomory z jajek i pomidorów, przezroczysty deser z galaretki, krasnoludki z rzodkiewek czy apetyczne stateczki ułożone finezyjnie na liściach sałaty. Prostota wykonania w połączeniu z ciekawym efektem końcowym może sprawić, że nawet zatwardziały niejadek chwyci za łyżkę lub widelec i z lubością zakosztuje w tych smakach.

Przepisy są w „Kuchni pełnej cudów” podawane przy okazji, „przemycane” są w historii rodziny Kowalskich, ich zwyczajnym życiu, poznajemy codzienność tej wesołej familii, ich radości i wyjątkowe zdarzenia, przepełnione ciepłem, serdecznością i wzajemną miłością. Dziecko z zaciekawieniem poznaje ten świat – bezpieczny, serdeczny, bliski, przy okazji dowiaduje się jak wyglądało kiedyś życie, jak żyli ludzie kilkadziesiąt lat temu, gdy świat wyglądał nieco inaczej niż ten znany nam współcześnie.

Niewątpliwą zaletą książki jest również oprawa wizualna. Nie można już sobie wyobrazić dzieła Marii Terlikowskiej bez fantastycznych, niepowtarzalnych ilustracji Ewy Salamon. Sądzę, że jest to duet idealny, doskonale dopasowany, gdzie zarówno treść jak i obraz łączą się w spójną, nierozerwalna całość. Wystarczy spojrzeć na te piękne charakterystyczne rysunki, pozostające w stylistyce retro, ciepłe, miłe, przyjemne dla oka, by z ciekawością zajrzeć do środka  i sięgać po książeczkę tak często jak przyjdzie nam ochota na skromne, ale skomponowane z uczuciem dania dla całej rodziny.

Gorąco polecam „Kuchnię pełną cudów” - zarówno dzieciom jak i rodzicom  - czerpcie z niej inspiracje do wspólnych posiłków i budowania wzajemnych relacji.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękujemy portalowi Sztukater.pl

136. "Zawisza Czarny.Aragonia" Szymon Jędrusiak

136. "Zawisza Czarny.Aragonia" Szymon Jędrusiak

„Zawisza Czarny. Aragonia”
Szymon Jędrusiak

Wydawnictwo Bukowy Las
2017
504 strony
3/6




„Wojna to taki czas, kiedy ze zwyrodnialców robi się bohaterów. ”


Wydane przez Bukowy Las „Zawisza Czarny. Aragonia” Szymona Jędrusiaka to już drugie, poprawione wydanie tej powieści historycznej. Autor sięga w niej po postać dobrze znaną i cieszącą się sporym szacunkiem – tytułowy Zawisza Czarny to w końcu nasz największy, narodowy bohater epoki średniowiecza,  dzielny wojownik, niezrównany dyplomata, co prawda nie był on pozbawiony wad, miał swoje słabości i przywary, jednak po dziś dzień jego postać jest wzorem rycerskich cnót i honoru.

Saragossa, koniec XIV wieku. Aaron, wychowanek majętnego, żydowskiego kupca wkracza w dorosłe życie, dorastając w domu swego wuja, będącego jego opiekunem po śmierci matki. Młody chłopak poznaje zależności, które rządzą kupieckim, mieszczańskim życiem, z czasem poznaje niebywałego, słynnego na całą Hiszpanię wojownika, który na Półwysep Iberyjski przybył z dalekiego, nieznanego nikomu kraju – Zawiszę Czarnego.

Tak naprawdę to mam mieszane uczucia co do tej książki. Zdecydowanie nastawiłam się na sporą dawkę rycerskiego, dworskiego życia, pasjonujących turniejów i walk wojowników oraz, ponad wszystko, bliskie spotkanie literackie z postacią owianą legendą, wielkim bohaterem narodowym, Zawiszą herbu Sulima. Stąd też moje zaskoczenie, gdy czytając książkę Szymona Jędrusiaka, poznaję koleje życia Aarona, żydowskiego chłopaka, którego opiekunem jest zamożny saragoski kupiec Salomon Abnarrabi. Młody mężczyzna jest głównym narratorem powieści, gdzieniegdzie w fabułę wplatane są wydarzenia związane bezpośrednio z Zawiszą. Trochę mnie to zawiodło i do pewnego momentu miałam niedosyt udziału tytułowego bohatera. Na szczęście, wraz z rozwinięciem akcji poznajemy go lepiej.

„Aragonia” to książka z gatunku powieści historycznej z elementami przygodowymi i sensacyjnymi. Jędrusiak opisuje w niej nie tylko średniowieczną rzeczywistość, ale również spiski, knowania, zależności i walki o wpływy. Zgrabnie zarysowane tło dobrze wypada przy odpowiednio prowadzonej fabule i narracji, widać, że autor zna się na tym, co opisuje, nie traci przy tym jednak ze współczesnego tonu i akcja jest opisywana zgrabnie, ciekawie, ze znacznymi zakrętami i zmianami tempa. Również niewiele można zarzucić zarysowanym przez pisarza bohaterom, zwłaszcza tym będącym na pierwszym planie powieści, mają swoje charaktery, pragnienia, słabości. Jednak kolejny raz powrócę do postaci tytułowej (niestety nie głównej) czyli naszego dzielnego rycerza. Liczyłam tutaj na nadanie mu kolorów, powiew życia w postać historyczną, urzeczywistnienie jej i nadanie Zawiszy cech pełnokrwistego człowieka. Tymczasem pozostaje on typowym, podręcznikowym bohaterem, bardziej zachwyca u Sienkiewicza czy nawet u Sapkowskiego niż w powieści, która teoretycznie została mu poświęcona.

Mimo to „Zawisza Czarny. Aragonia” była w stanie mnie wciągnąć i zaintrygować, gdy przebrzmiały echa niewielkiego zawodu z chęcią i ciekawością śledziłam koleje życia Aarona Abnarrabiego, jego relacji w domu bogatego wuja, gdzie nawiązał romans z arabską niewolnicą Ayhe czy kiedy posłuszeństwem i inteligencją wkrada się w łaski swego zamożnego protektora. Jest to również doskonała powieść ukazująca kulisy walki o wpływy, naświetla sprawy i machinacje, które nie są tak oczywiste, których próżno szukać w podręcznikach do historii. Często zapominamy, że za wielkimi bitwami, sławnymi ludźmi stoją gdzieś ukryte w cieniu przeszłości jednostki, których zabiegi i starania mogą wynosić na trony królów lub niszczyć potężne, szlacheckie rody. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego i znakomicie ukazuje to w swojej książce.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
135."Zimowy monarcha" Bernard Cornwell

135."Zimowy monarcha" Bernard Cornwell

„Zimowy monarcha”
Bernard Cornwell

Wydawnictwo Otwarte
2017
608 stron



„Merlin powtarzał zawsze, że los jest nieubłagany. Życie to igraszka bogów i próżno szukać sprawiedliwości. Trzeba nauczyć się śmiać, powiedział mi kiedyś, bo inaczej można zapłakać się na śmierć. ”

Po śmierci króla Uthera Brytowie walczą między sobą o władzę, podczas gdy obcy najeźdźcy, Saksonii, łupią i plądrują ich ziemie. Nad tym chaosem próbuje zapanować Artur, syn Uthera z nieprawego łoża, którego marzeniem jest stworzyć zjednoczone królestwo, gdzie panowałoby prawo i miłosierdzie dla tych, których należy otoczyć opieką. Za swe marzenia dzielnemu wojownikowi przyjdzie zapłacić wysoką cenę.

Legenda o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu, pięknej Ginewrze i potężnym czarowniku, Merlinie, to jeden z najpopularniejszych mitów kultury europejskiej, od wczesnego średniowiecza aż po współczesne czasy stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla wielu różnorodnych twórców. Niekiedy historia o wybitnym władcy Brytów jest mocno przekształcana, ubarwiana i modyfikowana. Czasami jest spójna z  powieścią, którą tak dobrze znamy.

Bernard Cornwell w swym cyklu arturiańskim, który rozpoczyna książka „Zimowy monarcha”, również sięga po tę legendę. I tom, dzięki wydawnictwu Otwarte, zyskał nową oprawę i kusi tych, którzy prozy angielskiego pisarza jeszcze nie poznali. Zaliczam się właśnie do tego grona, chociaż uwielbiam książki historyczne.

To, co urzekło mnie w tej publikacji to znakomite wyważenie. Jakby autor z niezwykłą dbałością odmierzył wszystkie, niezbędne składniki, starannie je połączył i zaserwował czytelnikowi lekką, przyjemną lekturę. To mieszanka rzetelnej historii, magii i celtyckich wierzeń oraz znakomitej fabuły.

Głównym narratorem powieści jest Derfel, wychowanek Merlina, który później staje się uznanym wojownikiem Artura. Poznajemy jego wspomnienia, gdy jako stary, bogobojny mnich spisuje dzieje swojego życia i w znacznej części przybliża także koleje losu władcy Dumnoni. Jego bliskie relacje zarówno z Merlinem, Nimue oraz innymi bohaterami legendy bądź historii Anglii ułatwiają nam bezpośredni wgląd w wydarzenia.

Cornwell w imponujący sposób bawi się samym mitem arturiańskim, po części nieco go przekształca, nadaje mu nowy ton, odświeża i ubarwia, by jednocześnie zachować pewną wierność względem dobrze znanej fabuły. Taki zabieg intryguje czytelnika i nie pozwala mu się nudzić. Okazuje się bowiem, że starym, przewidywalnym bohaterom można nadać świeżości. Artur jest tutaj takim, jakim utrwalił się w ogólnej świadomości – pełen marzeń, wzniosłych ideałów, ale nie pozbawionym ambicji dzielnym wojownikiem, Merlin – wielki nieobecny, który pojawia się w nieprzewidzianych momentach czy piękna, inteligentna i przebiegła Ginewra. Przecież tak dobrze ich znamy, jednak w prozie Corwella nabierają nowego, nieznanego wymiaru. Innych, jak na przykład Lancelota czy Morgan, opisuje odmiennie od tego, do czego przywykliśmy.

Autor ukazuje owe mroczne czasy, gdy po śmierci króla Uthera po władzę sięgają inni, panuje chaos, co chwilę wybuchają konflikty, a Saksonii nieustannie zagrażają swoimi najazdami. Stare wierzenia coraz bardziej wypychane są przez chrześcijaństwo, zbliżają się ogromne zmiany, więc w książce dzieje się naprawę sporo, a Cornwell potrafi to wszystko w odpowiedni sposób opowiedzieć i zaintrygować.

Jeśli więc interesujecie się legendą o Królu Arturze i kochacie powieści historyczne, to „Zimowy monarcha” na pewno nie sprawi Wam zawodu. Pięknie odmalowany obraz tamtej epoki, celtyckich wierzeń, kultów i zwyczajów przeniesie Was wprost w wir wydarzeń, walk i intryg, sprawi, że dobrze znane postacie zobaczycie w nowym świetle.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte.
134. Typ Klasyczny #16 "Lalka" Bolesław Prus

134. Typ Klasyczny #16 "Lalka" Bolesław Prus



„Lalka”
Bolesław Prus

Wydawnictwo Bellona
2017
 tom I 478 stron
tom II 525


„Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym jej dnie coś jakby kroplę piekącej goryczy. Żadnych sił, żadnych pragnień, nic, tylko tę kroplę tak małą, że jej niepodobna dojrzeć, a tak gorzką, że cały świat można by nią zatruć.”

„Lalka” Bolesława Prusa to dla jednych archaiczna lektura, której groźny cień kładzie się na szkolnych wspomnieniach, dla innych wybitne, polskie dzieło, do którego powraca się co jakiś czas, by ponownie się nim rozsmakować i nasycić. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy i szczerze przyznam, że zawsze jestem gotowa bronić tej powieści przed jej przeciwnikami i tymi, których ona nudzi.

Jeśli znacie literacką mapę świata, gdzie rozmieszczono najwybitniejsze dzieła danego kraju to wiecie, że na miejscu Polski swe zaszczytne miejsce ma właśnie „Lalka” - nic w tym dziwnego, jest na wskroś przesycona polskim duchem, zarówno zaletami jak i przywarami, przedstawia znakomity obraz ówczesnego społeczeństwa, ale niesie również uniwersalne przesłanie, to wspaniały owoc pracy twórczej człowieka o przenikliwym umyśle i niekwestionowanym talencie pisarskim.

Stanisław Wokulski wraca do Warszawy, wzbogacony o niebagatelną sumę, rozwija swój sklep, prowadzony podczas jego nieobecności przez starego, dobrego przyjaciela, subiekta, Ignacego Rzeckiego. Nowobogacki kupiec pomału wkracza do arystokracji, mając nadzieję na zdobycie ręki panny Izabeli Łęckiej – nieco rozkapryszonej, zapatrzonej w siebie przedstawicielki najbardziej uprzywilejowanej warstwy społecznej.

Pomimo znacznego wątku miłosnego nie można oceniać „Lalki” poprzez pryzmat uczucia głównego bohatera do jego wybranki, powieść zawiera w sobie sporą ilość różnorodnych wątków, tematów i odniesień. Miłość prowadzi Wokulskiego, popycha go do wzbogacenia się, do cierpliwego budowania swojej pozycji i zdobycia chociażby cienia względów panny Izabeli. W pewnym sensie wokół swojej kochanej stwarza sieć zależności, wspólnych znajomych, co może wydawać się nieco niepokojące, ale mając na uwadze to, że tych dwoje dzieli przepaść społeczna – on jest zaledwie kupcem, noszącym piętno człowieka, który ożenił ze starszą kobietą dla jej majątku, ona zaś jest panną z arystokracji, wychowaną wśród zachwytów i zbytku, przyzwyczajoną do życia w luksusie, której rodowe bogactwo stopniało, ale pozostała duma i szlachetne nazwisko – widzimy, że jest to jedyny sposób na zdobycie Łęckiej.

Bolesław Prus stworzył na kartach swej powieści mnóstwo wyjątkowych postaci, każda z nich obdarzona jest własnym charakterem, sposobem mówienia, historią. Żadna natomiast nie jest „płaska”, nijaka, począwszy od osób pierwszoplanowych, po te, które pojawiają się epizodycznie. Tutaj Żyd wysławia się jak Żyd, student mówi i zachowuje się odpowiednio do swej roli, arystokraci i kupcy myślą i działają tak, jak przyjęło się w ich warstwach społecznych. Autor oddaje również nastroje, panujące w ówczesnym społeczeństwie, idee, którymi żyli w tamtej epoce, czasami w zawoalowany sposób, ze względu na cenzurę. nawiązuje do historii i krwawej przeszłości o jakiej niełatwo było zapomnieć.

Dzieło, które ma w sobie elementy romantyzmu i pozytywizmu ma również bohatera, którego trudno przypisać jednoznacznie do któregoś z tych dwóch nurtów. Stanisław Wokulski jest pełen sprzeczności – targają nim silne emocje, dla swej wybranki gotów jest zdobyć majątek, ale też, uważając, by samemu być godnym uwielbianej kobiety dać innym coś od siebie – pomaga wielu ludziom wokół siebie, wyciąga rękę do tych, których los naznaczył nieszczęściem, przy tym jest jednak realistą, doskonale zdaje sobie sprawę, że świat, który go otacza może nie być mu przychylny. Na Izabelę Łęcką patrzy jak na wspaniały obraz, podziwia ją i czci, sam jednak śmieje się ze swej naiwności, zapatrzenia. Do czego go to wszystko doprowadzi? Tego nie jest łaskaw wyjaśnić sam Bolesław Prus, który z zakończenia swej powieści zrobił zwieńczenie charakteru Wokulskiego – czytelnik sam może określić go jako skończonego marzyciela czy awanturniczego pozytywistę. Lub też pozostawić sobie jego historię niedopowiedzianą, osnutą tajemnicą, niezamkniętą.

Często spotykałam się z opinią, że „Pamiętnik starego subiekta” jest nudną, zbędną częścią „Lalki” i stanowczo się z taką tezą nie zgadzam – Ignacy Rzecki, którego zapiski są nam przedstawiane, jest jedną z moich ulubionych postaci. Stary kawaler, zagorzały bonapartysta, weteran wojenny, lojalny przyjaciel Wokulskiego, wspaniale przybliża czytelnikowi nie tylko burzliwą, smutną historię swojego życia, ale też w znacznej mierze przybliża nam postać głównego bohatera, pozwala lepiej go zrozumieć i poznać oraz śledzić jego losy. Relacja Rzeckiego wprowadza również wątek humorystyczny (np. studenci z kamienicy Wokulskiego). Jego zapiski mają w sobie wiele nostalgii, to przedstawiciel pokolenia, które dawno odeszło, z którym polskie społeczeństwo po części straciło ducha romantycznych, bohaterskich porywów.

„Lalka” to absolutne arcydzieło, którego wielowątkowość i przekaz na różnorodnych płaszczyznach nadal potrafią porwać i zachwycić, jeśli zechcecie dostrzec w nim aktualne problemy, wielkość idei człowieka i ich zderzenie z przeciwnościami losu, jej złożoność i niejednoznaczność to gwarantuję Wam, że pokochacie ją trwale i mocno.

Dla tych, którzy zechcą zgłębić atmosferę tamtej epoki polecam „Życie towarzyskie w XIX w.” Agnieszki Lisak.
133. "Ja.Wersja 2.0" Anna Gruszczyńska, Toon de Kock

133. "Ja.Wersja 2.0" Anna Gruszczyńska, Toon de Kock



„Ja. Wersja 2.0”
Anna Gruszczyńska, Toon De Kock


Wydawnictwo SQN
2017

286 stron


„Motywacja jest jak fajerwerki – szybko wybucha i równie szybko gaśnie. (…)
Dyscyplina jest jak piecyk – nagrzewa się powoli, ale i powoli wystudza.”

Jeśli chodzi o książki motywujące czy wszelkiego rodzaju poradniki jak żyć i się rozwijać, to wzbudzają we mnie niezmienną ciekawość i zainteresowanie, ale z drugiej strony podchodzę do nich bardzo sceptycznie. Chętnie więc, lecz bez wielkich nadziei na zmianę siebie, sięgnęłam po książkę od wydawnictwa SQN, „Ja. Wersja 2.0”.

Pierwsze, co się rzuca w oczy to naturalnie wydanie – zdecydowanie skierowane do kobiet, okładka w mocnych, przyciągających uwagę kolorach. Podobnie jest w środku – mamy tutaj sporą dawkę barw, różnorodnych ilustracji, nawiązań do systemu operacyjnego smartfona. Nic dziwnego, autorzy: Anna Gruszczyńska i Toon De Kock w ciekawy sposób porównują w swoim poradniku nasz umysł do  IPhone'a, brzmi to nowocześnie, intrygująco i w pewien sposób pozwala na uporządkowanie spraw, z którymi chcemy sobie poradzić, które musimy udoskonalić. Jest również sporo miejsca na własne notatki, wśród porad znajdziemy też zadania, nawiązujące do rozdziału i omawianego tematu, więc tak naprawdę my również tworzymy tę książkę.

Przekrój zagadnień jest całkiem spory – od relacji międzyludzkich, przez zdobywanie formy czy zarządzanie własnymi finansami aż po rozbudzenie własnej kreatywności. Według mnie taki szeroki wachlarz przeróżnych kwestii sprawia, że poszczególne tematy omawiane są bardzo ogólnikowo, a takie hasła jak „polub siebie” nie robią na mnie żadnego wrażenia, przez to też mój odbiór samej treści książki jest umiarkowanie entuzjastyczny.

Forma jednak bardzo mi odpowiada - ma w sobie dużo pozytywnej energii, koloru, charakteru, wyróżnia się wśród innych, podobnych tematycznie poradników, daje też możliwość ćwiczeń, zapisków i wszelakich notatek. Dzięki temu poświęcamy jej więcej czasu i uwagi, pozwala nam lepiej zrozumieć samych siebie i to, co jest w nas niedoskonałe, co wymaga "aktualizacji".  Cały proces "odświeżenia systemu", jak piszą autorzy, przebiega stopniowo, mamy świetny wgląd w to, co udało nam się do tej pory osiągnąć, jakie poczyniliśmy postępy, ponieważ pod koniec każdego rozdziału mamy informacje o naszym update'cie i, co mnie bardzo urzekło, jest także miejsce na to, by wypisać pozytywną rzecz, która spotkała nas tego dnia.

Podsumowując - duet Anna Gruszczyńska i Toon De Kock wraz z wydawnictwem SQN stworzyli ciekawy poradnik dla młodych kobiet, które pragną być energiczne, przebojowe i mieć zdrowe relacje międzyludzkie.Na pewno jest w stanie zmotywować czy zainspirować do pracy nad samym sobą, swoim otoczeniem czy finansami, chociaż osobiście podchodzę do tego typu publikacji bez złudzeń, że dana książka jest w stanie zmienić moje życie na lepsze. Jednak jest to zdecydowanie tytuł wyróżniający się ciekawym podejściem i formą, nie stwarza wrażenia poważnej, przesiąkniętej surowym tonem publikacji, wręcz przeciwnie - lekki, kolorowy poradnik, który chętnie się przegląda, uzupełnia i do którego można powracać.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu SQN.
132. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Elementarz przyrodniczy" Beata Ostrowicka

132. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Elementarz przyrodniczy" Beata Ostrowicka



„Elementarz przyrodniczy”
Beata Ostrowicka

Wydawnictwo Nasza Księgarnia
2017
159 stron


„-Dziadku, naprawdę masz takie myśli? - Julek jest zdumiony.
-No tak, przecież ci mówię. I wiesz co? Mnie już nie będzie, skończy się mój czas, a lipa, jeśli jej się nic złego nie przytrafi, nadal będzie rosła i ty będziesz mógł ją podziwiać. I jeszcze coś… Nawet gdy lipy już nie będzie, świat dalej będzie miał swój porządek. Ludzie i zwierzęta będą się rodzić i umierać, pory roku będą po sobie  następować. Po dniu będzie noc.”


Niewiele jest na rynku książek dla dzieci ciekawie wydanych publikacji, które z jednej strony są zgrabnie napisanymi historiami, przykuwającymi uwagę młodego czytelnika, z drugiej zaś, dają mu pewną dawkę wiedzy i informacji, którą można łatwo przyswoić. „Elementarz przyrodniczy” Beaty Nowickiej to zachwycający przykład na to jak w pięknej formie przekazać sporo interesującej i ważnej treści.

Książeczka jest częścią wydanego przez Naszą Księgarnię cyklu „Poczytam Ci, mamo”, oprócz niej ukazały się jeszcze: „Elementarz” i  „Elementarz matematyczny”, których jestem ogromnie ciekawa, ponieważ to, co przedstawiła autorka w części przyrodniczej, jak najbardziej mnie zadowala.

Razem z Lenką i Antkiem oraz ich kolegami ze szkolnej ławy dziecko poznaje otaczający je świat – rozdziały zawierają ciekawe historyjki, których główni bohaterowie, dowiadują się o przeróżnych zjawiskach pojawiających się w przyrodzie, o burzy, tęczach, roślinach, uczą się o zdrowym trybie życia oraz o ekologii. Zakres wiedzy jest dostosowany do dziecięcego  poziomu, ale dodatkowo jest przekazywany w taki łatwy i czasami zabawny sposób, że młody czytelnik może nawet nie zdawać sobie sprawy o jej przyswajaniu.

Ogromną zaletą „Elementarza przyrodniczego” jest wydanie. Jeśli chodzi o publikacje dla dzieci to jestem na tym punkcie szczególnie wyczulona, ponieważ nic tak nie przykuwa uwagi młodego czytelnika do książki jak jej ciekawa oprawa.  Mamy tutaj więc twardą, kolorową okładkę, nawiązującą do treści, za oprawę graficzną odpowiada Katarzyna Kołodziej, znana i ceniona ilustratorka, która tutaj stworzyła wiele obrazków – dosłownie każda strona przyciąga oko albo rysunkiem związanym z rozdziałem, omawianym zagadnieniem, albo mini-komiksem czy pomysłem na doświadczenie, które można wykonać razem z potomkiem. Wszystko to na pięknym, matowym, kremowym papierze, który aż chce się dotykać. Mojemu najmłodszemu synowi ogromnie spodobały się mapki, które są umiejscowione na pierwszej i ostatniej stronie książki – przedstawiają one zarysy wszystkich kontynentów i przykładowe zwierzęta, które tam występują. Czytając lub tylko oglądając książeczkę lubimy bawić się z Jeremim szukając wybranych gatunków. Dziecko w łatwy sposób poznaje zwierzęta, dodatkowo dowiaduje się jeszcze, gdzie żyją w swoim naturalnym środowisku. Dla tych, którzy dopiero uczą się czytania sporym ułatwieniem są duże literki i krótkie rozdziały, a kolorowa forma i spora ilość grafik sprawiają, że po książeczkę sięgają dzieci w różnym wieku.

Dla mnie jest to spore odkrycie – piękna książeczka, która przystępnie i ciekawie łączy w sobie przygodę, humor, codzienne zdarzenia i tak łatwo objaśnia tyle zjawisk występujących dokoła nas. Dla najmłodszych przeczytanie jej to prawdziwa frajda, a dorosłym daje prosty sposób na to, by niektóre zagadnienia dotyczące przyrody przekazać i pomóc zrozumieć. Wydaje mi się, że dzięki krótkim historyjką, które łączą bohaterowie, ale jakich nie trzeba czytać po kolei, można wrócić tylko do wybranych zagadnień lub po prostu pozwolić przeczytać dziecku o tym, co je najbardziej interesuje. „Elementarz przyrodniczy” szczerze polecam i  gorąco zachęcam do czytania go dziecku lub razem z nim, może stać się świetnym pretekstem do rozmów, pogłębiania wiedzy, może też być inspiracją do zabaw i doświadczeń.





Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękujemy portalowi Sztukater.pl
131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

„Lokatorka”
J P Delaney

tłumaczenie:Mariusz Gądek
Wydawnictwo Otwarte
458 stron

„Możesz uczynić swój dom tak pustym i wymuskanym, jak tylko chcesz. 
Ale to i tak nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli w twoim wnętrzu panuje kompletny chaos. Bo przecież właśnie tego wszyscy szukamy, prawda? Kogoś, kto uporządkuje bałagan w naszych głowach.”

Wszelkiego rodzaju książki, które na swych okładkach kuszą hasłem „bestseller” wywołują u mnie falę podejrzliwości. W końcu wiele razy zdarzało się tak, że powieści, które zajmują wysokie pozycje w rankingach sprzedaży okazują się ostatecznie nieco rozdmuchanym balonem marketingu. Kiedy więc do moich rąk trafił egzemplarz „Lokatorki” J P Delaney, który na swym koncie może się poszczycić 3. miejscem na liście bestsellerów New York Times, 5. na liście Publisher’s Weekly, a 1. na liście Barnes & Noble, to przyznam szczerze nie sądziłam, że książka spodoba mi się aż tak bardzo. Mój wewnętrzny krytyk zamilkł, a czytelnik-entuzjasta spokojnie rozłożył się na kanapie i czytał, czytał, czytał…

Jane ma za sobą naprawdę zły okres w swoim życiu. Spotkała ją ogromna tragedia, straciła dziecko, a dodatkowo, przez utratę dobrze płatnego stanowiska jest zmuszona szukać sobie nowego mieszkania do wynajęcia. Udaje jej się znaleźć dom, ale nie jest on wcale typowym lokalem – jego właściciel ma wysokie wymagania dla swoich lokatorów, a sam obiekt jest jego dziełem, które jednych zachwyca designerską wizją artysty, innych przeraża skrajnym minimalizmem. Okazuje się też, że w mieszkaniu zginęła dziewczyna, poprzednia lokatorka, łudząco podobna do Jane…

Wystarczyło mi zaledwie kilka stron, by bezpowrotnie wciągnąć się w fabułę. J P Delaney potrafi świetnie budować napięcie i nieustannie podsycać ciekawość czytelnika. Narratorkami powieści są dwie dziewczyny w dwóch strefach czasowych – to, co działo się przedtem opowiada Emma, a bieżące wydarzenia przybliża nam Jane. Dzięki temu poznajemy całą opowieść z dwóch perspektyw, ale tylko tyle, ile pozwala autorka, ponieważ nie ma tutaj postaci, która jest jednoznaczna, tak naprawdę wszyscy mogą skrywać sekrety, mogą zatajać przed nami mroczne fakty ze swojej przeszłości. To sprawia, że „Lokatorka” jest tak zaskakująca i trzyma w napięciu do samego końca, do ostatniego akapitu.

J P  Delaney podsyca w czytelniku dylematy moralne, każe się zastanowić nad motywami postępowania, jednak nie udziela w swojej książce odpowiedzi, to my sami musimy je zgłębić i rozstrzygnąć. W treści książki, między rozdziałami, wplecione zostały pytania, które nie tylko przykuwają uwagę czytelnika, pobudzają go do myślenia, ale także idealnie nawiązują do treści, uzupełniają i wzbudzają niepokój.

Muszę także przyznać, że niemałe wrażenie zrobiło na mnie tło większości wydarzeń, a nawet cichy „bohater” książki – nowoczesne mieszkanie, idealnie puste, przestrzenne, naszpikowane najnowocześniejszą technologią, wymagające ogromnej perfekcji i samokontroli. Chyba nie każdy mógłby żyć w takim pomieszczeniu, gdzie każda rzecz jest tak naprawdę zbędna, gdzie brakuje półek, bibelotów, ozdób i (co najgorsze) książek, gdzie każdy kąt lśni sterylną czystością i poraża nieskończoną bielą. Łatwo umiejscowić akcję thrillera w jakimś mrocznym, opuszczonym miejscu, ale sztuką jest nadanie takiej pustej przestrzeni grozy i napięcia.

Zdecydowanie zachęcam Was do przeczytania „Lokatorki” J P Delaney, zwłaszcza jeśli lubicie thrillery psychologiczne, gdzie nie tylko portret zabójcy jest ciekawie zarysowany, ale również pozostałe postacie okazują się intrygujące, skryte, wielowymiarowe. Powieść nieco przypomina „Sliver” Iry Levina, sądzę, że podobieństw w tym przypadku jest kilka, ale   nie są one znaczne. Dla mnie to jedna z ciekawszych powieści jakie miałam okazję poznać w ostatnim czasie i na pewno długo jeszcze pozostawi po sobie wspomnienie naprawdę dobrej lektury.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu  Otwarte.
130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

„W oparach absyntu”
Iwona Kienzler
Wydawnictwo Bellona
384 strony


Kiedy na końcu XIX i początku XX wieku rozwijał się przemysł, a świat zmieniał się i kształtował, życie artystyczne miało swój wyjątkowy rozkwit. Sztuką zawładnął impresjonizm, stała się ona bardziej swobodna, podejmowano nowe tematy, inspiracje, zmieniano zastygłe do tej pory formy. Na czele tego nurtu stała paryska bohema, ale też reszta Europy nie pozostawała daleko w tle. Również na naszym rodzimym poletku wiele się działo i chociaż tak naprawdę Polski nie było na mapach, jednak mimo to życie kulturalne kwitło i miało się całkiem nieźle, jakby wszystkie niedole narodowe tylko wzbogacały te dusze niespokojne. Sztywne konwenanse nie miały dostępu do tej malowniczej rzeczywistości, artyści, często pogrążeni w alkoholowych czy narkotycznych wizjach wiedli żywot nieskrępowany zasadami, często wbrew społecznym normom.

W książce Iwony Kienzler „W oparach absyntu” znajdziemy spis największych skandali Młodej Polski, wydarzenia, które podsycały rozmowy na salonach, a statecznym matronom spędzały sen z powiek. Na falach plotki niosły się historie związane z życiem artystycznym, z rodzimą cyganerią. Autorka ma na swoim koncie mnóstwo książek i publikacji historycznych, jednak spotkałam się z jej pisarstwem pierwszy raz, ale sądzę, że nie ostatni.

Ciekawi Was historia malarza, który pewnego dnia przybywa na wystawę w warszawskiej Zachęcie i z premedytacją niszczy swoje najlepsze dzieło, zadając mu ciosy nożem? Mowa tutaj oczywiście o Władysławie Podkowińskim i jego najsłynniejszym płótnie „Szał uniesień”, które samo w sobie wywoływało niemałą sensację. I  chociaż istnieją przypuszczenia dlaczego tak postąpił, dlaczego zniszczył coś, co wywoływało takie emocje, to do końca nie wiadomo, co ostatecznie popchnęło go do takiego czynu.

Wszyscy znamy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Do powstania dramatu zainspirowało tego szczególnego artystę samo życie – był wszakże gościem na weselu swojego przyjaciela, uzdolnionego malarza, Władysława Tetmajera, który pojął za żonę pannę, która była chłopką. Był to niesłychany na owe czasy mezalians – oto uznany artysta, bywalec salonów, ulubieniec Krakowa, wybiera na towarzyszkę swego życia zwyczajną dziewczynę z ludu. Dlaczego tak postąpił? Czy małżeństwo, chociaż nierówne stanem było mimo wszystko udane?

Nie mogło być inaczej, by sporą część książki nie zajmował Stanisław Przybyszewski – bodajże największy skandalista tamtych czasów, uznawany za arcyszatana modernizmu, przez współczesnych mu twórców uważany za geniusza. Jego dzieła, odsunęły się nieco w cień, wraz z tamtą epoką, ale historie o jego ekscesach i podbojach miłosnych nadal intrygują. W „W oparach absyntu” znaleźć można epizod o jego burzliwym związku z muzą impresjonistów, Dagny, która była jedną z najpiękniejszych kobiet ówczesnej Europy. W innym zaś rozdziale autorka przytacza jego ostatnie małżeństwo z Jadwigą, swego czasu żoną Jana Kasprowicza.

Iwona Kienzler opisuje jeszcze kilka takich ciekawych anegdot, wszystko zaś opowiedziane jest rzeczowo, ze znajomością tematu, ale też z sympatią do przytaczanych postaci. Pięknie sportretowała ich życie, które składało się z powodzeń, uniesień i głębokich emocji, często również z upadków, pogrążania się w ubóstwie, chorobie czy nałogu. Patrząc na dzieła tych twórców zapominamy, że wiedli oni swoje życie podobnie jak my, tylko byli artystycznymi, niespokojnymi duszami, o których plotkowano w towarzystwie, a każdy ich postępek był szeroko omawiany. Co kryło się więc za ich malowidłami, utworami? Jakie sekrety skrywało ich życie? Jakie były słabości, którym tak łatwo ulegali?

Książka sprawiła mi ogromną przyjemność, uwielbiam dzieła Młodej Polski, intryguje mnie obyczajowość i historie z tego okresu, więc „W oparach absyntu” uważam za świetną lekturę. Myślę, że każdy miłośnik tej krótkiej, ale burzliwej epoki znajdzie w niej mnóstwo ciekawych informacji. Dodatkowym atutem jest piękne wydanie, w twardej oprawie, gdzie znajdziemy fotografie, obrazy i szkice.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona
129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

„Co? Jak? Napisać”
J.H. Cromwell

Wydawnictwo Egmont
2017
160 stron


Od dłuższego czasu można zauważyć ogromną popularność wszelkiego rodzaju ozdobnego liternictwa, typografii, we wszelkiego rodzajach sztuki użytkowej, ale także w życiu codziennym. Zachwycamy się takim wzornictwem na kubeczkach, koszulkach, plakatach, zwracamy uwagę na czcionki widniejące na przedmiotach, okładkach, a nawet opakowaniach spożywczych. Można odnieść wrażenie, że to, co zostało pięknie napisane to rzecz wysokiej jakości, wykonana z dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół. Ponadto sporym zainteresowaniem cieszą się wszelkiego rodzaju kursy i warsztaty, mające na celu naukę ozdobnego pisania, które później można stosować w życiu codziennym, prowadząc dzienniki, zapiski czy modne ostatnio planery, bullet journale czy art journale. Co za tym idzie – na rynku wydawniczym pojawiać się zaczęły ciekawe publikacje dotyczące pisania i ja właśnie jedną z nich chciałam przedstawić.

„Co?Jak?Napisać” J.H. Cromwella to opracowanie powstałe na podstawie wydania z 1890 roku. Całość prezentuje się naprawdę pięknie. Twarda oprawa, niebanalna okładka w ciekawym stylu i kolorystyce, wyraźnie nawiązujące do tematu. W środku znajdziemy bardzo króciutki wstęp od samego autora, który dzieli się z czytelnikiem zwięzłą i prostą metodą, dzięki której można rozpocząć przygodę z kaligrafią – wystarczy dowolną płaszczyznę podzielić za pomocą ołówka na kwadraty, następnie korzystając z atramentu  lub farb skreślić litery. Dla kogoś takiego jak ja, kto pisze chaotycznie i niestarannie może to być niewystarczające wprowadzenie w arkana tej sztuki.

Na kolejnych stronach znajdziemy przykłady liter, ciekawie zilustrowanych, które mają nas nieco wprowadzić do tego, co jest dalej – po jednej stronie mamy rozrysowany w kratkach alfabet jako małe i duże znaki, po drugiej zaś jest tak samo podzielona strona, gdzie dane litery możemy odrysować za pomocą ołówka, cienkopisu, pióra czy co tam akurat mamy pod ręką. Czcionki są naprawdę różne, ale przeważają te zdecydowanie techniczne, są mniej lub bardziej skomplikowane, zupełnie proste i takie bardziej fantazyjne, ozdobne. Sądzę, że w tej niejednolitości łatwo znaleźć coś dla siebie, a przynajmniej spróbować narysować litery w różnych stylach, dzięki czemu określimy, co bardziej nam się podoba, co przychodzi nam swobodniej, a co sprawia trudności. Na pewno przy tego rodzaju ćwiczeniach można się odprężyć i skupić na starannym wykonaniu zadania, przynajmniej do czasu, gdy bez problemu radzimy sobie z gąszczem zawijasów i linii.

Książka na pewno jest odpowiednia dla osób, które korzystały już z różnego rodzaju kursów odręcznego pisania, bądź na własną rękę próbowały zgłębić techniki kaligrafii. Mogą „wytrenować rękę” przy odrysowywaniu liter i znaków. Potraktować można również tę publikację jako zeszyt ćwiczeń, fantastycznie spełnia zadanie, gdy w skupieniu i spokoju chcemy wziąć do ręki ołówek bądź pióro, zakreślić kilka linii, zawijasów, z których powstać mogą pięknie napisane litery.

Dla mnie jednak jest to małe rozczarowanie – trochę inaczej wyobrażałam sobie treść książki, to znaczy, w ogóle sądziłam, że znajdzie się w niej więcej treści, więcej opisów, informacji na temat narzędzi, sposobów, objaśnień czy nawet historii. Po prostu, biorąc do ręki książkę zatytułowaną „Co?Jak? Napisać” można się nastawić na to, że w środku odnajdziemy odpowiedzi na postawione pytania. Brakuje mi również informacji o autorze, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi bardziej opanować sztukę pisania, oswoić je, samo ćwiczenie zwyczajnie mi nie wystarczy, świetnym dopełnieniem do nich byłaby chociażby niewielka dawka teorii.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
128. Podsumowanie marca

128. Podsumowanie marca


Jeśli miałabym wybrać jedną książkę w marcu, która najbardziej przypadła mi do gustu to miałabym nie lada kłopot. Wszystkie były naprawdę dobre i ciekawe, a ich różnorodność jest znaczna - od książki kucharskiej, poprzez kryminały aż po książki związane  z historią i obyczajowością. Sami więc widzicie, że w takim przypadku wytypowanie tej jednej, najlepszej, jest raczej trudne. Na półkach przybyło też kilka nowych pozycji, a lista tych, które chcę przeczytać w najbliższej przyszłości jest jeszcze dłuższa. Poza tym mam ostatnio ogromną ochotę powrócić do kilku "książkowych przyjaciół" czyli do tytułów, które już poznałam jakiś czas temu, ale trochę za nimi tęsknię, mam nadzieję, że będę miała dla nich trochę czasu w kwietniu.


Przeczytane w marcu:
"Nowe śledztwa Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Kroniki Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Dwór mgieł i furii" Sarah J.Mass - przeczytane drugi raz, ale w polskim tłumaczeniu
"Syreny" Joseph Knox
"Diabolika" S.J. Kincaid
"Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell w ramach wyzwania czytelniczego - ksiązka, która ma mniej niż 200 stron
"Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka
"Życie towarzyskie w XIX w." Agnieszka Lisak
"W oparach absyntu" Iwona Kienzler - recenzja wkrótce
"Słodkie życie" Olga Klara Maniak 
"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska - recenzja wkrótce

Wylosowane hasło na ten miesiąc w ramach Book Challenge 2017 to:
10. Książka z krótkim tytułem.
Czyli najlepiej tytuł składający się z jednego, krótkiego słowa. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, co mogłabym takiego przeczytać, kusi mnie "Lalka", którą czytałam dawno temu, ale mam ochotę wrócić do niej jeszcze raz. Niewykluczone też, że w ręce wpadnie mi coś zupełnie innego, pasującego do tematu :)

A co Wy przeczytaliście ciekawego i godnego polecenia w marcu?
127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

Olga Klara Maniak
140 strony


"Najchętniej rzuciłabym to wszystko, wyrobiła duplikat paszportu i szybko wróciła do kraju. Wiedziałam jednak, że w Polsce czekałaby mnie nerwówka związana z szukaniem pracy, układaniem sobie samotnego życia i płaceniem za niezorganizowane wesele. Wolałam więc przeczekać tę burzę i schować się we Włoszech przez choćby jeszcze kilka tygodni."



La dolce vita – włoski styl życia, polegający na czerpaniu z niego pełnymi garściami, na odnajdywaniu szczęścia w każdym jego aspekcie. Taką właśnie filozofię poznaje główna bohaterka „Słodkiego życia” Olgi Klary Maniak, Magdalena.

Książka jest powieścią dosyć nietypową – nie ma formy fizycznej, nie została wydana. Poznać jej treść można kupując do niej dostęp na stronie internetowej www.slodkie-zycie.pl, gdzie to od nas zależy czy przeczytamy ją od razu, czy przyjemność czytania będziemy sobie dozować w odcinkach. Szalenie mnie zaintrygował taki pomysł, więc przezwyciężyłam swoją niechęć do niepapierowych form i wciągnęłam się w fabułę.

Magdalena ma już zaplanowaną przyszłość, dosłownie dni dzielą ją od wyjścia za mąż i przeprowadzenia się do Tunezji. Pożegnała się już ze swoją pracą, czeka tylko na przyjazd ukochanego, który miał przygotować dla nich mieszkanie i wrócić na ślub. Niestety małżeństwo nie dochodzi do skutku, a Magdalena w akcie desperacji, próbując ratować swój związek, wyrusza w samotną podróż do swego niedoszłego męża. Na lotnisku we Włoszech, podczas przesiadki, ginie jej portfel, a wraz z nim wszystkie dokumenty i dziewczyna zostaje sama, bez możliwości powrotu czy dalszej podróży.

Bywa tak, że czasami to, co dobre w naszym życiu rozpoczyna się od katastrofy czy zwykłego pecha. Okazuje się po czasie, że to co nas spotkało - porzucenie, strata bądź nieoczekiwana zmiana planów, stawiają nas w sytuacji, w której musimy się otrząsnąć, ponownie zdefiniować siebie i obrać inny cel. Ostatecznie w ten sposób i niespodziewanie dla samych siebie, odnajdujemy szczęście tam, gdzie go wcale nie szukaliśmy. Sądzę, że podobnie jest w przypadku głównej bohaterki, która pokazuje, że dużo zależy od nas samych, a przyjemność, jaką możemy czerpać z życia nie zależy od innych ludzi, tylko od tego jak my je sobie ułożymy. Przez to powieść Olgi Klary Maniak może być inspirująca i motywująca, każdy może znaleźć w niej coś z nas samych, z naszych doświadczeń, a historia Magdaleny pokazuje, że warto przejść przez te nieszczęśliwe etapy w swoim życiu, by zapracować na swoje własne szczęście.

Powieść ma zaledwie 140 stron, napisana jest prostym językiem bez długich, rozwlekłych opisów czy niepotrzebnych dialogów, które niewiele wnosiłyby do samej fabuły. Autorce udało się jednak w tej niewielkiej treści zawrzeć sporą dawkę włoskiego słońca i sposobu bycia. Nic w tym dziwnego – jest romanistą, która spędziła w opisywanej przez siebie Perugi część życia, nawet niektóre epizody ze swojego pobytu przedstawiła  w książce. Mamy tu więc sporą dawkę informacji o włoskiej kuchni, codzienności i mentalności. Dla kogoś, kto interesuje się tym krajem jest to nie lada gratka i zdecydowany walor tej książki.

„Słodkie życie” to dobra pozycja na lato – lekka, niezobowiązująca lektura, która dostarczy nam sporą dawkę rozrywki na jeden wieczór. Dodatkowo przeniesie nas do kraju, gdzie żyje się tym, co przynosi los i czerpie przyjemności ze zwykłych, prostych rzeczy. Powieść spodoba się również czytelnikom, którzy lubią obyczajowe historie, przeplatane kulinarnymi epizodami z niebanalnym zakończeniem.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję autorce - Oldze Klarze Maniak
126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

"Życie towarzyskie w XIX wieku"
Agnieszka Lisak
Wydawnictwo Bellona
334 strony
rok wydania 2017

"Czytanie byłą jedną z ulubionych zbiorowych rozrywek, doskonałym środkiem na "rozpędzenie nudów", jak wtedy mawiano. W bardzo bogatych domach specjalnie w tym celu utrzymywano lektorki. Chętnie zasiadano wspólnie w salonie, by posłuchać ciekawej książki. Między rozdziałami robiono przerwy, komentowano zachowania bohaterów, przewidywano zakończenie."


Gorsety i postęp - oto z czym kojarzy mi się wiek XIX. Czas sztywnych konwenansów, form, które trzeba było zachować w każdej sytuacji i niewiarygodnych do tej pory zmian, które tak ogromnie wpłynęły na następne pokolenia. Okres pełen możliwości, kiedy to do uznania i publicznego szacunku zaczynają mieć dostęp inne warstwy społeczne niż arystokracja, okres wielkich odkryć i wspaniałych technologii. Agnieszka Lisak w swojej książce "Życie towarzyskie w XIX wieku" przybliża nam ten niezwykły czas, a zwłaszcza to, czym żyli ówcześni ludzie, jakie były ich ambicje, sposoby spędzania wolnego czasu i codzienne zajęcia.

Książka wciągnęła mnie niczym rasowa powieść - przy całkiem sporej dawce informacji mamy płynność narracji, autorka ze swobodą opowiada o dawnych rozrywkach i zabawach, które skupiały uwagę naszych przodków. Potrafi lekko i zabawnie opisać dawne zwyczaje i formy zachowań w XIX wieku - sposoby na spędzanie wolnego czasu głównie arystokracji i mieszczaństwa, ponieważ to one, z racji urodzenia, statusu społecznego czy zasobności portfela miały dostęp to tego, co oferowała kultura i sztuka. Mamy tutaj opisy spotkań towarzyskich od zbytkowych bali poprzez wystawy i odczyty autorskie po zwykłe, codzienne przechadzki po parku. W czasach, gdy ci, którzy mieli pewną swobodę finansową, posiadali również sporo wolnego czasu, pragnęli go zagospodarować. Patrząc na to z perspektywy człowieka współczesnego, gdy w pędzie i bezustannym biegu ciągle jest coś do zrobienia - praca, która nas pochłania, technologia, która potrafi skraść każdą minutę życia - trudno nam sobie wyobrazić ten niezwykły świat, kiedy spokojne, dostatnie życie, wyznaczane było przez rauty i przyjęcia, spotkania, ciągnące się do rana. Ludzie sporą część tego czasu spędzali ze sobą, szukali czegoś, co wypełni upływające minuty i godziny.

Autorka, opisując obyczaje XIX w. sięga po pamiętniki, wspomnienia i czasopisma z tamtego okresu, sporo również jest tutaj odniesień do ówczesnej literatury - wszystkie one spisane są w bibliografii, więc jeśli kusi nas, by dotrzeć do źródeł, możemy sięgnąć po wskazane tytuły. Z drugiej strony, znając pisarstwo z tamtych czasów w książce Agnieszki Lisak znajdziemy dopełnienie tego, co tacy autorzy jak Prus czy Sienkiewicz opisywali na kartach swoich powieści czy nowel. Można dogłębniej zrozumieć te konwenanse, formy i pewne sprzeczności, które rządziły ówczesnym społeczeństwem, przeniknąć je i dzięki temu zyskać szeroki obraz XIX w. Jako ogromna miłośniczka "Lalki" Bolesława Prusa znalazłam w "Życiu towarzyskim..." mnóstwo informacji, pełny opis tego, co w mojej ukochanej powieści było przedstawiane - jak bardzo ten świat był zmurszały od przestarzałych zasad etykiety, które w niektórych momentach mogły wydawać się zabawne, w innych już budziły niezrozumienie i nawet grozę, jak na przykład w przypadku bezwzględnego noszenia damskich gorsetów pomimo ostrzeżeń lekarzy.

Wiek XIX ma w sobie wiele ciekawych historii, mnóstwo sekretów i niezmiennie zachwyca. Inspiruje zarówno pisarzy jak wielu artystów, ale również na zwykłych ludzi, którzy mogą sobie z tego nie zdawać sprawy, ma ogromny wpływ. Dzisiaj każdą nowinkę techniczną przyjmujemy jako coś zupełnie oczywistego i naturalnego, wręcz już nie zauważamy tych wszystkich wynalazków, które powstają. Wtedy każda z takich rzeczy była szeroko omawiana, wzbudzała niekiedy przerażenie i kontrowersje, rodziła wątpliwości. Zachwycająca belle epoque, która rozkwitła w XIX wieku i gwałtownie, dramatycznie skończyła się wraz z wybuchem I wojny światowej to niewyczerpane źródło fascynacji i natchnień, począwszy od zwykłego życia, jego rozrywek po kulturę czy sztukę. Dzięki książce Agnieszki Lisak łatwiej nam zrozumieć ten barwny okres, dostrzec piękno dnia codziennego ówczesnych ludzi i poznać ich.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona


125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

Nadia Szagdaj
„Kroniki Klary Schulz.
Sprawa pechowca”

Wydawnictwo Bukowy Las
328 strony

Sięgając po „Sprawę pechowca”, pierwszą książkę z serii Nadii Szagdaj o Klarze Schulz, wiedziałam już czego się spodziewać, znałam niektóre wątki i głównych bohaterów. Tym bardziej cieszę się, że to, co tak bardzo spodobało mi się w ostatniej części z cyklu odnalazłam i w tej powieści.

Rok 1910. W operze w Breslau, podczas trwającego spektaklu, dochodzi na scenie do śmiertelnego wypadku – po jakimś czasie okazuje się, że nieszczęśliwy zbieg okoliczności to zaplanowane z premedytacją morderstwo. Wkrótce następują kolejne niewyjaśnione zabójstwa, z którymi pruska policja nie jest w stanie sobie poradzić. Klara Schulz podejmuje więc swoje pierwsze tak poważne śledztwo, ale czy jest gotowa na to, co ją spotka?

Trzonem powieści jak i całego cyklu jest oczywiście Klara Schulz, kobieta, która po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, kiedy to była świadkiem brutalnego zabójstwa własnej matki, stara się o pracę w policji. Pomaga jej w tym ojciec, szkoląc ją i wspierając, jednak mimo niezwykłej determinacji, hartowi ducha i zdolnościom, naszej bohaterce nie udaje się rozpocząć kariery jako stróż prawa. Powód jest oczywisty. Jako kobieta nie ma szans dostać się na stanowisko dotąd piastowane wyłącznie przez mężczyzn. Jej zacięcie do podejmowania ryzyka i logiczne, dedukcyjne myślenie długo nie dają jej żyć w spokoju. Nawet, gdy jest już małżonką szanowanego lekarza i matką kilkuletniego synka. Z początku podejmuje się drobnych spraw, błahych i nie wymagających. Tajemnicze morderstwa, których nikt nie potrafi wyjaśnić to jej pierwsze, poważne dochodzenie, dopiero teraz okaże się, czego się nauczyła, do czego jest zdolna i na ile może zaufać własnej intuicji.

Klara jest postacią niebanalną, wzbudza kontrowersje przez swoje nietypowe zamiłowania i niełatwy charakter, nie zachowuje się jak klasyczna dama z tamtej epoki, ma swoje zdanie, własne przekonania i łamie konwenanse. To właśnie sprawia, że pomimo wad, które niewątpliwie posiada, da się ją lubić i dopingować ją w działaniach, które podejmuje. Poznajemy ją zarówno jako panią detektyw, jak i kobietę, jej skomplikowane życie prywatne wzbudza takie same emocje co prowadzone śledztwo. Nie jest idealna, jako żona i matka, popełnia błędy również w kwestiach zawodowych i może przez to jest czytelnikom tak bliska i ma „ludzką twarz”.

Sam wątek kryminalny jest całkiem zgrabnie opisany, poznajemy wydarzenia z perspektywy głównej bohaterki, także innych, pobocznych postaci, również złoczyńców, przez co cała historia jest spójna, ale też łatwo przewidzieć, kto jest sprawcą dokonywanych morderstw. Pomimo to autorka zafundowała czytelnikom niespodziankę na zakończenie, która ma dać pewien niedosyt i rozbudzić ciekawość. Moją na pewno pobudziła i chętnie dowiem się z kolejnej książki, co może wydarzyć się dalej.

Mocną stroną powieści są starannie oddane realia epoki, a przede wszystkim otoczenie czyli Breslau, z niezwykłą pieczołowitością autorka prowadzi przez uliczki miasta, opisuje budynki, wszystko to ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak kiedyś wyglądał dawny Wrocław, jak wyglądało życie, które się w nim toczyło, zarówno od strony bardziej uprzywilejowanych warstw społecznych jak i tych uboższych. To zdecydowanie ułatwia lawirowanie po nieznanym świecie, który należy już do przeszłości, a dodane do tekstu ilustracje, stare, czarno-białe zdjęcia pozwalają cofnąć się w czasie.

Porównując „Kroniki Klary Schulz” oraz „Nowe śledztwa Klary Schulz” można łatwo zauważyć, jaką drogę przebyła autorka wraz ze swoimi bohaterami – od początku serii zdecydowanie ulepszyła swój warsztat pisarski i ma świadomość, w którym momencie rozwinąć wątek bardziej, a w którym mniej, co nie sprawia, że pierwsza część wypada blado. Wręcz przeciwnie, sądzę, że to świetny początek przygody z młodą, „nieopierzoną” jeszcze panią detektyw, która za wszelką cenę pragnie odkryć prawdę, nie zważając na przeszkody. Jeśli więc lubicie kryminały z nutą retro to zdecydowanie warto poznać serię Nadii Szagdaj.
124. Typ Klasyczny #15 - "Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell

124. Typ Klasyczny #15 - "Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell


Elizabeth Gaskell
„Dom na wrzosowisku”

tłumaczenie: Violetta Dobosz
Wydawnictwo C&T
132 strony


Elizabeth Gaskell, znana angielska pisarka, której takie dzieła jak „Północ i Południe” czy „Żony i córki” są jednymi z najważniejszych i najciekawszych powieści powstałych w epoce wiktoriańskiej, stworzyła również króciutki, bo niewiele ponad stu stronicowy „Dom na wrzosowisku”.

Poznajemy rodzinę Browne, a dokładnie wdowę po pastorze i jej dwójkę dzieci  - syna Edwarda i córkę Maggie. Mieszkają niedaleko Combehurts, w domu na wrzosowisku, nie są zamożni, ich życie jest całkiem zwyczajne i proste. Rodzeństwo dorasta pod czujnym okiem matki, która nierówno obdarza ich troską i miłością, od razu widać, że to syn jest dla niej najważniejszy i to w nim pokładane są nadzieje na przyszłość. Maggie zaś, potulna, skromna dziewczyna dorasta w cieniu swego brata, który łatwo wykorzystuje jej łagodny, pełen oddania i serdeczności charakter. Dochodzi do tego, że dziewczyna zmuszona jest, by rezygnować ze swojego szczęścia.

Elizabeth Gaskell w swojej mini-powieści opisała sytuację rodzinną, a przede wszystkim sytuacje wielu kobiet z tamtego okresu. Ich życie podporządkowane było mężczyznom – od ojców, braci, po późniejszych mężów, nie dziedziczyły one majątków po swoich rodzicach, spływał on na męskich potomków, a jeżeli takowych nie było, na dalszych, spokrewnionych siostrzeńców czy bratanków. Męski potomek zapewniał więc opiekę matce, jak i siostrom, jednak, co w przypadku gdy okazywał się osobą o marnej moralności i wątpliwej reputacji?

Sytuacja kobiet była z wielu powodów nie do pozazdroszczenia, widać to właśnie na przykładzie głównej bohaterki „Domu na wrzosowisku”, Maggie. Dziewczyna ma miłe usposobienie, jest oddana rodzinie, cicha, spokojna, tak naprawdę jej jedyną wadą jest chyba brak wad. Mimo to matka traktuje ją znacznie gorzej od syna, ten z kolei jest  egoistą, w dodatku ma problemy z prawem, ostatecznie wymaga od swej dobrej, potulnej siostry ogromnego poświęcenia.

Jak zwykle w przypadku takiej literatury pojawia się wątek miłosny, na początku wydawał mi się nieco mdły, zwyczajnie nijaki, ale końcówka zdecydowanie go podkolorowała, nadała nieco innego wymiaru i ostatecznie historia mnie do siebie przekonała. Ujęła mnie swoją niewinnością i głębokim oddaniem jakie połączyło zakochanych, byli zdolni do wielkich poświęceń, a uczucie, które zrodziło się między nimi było trwałe i poruszające.

Jeśli więc macie okazję sięgnąć po tę króciutką książkę Elizabeth Gaskell i lubicie powieści z epoki wiktoriańskiej to się nie zawiedziecie. Autorka naszkicowała  w niej ciekawy obraz tamtych czasów, ukazała sytuację kobiet, ich trudną rolę w społeczeństwie angielskim tego okresu. Dodatkowo zabarwiła historię pięknym, pełnym uroku wątkiem romantycznym. Wszystko to zgrabnie połączyła z nienachalnymi, ale urzekającymi opisami przyrody, wrzosowisk, zwyczajnego życia. Zwieńczyła całość zaskakującym zakończeniem, które zdecydowanie podbiło całą fabułę i ostatecznie przekonało mnie do tej powieści.


Książkę przeczytałam w ramach Book Challenge 2017 - marzec - Książka, która ma mniej niż 200 stron.
123. "Diabolika" S. J. Kincaid

123. "Diabolika" S. J. Kincaid

S. J. Kincaid
„Diabolika”

tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte/Moondrive
412 stron

„Zarówno pragnienie władzy,
 jak i jej posiadanie nieodwracalnie wypaczają charakter.” 

Dobrze jest czasami sięgnąć po książkę, wedle której nie ma się żadnych oczekiwań, podchodzić do niej wręcz z dystansem, i mieć miłą niespodziankę. Nie znałam wcześniej prozy S.J. Kincaid, a określenie „fantastyka młodzieżowa” używane w kontekście „Diaboliki” wzbudziło we mnie podejrzenia, okazało się, że niesłusznie, ponieważ lektura dostarczyła mi sporą dawkę emocji i wrażeń.

Nemezis jest diaboliką. Stworzeniem przypominającym człowieka, jednak nieporównanie bardziej niebezpiecznym, to swoista maszyna do zabijania, która istnieje w jednym tylko celu – za wszelką cenę ma chronić życie osoby, której kazano jej strzec. Nemezis służy na dworze senatora, ochrania jego córkę, Sydonię, wkrótce będzie musiała ją udawać, by ratować jej życie przed niebezpieczeństwem ze strony cesarza. Przybywa na dwór, gdzie zaufanie komukolwiek jest ogromnym ryzykiem.

Bardzo spodobał mi się pomysł na fabułę. Wszystko dzieje się w kosmosie, gdzie ludzie, uzależnieni od maszyn,   mają zakaz przyswajania wiedzy. W centrum wszechświata znajduje się cesarstwo i niebezpieczny, okrutny cesarz, który dla władzy i podporządkowania sobie ludzi jest gotów zrobić wszystko. Ten świat, stworzony przez autorkę, chociaż ma pewne niedociągnięcia, jest ciekawy i ukazuje nam wizję bardzo pesymistyczną, ale w pewien sposób możliwą. Obrazuje rzeczywistość, w której króluje technologia, ale nauka nie jest w powszechnym użyciu, wręcz za próby zdobycia wiedzy można popaść w niełaskę lub nawet zginąć. Cesarstwo, które jest przykładem zepsucia i miejscem, gdzie na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo, gdzie spiski i zamachy są na porządku dziennym, chwieje się w posadach,  podtrzymywane jest za pomocą strachu przed nieobliczanymi władcami. A w środku tego całego bałaganu nasza diabolika – istota, której odmawia się człowieczeństwa, zdolna do strasznych rzeczy, ale czy zdolna jest również do odczuwania emocji?

„Diabolika” napisana jest dobrze, po w miarę spokojnym początku, kiedy to czytelnik ma czas, by trochę odnaleźć się w tej niezwykłej przestrzeni - autorka rzuca nas na głęboką wodę – zaraz po przybyciu Nemezis na dwór cesarski, akcja zdecydowanie przyspiesza, intryga goni intrygę, a nieustanne niebezpieczeństwo dodaje całości rumieńców. Do ostatniej strony fabuła trzyma w niepewności,  wątki łączą się w kulminacyjnym momencie, który jest na tyle niejednoznaczny, że do końca nie rozładowuje tego napięcia, jakie utrzymywało się przez całą książkę.

S. J. Kincaid stworzyła wiele niejednoznacznych postaci, począwszy od Nemezis, maszyny do zabijania, która gdzieś w głębi siebie dostrzega iskierki człowieczeństwa po szalonego następcę tronu, Tyrusa, który skrywa niejeden sekret. Ta właśnie nie oczywistość, wielowymiarowość, jest ogromną zaletą powieści, dzięki temu historia bardziej intryguje i wciąga.

„Diabolika” to książka, której prosty styl i spójna fabuła sprawiają, że pochłania się ją błyskawicznie, potrafi jednak dać coś więcej niż tylko chwilową rozrywkę. Pozbawiona jest złudnej naiwności, która odarłaby tę historię z polotu i oryginalności, miejscami bywa brutalna, mocna, ale diabelnie intrygująca.

122."Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka

122."Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka

Monika Walecka
„Opowiadania drewnianego stołu.
125 przepisów jak sprawić sobie przyjemność i bliskim”

Wydawnictwo Septem
288 stron



Czy można zachwycić się książką kucharską? Zdecydowanie tak! Ogromnie lubię wszelkie takie książki z przepisami, które nie tylko kuszą smakami i aromatami, jakie za jej pomocą możemy stworzyć we własnej kuchni, ale także pięknym, zachwycającym wydaniem. Tak właśnie jest w przypadku „Opowiadań drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim” Moniki Waleckiej.

Tak naprawę książka jest zbiorem ponad stu receptur, które wcześniej znalazły się na blogu autorki - Monika Walecka prowadzi bowiem stronę gotujebolubi.pl, gdzie inspiruje ciekawymi pomysłami na różnego rodzaju dania nieprzerwanie już kilka lat. Przez ten czas zbierała doświadczenie, rozwijała swoją pasję i uwiecznieniem tego są „Opowiadania drewnianego stołu”.

Tytułowy drewniany stół to miejsce spotkań z bliskimi, to symbol gościnności, domowego ciepła, do którego chce się ciągle wracać, celebrując codzienne posiłki, wyjątkowe uroczystości i chwile tylko dla siebie.  Trudno nie przyznać racji autorce, gdy we wstępie do książki pisze, że każdy marzy o takim stole, „w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników.” Tą miłość do gotowania i do dzielenia się owocami swojej pracy z bliskimi widać w  tej publikacji, jej przekaz jest jasny i czytelny – przygotowywanie posiłków jest ważne, ale ma sprawiać przyjemność, ma cieszyć nas i tych, dla których je przygotowujemy.

Może to zabrzmieć banalnie, ale wydanie jest naprawę świetne, w twardej oprawie, z czerwoną tasiemką w formie zakładki, sprawia, że książka jest bardzo praktyczna. Zdecydowaną ozdobą są tutaj zdjęcia potraw – co bardzo lubię, każdy przepis opatrzony jest zdjęciem – piękne, artystyczne zbliżenia apetycznych, kolorowych, małych dzieł sztuki kulinarnej. Doskonałym uzupełnieniem są ilustracje, akwarelowe rysunki, idealnie dopasowane kolorystycznie i stylistycznie do przedstawionego przepisu. Takie wydanie cieszy oko i zachęca do tego, by samemu chwycić za deskę do krojenia i rondel.

„Opowiadania...” podzielone są na kilka części, w których znajdziemy pomysły na dania  odpowiednie na śniadanie, obiad, słodki deser, ale także rozdziały informacyjne – czym gotować i jak robić zakupy oraz co warto mieć w kuchni – przyznam szczerze, że te części mogłyby być dłuższe, bardziej szczegółowo omówione, po ich przeczytaniu miałam pewien niedosyt.

Najważniejsze są tutaj jednak przepisy, których różnorodność jest jedną z wielu zalet, są to bowiem pomysły na danie o każdej porze dnia, na każdą porę roku i sądzę, że zarówno miłośnik mięsa, wegetarianin czy osoba na diecie bezglutenowej znajdzie coś dla siebie. Wszystkie jednak są zdrowe, pełne smaku i, co najważniejsze, nie wydają się skomplikowane, wręcz przeciwnie, lista składników przy niektórych przepisach jest bardzo krótka, a wykonanie proste. Cieszy mnie to, że każdy wpis opatrzony jest krótka notatką od autorki, anegdotą, czy trickiem, by przedstawione danie w pewien sposób wykorzystać czy wzbogacić.

Między przepisami na pieczoną ricottę z parmezanem, miodowy amarantus z jagodami goji czy brukselkę i tofu z makaronem soba znajdziemy klasyczną, kremową pomidorówkę i domowy twaróg. Wszystko pięknie pokazane na zdjęciach, dokładnie opisane, przez co nawet taki laik kulinarny jak ja może sobie poradzić i wyczarować coś pysznego dla siebie czy bliskich. Jak przekonuje autorka - najważniejsze jest to, by gotowanie sprawiało nam radość, by cieszyć się tym procesem i włożyć do tego wykonania odrobinę serca.
121. "Syreny" Joseph Knox

121. "Syreny" Joseph Knox


Joseph Knox
„Syreny”

tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte
440 stron


Debiutancka powieść Josepha Knox’a „Syreny” to mocny kryminał z nurtu noir, ciemny, destrukcyjny, mocny. Od początku wciąga czytelnika w wir wydarzeń, ukazuje mu okrutny świat zbrodni, mrocznych interesów i walki o wpływy, trzyma w napięciu do ostatniej strony, ostatniego akapitu.

Głównym bohaterem i narratorem powieści jest Aidan Waits, który dostaje szansę, by naprawić swoją reputację w policji i ostatecznie nie stracić odznaki, po tym jak przyłapano go na wykradaniu dowodów rzeczowych. Musi pod przykrywką rozpracować handel narkotykami, nadzorowany przez miejskiego mafiosa, Zaina Carvera. Ryzykując własnym życiem wkracza w świat nocnych klubów, ciemnych uliczek i miejsc, które przykładny obywatel omija szerokim łukiem. Świat, gdzie szerokim strumieniem płynie heroina, ecstasy, alkohol, a przypadkowy sex jest na porządku dziennym. Dla Carvera pracują dziewczyny zwane syrenami, które dostarczają narkotyki do niektórych pubów w mieście, nasz bohater musi zdobyć ich zaufanie, a co za tym idzie, wyciągnąć jak najwięcej informacji o nielegalnych interesach. Dodatkowo musi odnaleźć młodą dziewczynę, córkę ministra sprawiedliwości, która przebywa w posiadłości Carvera.

Waits nie jest postacią oczywistą, daleko mu do ideału praworządnego policjanta, szczerze mówiąc to sam ma sporo na sumieniu, bierze narkotyki, jest porywczy i sprawia wrażenie mocno pogubionego w życiu.  Mimo to łatwo go polubić, przynajmniej na tyle, by dopingować mu w jego trudnych zadaniach i lawirowaniu między mafią a zwierzchnikami. W trudnych sytuacjach potrafi zachować zimną krew, chociaż czasami sam się pakuje w niezłe kłopoty. Tytułowe syreny uwodzą go, mamią jak narkotyki, których zażywa, przez nie Aidan może łatwo rozbić swoją głowę o skały, kiedy sprawy zaczynają się bardziej komplikować i wtedy czytelnik zaczyna się poważnie zastanawiać, czy główny bohater wyjdzie z tego cało?

„Syreny” to dość nietypowy kryminał, jaki miałam przyjemność przeczytać do tej pory. Zdecydowanie mroczny, przygnębiający klimat to charakterystyczna cecha, która na pewno wyróżni go spośród innych. Tu nie ma bieli i czerni, tutaj wszystko spowite jest w szarości, dobro i zło mają zatarte, nieoczywiste granice. Końcówka również nie nastraja optymistycznie, nie ma prawdziwego happy endu. Świat, w którym toczy się akcja powieści przesiąknięty jest występkiem, narkotycznym hajem i pewnym obłędem, dosięgającym każdego kto w niego wejdzie.

Joseph Knox stworzył ciekawy, chociaż przerażający debiut pisarski, sądzę, że każdy miłośnik mocnej, bezkompromisowej prozy znajdzie tutaj coś dla siebie, a wartka akcja wciągnie wielbicieli kryminałów. Tematyka powieści jest niesamowicie trudna, bolesna, więc myślałam, że będę miała z tym  niemały problem, jednak „Syreny” bardzo mnie wciągnęły i poruszyły. Czyhające na każdym rogu niebezpieczeństwo, okrutny świat handlarzy narkotyków, gdzie życie ludzkie nie ma już prawie żadnej wartości, zapadną Wam w pamięć, a lektura zapewni sporą dawkę silnych emocji.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte
Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger