191. Seria "Opowieści o małej jabłonce" Ludwig Hellmann

191. Seria "Opowieści o małej jabłonce" Ludwig Hellmann

Małe, niepozorne drzewko to nieczęsty bohater dziecięcych bajek, szczerze mówiąc, jak dotąd nie spotkałam się z takim wyborem na główną postać, ale okazuje się, że już po przeczytaniu pierwszej książki z serii o małej jabłonce, może okazać się nam bohaterem jak najbardziej odpowiednim.

190. 10 ulubionych cytatów z "Wichrowych Wzgórz" Emily Bronte

190. 10 ulubionych cytatów z "Wichrowych Wzgórz" Emily Bronte

Ukochanej książki nigdy nie mamy dosyć, prawda? Powracamy do niej, co jakiś czas, gdy zatęsknimy za ulubionymi bohaterami czy opisywanymi wydarzeniami, które wywołują przyspieszone bicie serca. Na tym polega ich magia, że nawet po latach nadal są dla nas ważne, wciąż budzą w nas te same emocje, jakie czuliśmy, czytając je po raz pierwszy.  Dla mnie taką powieścią są "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte - mam do nich ogromny sentyment i nieraz pisałam już o nich na blogu - przede wszystkim TUTAJ, gdzie znajdziecie post całkowicie im poświęcony. Dzisiaj pojawią się ponownie, tym razem jednak w formie 10 ulubionych cytatów.
Ciekawa jestem czy Wy również czytaliście tę powieść? Czy któryś z poniższych fragmentów Wam się podoba?


189. Anegdoty językowe | "Pypcie na języku" Michał Rusinek

189. Anegdoty językowe | "Pypcie na języku" Michał Rusinek


Nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytanie książki sprawiło mi tyle radości i wywołało niekontrolowane wybuchy śmiechu. Nie spodziewałam się takiej dawki humoru, mylnie sądząc, że o języku ojczystym, a nawet o popełnianych błędach językowych, nie można pisać z polotem i dowcipem.
187. Podsumowanie listopada

187. Podsumowanie listopada

listopad

Goodbye November!
Hello December!

Grudzień przywitał mnie pierwszymi opadami śniegu - nie ma już po nim śladu, ale chłód i popołudniowy zmrok nie pozwalają zapomnieć, że zbliża się zima. Listopad minął niepostrzeżenie, pozostawia po sobie zawsze pewien niedosyt, kiedy uświadomimy sobie, że oto znów mija kolejny rok. 
Liczba przeczytanych książek w tym miesiącu jest mało imponująca - pięć, jeśli nie liczyć tych, które zaczęłam czytać i tych, które czytałam dzieciom. Na grudzień zaplanowane już mam pyszne, rozkoszne wręcz publikacje, które już okupują nocną szafkę.


"Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych" Tomasz Lach

Zdecydowanie najlepsza książka, jaką miałam okazję przeczytać w tym miesiącu - miejscami zabawna, miejscami poruszająca - wspaniały, pełen ciepła i ogromnego szacunku obraz nietypowej rodziny, a przede wszystkim niezwykłego człowieka - Krzysztofa Komedy. Recenzję znajdziecie TUTAJ


"Dwa oblicza" Agnieszka Bednarska

Debiutancka powieść nowego wydawnictwa, Zaklęty Papier, to naprawdę udana, pełna osobliwej atmosfery i niejednoznaczności książka, która swoim zakończeniem potrafi wbić w fotel. Recenzję znajdziecie TUTAJ

"Psiego najlepszego" W. Bruce Cameron

Ten słodki szczeniak na okładce to dopiero przedsmak tego, co otrzymacie w środku - opowieść o przywiązaniu, o przyjaźni między człowiekiem a jego pupilem, ale także o tym, jak trudno pogodzić się ze stratą. W dodatku w bożonarodzeniowej aurze. Recenzję znajdziecie TUTAJ


"Szadź" Igor Brejdygant

Pani komisarz kontra seryjny morderca, który brutalnie zabija młode kobiety. Ich spotkanie jest nieuniknione, ale jaki będzie jego rezultat? Kryminał całkiem przyzwoity, chociaż przyznam, że wspomnienie o nim już się nieco zatarło. Recenzję znajdziecie TUTAJ

"Rok 1920.Zwiastun szalonej dekady" Eric Burns

Dla mnie to naprawdę świetna książka, która nie dość, że przybliża nam te niezwykłe lata po zakończeniu I wojny światowej i ogromnych zmian, które zaszły w społeczeństwie amerykańskim, ale przede wszystkim dla kogoś, kto kocha "Wielkiego Gatsby'ego" to prawdziwa gratka i świetna sposobność, by jeszcze raz zanurzyć się w świecie opisanym przez F.S Fitzgeralda. Recenzję znajdziecie TUTAJ

Nie samymi książkami...

... czyli między te książkowe podsumowanie listopada powplatam tym razem tematy z nimi nie związane. Takie perełki miesiąca, swoisty miszmasz tego, co przykuło moją uwagę, co uważam za godne polecenia :)

Filmowo

"Only lovers left alive" Jima Jarmuscha i "Crimson Peak" Guillermo del Toro - obydwa obrazy zachwyciły mnie od strony wizualnej, a muzyka zarówno w jednym jak i drugim przypadku jest urzekająca. Mrocznie i niepokojąco - jeśli lubicie takie klimaty, a jeszcze nie znacie tych tytułów to serdecznie polecam.

You Tube

Mało jest kanałów na You Tube, które odwiedzam systematycznie, a Freakery jest jednym z niewielu, na których nowe odcinki z niecierpliwością czekam - profesjonalnie i z prawdziwym zamiłowaniem o historii mody i popkulturze.

Muzycznie

Oprócz wymienionych wyżej soundtracków, a także, dzięki wspomnianej Joannie z Freakery, ponownie na mojej playliście pojawił się niezwykle klimatyczny utwór - piękne brzmienie, ale także intrygujący teledysk, od którego nie można oderwać oczu - CocoRosie  "Gallows".

Blogowo

Wpis na blogu Slow Reading serdecznie polecam każdemu - Jak czytać uważnie? Jak ważne jest rozkoszowanie się lekturą, a jak unikać pobieżnego połykania strona po stronie. Do przeczytania i zastanowienia się :)

Jakie książki przeczytaliście w listopadzie? Macie już zaplanowane nowe tytuły na grudzień?

185. All that jazz... | "Rok 1920. Zwiastun szalonej dekady" Eric Burns

185. All that jazz... | "Rok 1920. Zwiastun szalonej dekady" Eric Burns

Dwa lata po zakończeniu I wojny światowej Europa liże swoje rany i opłakuje tych, którzy zginęli. Stary kontynent już nigdy nie powróci do swojego dawnego stanu, natomiast Ameryka Północna, która nie ucierpiała na skutek działań wojennych ani też nie straciła tylu ludzi, staje się ziemią obiecaną dla rzeszy emigrantów, rośnie jej pozycja największego światowego mocarstwa.

184. Blogi umierają - powoli, ale systematycznie

184. Blogi umierają - powoli, ale systematycznie

Dzisiaj na blogu miał się ukazać post książkowy, ale postanowiłam zamiast tego podzielić się z Wami moimi ostatnimi spostrzeżeniami dotyczącymi blogosfery w takim formacie w jakim ją odbieram. Jest to moje, jak najbardziej subiektywne zdanie, lekko podszyte nutką goryczy i mojego niezmiennie pesymistycznego nastawienia do życia i jego aspektów. Jeśli Wasze zdanie różni się od mojego - dajcie znać, a jeśli myślicie podobnie jak ja to nie pozostaje nam nic innego tak tylko bez entuzjazmu przybić sobie przysłowiową piątkę i powrócić do siorbania zimnej kawy.


183. Opuszczony szpital i jego sekrety | "Dwa oblicza" Agnieszka Bednarska

183. Opuszczony szpital i jego sekrety | "Dwa oblicza" Agnieszka Bednarska


„Dwa oblicza”
Agnieszka Bednarska


Wydawnictwo Zaklęty Papier
2017
302 strony

recenzja książki

„Czy puste szpitalne korytarze, zrujnowane sale, porzucone sprzęty medyczne i resztki osobistych rzeczy pacjentów, z których bliskości Sonia zdawała sobie sprawę, posiadały moc oddziaływania na żywe istoty jeszcze pod tym dachem pozostające?”



Fabuła

Sonia spodziewa się dziecka, a jej rodzice zdecydowali, że kiedy dziewczyna urodzi, sprzedadzą noworodka małżeństwu z Niemiec. Nasza bohaterka nie ma innego wyjścia, musi uciekać z domu, nie mając przy sobie nic, bez jakichkolwiek szans na pomoc. W pociągu poznaje starszą kobietę, Malwinę, która poruszona losem Sonii, postanawia przygarnąć ją pod swój dach. Dom, który ma zapewnić schronienie dla przyszłej matki i jej dziecka to opuszczony, wiekowy szpital, pełen korytarzy, pustych pokoi, kryjący w sobie całe mnóstwo strasznych sekretów i ludzkich cierpień.


Czytając opis „Dwóch oblicz” już wiedziałam, że ta książka jest dla mnie idealna – mroczny klimat, zagadki z przeszłości i ponury, nawiedzony budynek. Zdecydowanie trafia to w moje czytelnicze zainteresowania i cieszę się, że się nie zawiodłam. Napięcie jest mocno odczuwalne od samego początku, autorka nie daje zapomnieć, że dom, w którym znajduje się główna bohaterka, jest miejscem pełnym zagadek, kryjówek i ludzkich dramatów. Co więcej, aura tajemnicy i grozy nie słabnie aż do samego końca historii. Nawet jego nazwa – Dwa Oblicza – ma w sobie mroczne, ukryte piętno, w czym czytelnik, z każdą następną stroną, może się coraz bardziej utwierdzić. Pozostaje tylko pytanie: czy miejsca takie jak to są złe i tak też oddziaływają na mieszkających w nim ludzi, czy ludzie, którzy w nich żyją, naznaczają te zimne ściany swoim stygmatem szaleństwa?

Dwa Oblicza

Książka Agnieszki Bednarskiej to swoisty miszmasz gatunkowy – z początku losy Sonii przypominają nieco powieść obyczajową- poznajemy młodą kobietę, której życie znalazło się na ostrym zakręcie, to ona jest tutaj naszą główną postacią. Szybko jednak atmosfera zaczyna gęstnieć, pojawiają się nowe osoby, które wnoszą do fabuły mrok, sekrety i niepokój. Mamy brutalne morderstwo sprzed lat, mamy tajemnice i puste korytarze opuszczonego szpitala. Cienie przesuwające się między ścianami, dziwne odgłosy i to niejasne wrażenie, że ktoś nas obserwuje… Nie lubię się bać za bardzo, z czytania horrorów już dawno zrezygnowałam, jednak, co innego powieści grozy, dziwne, pokręcone, złowieszcze – to jeszcze jestem w stanie tolerować, a nawet czerpać przyjemność z ich czytania. Dzięki odpowiedniej atmosferze i wciągającej historii taką właśnie przyjemność znalazłam w lekturze „Dwóch oblicz”.

Autorka stworzyła powieść, w której, oprócz niezwykłej aury, mamy do czynienia z silną potrzebą dominacji nad ludzkim losem – czy jednak drobna, życzliwa i niosąca bezinteresowną pomoc staruszka, którą Sonia spotyka na swojej drodze, jest w stanie uczynić rzeczy najpodlejsze, by nakierować swoich bliskich na upatrzony przez siebie tor? Czy opacznie pojmując ich dobro, jest w stanie nawet zabić? Czy za dobrodusznym obliczem skrywa się bezduszne szaleństwo?

Fabuła do pewnego momentu była nieco przewidywalna, a mocno sugestywne odczucie niepokoju tak silne, że co jakiś czas wściekałam się na główną bohaterkę, która ufna i bierna coraz bardziej plątała się w gąszczu tajemnic i mroku.  Podobne wrażenie mamy, oglądając horror, kiedy to ktoś wchodzi do ciemnej piwnicy. Jednak moment zaskoczenia przyszedł wraz z zakończeniem powieści, którego się raczej nie spodziewałam, a który zdecydowanie zrekompensował moje wcześniejsze odczucia. Tak, zdecydowanie zakończenie robi silne, niezatarte wrażenie, które nie pozwala łatwo zapomnieć o książce.

Zaklęty Papier

„Dwa oblicza” to pierwsza powieść nowego wydawnictwa, więc nie mogę oprzeć się pokusie i nie opisać tego, w jaki sposób książka została wydana, jak się prezentuje, ponieważ, nie ukrywajmy, że jest to debiut, który może okazać się w pewnym sensie sprawdzianem umiejętności, przygotowania i wykonanej pracy. To, czego jestem pewna w tym przypadku to fakt, że w samo wydanie, proces wydruku, a nawet wysyłki włożone jest sporo serca, widać ogromne starania, dbanie o każdy szczegół – od projektu okładki, która jest absolutnie zjawiskowa i pięknie przedstawia treść książki aż po jakość papieru (ta cudownie aksamitna w dotyku obwoluta…). Jestem przekonana, że Zaklęty Papier stoi na dobrej drodze do sukcesu w wydawniczej branży i zbierze spore grono oddanych, naprawdę bliskich sobie miłośników. Z ogromną niecierpliwością czekam także na kolejne książki z ich sygnaturą.

Może spodobać Ci się także:
"Piknik nad Wiszącą Skałą" Joan Lindsay
"Pustki" Andrew Michael Hurley
"Lokatorka" JP Delaney
"Dyskretne szaleństwo" Mindy Mc Ginnis

recenzja książki


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Zaklęty Papier



182.Książki dla sześciolatka - Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego

182.Książki dla sześciolatka - Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego

klub książkowy ignasia i jeremiego


Moja ostatnia (samotna) wyprawa do biblioteki zakończyła się niemałym sukcesem - wybierając dla najmłodszego kilka książek według tego, co mnie zainteresowało i  zachwyciło jeśli chodzi o formę wydania, muszę przyznać, że ostatecznie całkiem dobrze udało mi się trafić w gust Jeremiego. Jako dość wymagający sześciolatek jest surowym sędzią, który jednak potrafi docenić starania matki ;)
Mój wybór padł na "Matyldę" Roalda Dahla, "Oto jest Paryż" M. Sasek, "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyny Bednarek i "O malarzu rudym jak cegła" Janusza Stannego.

"Matylda" to wybór zupełnie nieprzypadkowy, od czasu przeczytania "Charlie i fabryka czekolady" moje dzieci jednogłośnie stwierdziły, że pan Dahl pisze bardzo dobrze, dociera zarówno do osób młodszych jak i do starszych. Aktualnie czytamy więc o dziewczynce, która bardzo pokochała książki, ale niestety miała złych, nieczułych rodziców, jednak o tej powieści napiszę innym razem.

"O malarzu rudym jak cegła" Janusz Stanny


WYtwórnia
24 strony


"Miał cztery farby,
pudełko kredek,
tusz,
gęsie pióro,
pędzel niejeden,
ziarnko talentu,
fantazji krzynę,
czarny kapelusz
i pelerynę."

książki dla dzieci

Tekst i ilustracje, mające już 50 lat nadal mogą zachwycać, bawić i cieszyć. Mnie osobiście książka, jej wydanie i tekst z miejsca urzekły i bardzo się cieszę, że równie mocno spodobały się Jeremiemu. Wiersz o przedziwnym malarzu, który dzięki swojemu talentowi potrafił wyrysować sobie domek z kotem, klatką z kanarkiem i różową wanną, a także sny dla dzieci, to prawdziwa perełka. Musiałam go czytać raz za razem, bo sama historia, zabawa słowem, rytmem i rymem ogromnie przypadły nam do gustu. Poza tym przecudne ilustracje autora, znanego i cenionego artysty, są tak ujmująco proste, świeże i nowatorskie, że patrząc na nie trudno uwierzyć, że tak naprawdę powstały wiele lat temu.
Polecamy!

"Oto jest Paryż" M. Sasek


Wydawnictwo Dwie Siostry
57 stron



"Przed nami Paryż, stolica Francji. A w nim pięć milionów mieszkańców, wielka rzeka - Sekwana, dziesiątki pomników, zabytkowych kościołów, muzeów i... tysiące kotów."

książki dla dzieci

To już kolejna po "Oto jest Londyn" poznana przez nas książeczka ze znanej i lubianej serii o miastach Europy - prawdziwa perełka, cudny retro-klimacik, od którego trudno się oderwać. Kto nie chciałby pospacerować po uliczkach Paryża, zajrzeć do pobliskiej kawiarenki i  podziwiać niezwykłe latarenki, podjadając świeżą bagietkę? Urzekający klimat książeczki to jedno, ale płynące z niej informacje to również niemała zaleta tego wydania. Wiedzieliście, że Wieża Eiffla ma 1665 stopni?
Polecamy!

"Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyna Bednarek


Wydawnictwo Poradnia K
158 stron


"- Naprawdę nie wiem, gdzie się gubią... - Mama patrzyła na piętrzący się na środku łazienki stos pojedynczych skarpetek. - Przecież do pralki trafiają zawsze dwie, a potem okazuje się, że jedna gdzieś znika. Przez ostatnie lata uzbierałam ogromny wór skarpet bez pary! A to znaczy, że gdzieś w tym domu ukrywa się cała armia pojedynczych skarpet..."

książki dla dzieci

W końcu potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia - rozwiązała się tajemnica zniknięć pojedynczych skarpetek. Okazuje się, że znikają w dziurze pod pralką, by już nigdy więcej nie pojawić się w naszym domu. Justyna Bednarek puściła wodze fantazji i opowiedziała o przygodach dziesięciu skarpet (czterech prawych i sześciu lewych). O tym dokąd się udały, jakie spotkały je przygody - kilka wieczorów zapełnionych fantastycznymi opowiadaniami, pełnymi humoru i zaskakujących zwrotów akcji. Lekkie pióro autorki i ciekawe ilustracje przykuwające oko najmłodszych czytelników to na pewno znakomity duet.
Polecamy!


181. Świąteczna, psia opowieść | "Psiego najlepszego" W. Bruce Cameron

181. Świąteczna, psia opowieść | "Psiego najlepszego" W. Bruce Cameron

„Psiego najlepszego
czyli BYŁ SOBIE PIES na święta”
W. Bruce Cameron

Wydawnictwo Kobiece
2017
281 stron
tłumaczenie: Edyta Świerczyńska

książka na święta

„Kiedy przygarniasz zwierzaka, musisz mieć świadomość, że kiedyś jego strata złamie ci serce. Psy są z nami tak krótko… To nasi przyjaciele, ale są z nami tylko dekadę, może półtorej, a potem odchodzą. O tym mówię. Ich strata jest nieuchronna i musimy pogodzić się z nią.”


Świąteczna opowieść

Na chwilę wyobraźcie sobie taką oto scenkę: oświetlona, pachnącą żywicą choinka, za oknem prószy śnieg, w kominku trzaskają palące się drewienka, w tle słychać delikatne nuty „Winter Wonderland”, a w koszyku baraszkują małe, słodkie szczeniaczki – jeżeli taki widok wywołuje u Was mimowolny uśmiech na twarzy to prawdopodobieństwo, że najnowsza książka Camerona wzbudzi u Was podobne odczucia jest naprawdę spore. Akcja rozpoczyna się w październiku i toczy aż do samych świąt, kiedy też następuje punkt kulminacyjny całej powieści. Mamy więc sporą dawkę bożonarodzeniowej atmosfery w iście amerykańskim stylu. Jakby tego było mało — główny bohater mieszka w położonej nieco z dala od miasteczka chatce, w otoczeniu lasu, więc wszystko komponuje się w piękny, ujmujący obrazek.

Pies w pakiecie

Josh nie ma w życiu łatwo – niedawno rozstał się ze swoją ukochaną dziewczyną, a w pracy nie dzieje się dobrze, w dodatku jego sąsiad prosi go o przysługę – opiekę nad psem przez kilka dni. Okazuje się, że pies jest suczką, w dodatku w ciąży, a Josh nie ma żadnego doświadczenia w kwestii opieki nad zwierzętami. Cały jego świat wywraca się do góry nogami, jednak nieoczekiwanie mężczyzna szybko zaprzyjaźnia się z czworonogiem.

Dla miłośników zwierząt

Poprzednia książka W. Bruce’a Camerona „Był sobie pies” została zekranizowana i do dzisiaj cieszy się dużą popularnością, zwłaszcza wśród miłośników szczekających i merdających ogonami zwierząt, ale mnie fala entuzjazmu do tej powieści ominęła, prawdopodobnie z tego względu, że z natury jestem bardziej kociarą. Kiedy jednak okazało się, że kolejna powieść tego autora zostanie wydana, ale w duchu świątecznym to nieco zmieniłam nastawienie i byłam ogromnie ciekawa całej historii. Myślę, że to tak, jak w przypadku filmów bożonarodzeniowych. Dzięki nim nabieramy tego ducha przygotowań i oczekiwania na te szczególne, grudniowe dni. „Psiego najlepszego” jest tą aurą wyraźnie przesiąknięta – od słodkiej, chwytającej za serce okładki po samą fabułę, która nastraja optymistycznie, uderza w czułą strunę naszego serca.

O stracie

Książka jest przede wszystkim o miłości do zwierząt, zwłaszcza psów, o ich oddaniu, o tym, co wnoszą ze sobą, wkraczając do naszego świata i jak ten nasz świat się dzięki ich obecności zmienia. To niezwykle trwały układ, który scala więź i poczucie odpowiedzialności. Josh na początku nie jest zachwycony tym, że nagle musi zająć się Lucy, tym bardziej że suczka jest w ciąży. Jednak jego nastawienie szybko się zmienia, wystarczy obecność psa, by jego życie, do tej pory niezbyt szczęśliwe, nabrało innego wymiaru. Tylko co się stanie w momencie, gdy z ukochanym zwierzakiem przyjdzie się rozstać, co w chwili, gdy ta więź będzie musiała się zerwać? Właśnie rozstania są też motywem powieści – nieuchronne, trudne, zmieniające wszystko, co do tej pory było dobrze znane i bezpieczne. „Psiego najlepszego” mówi właśnie o tym etapie, kiedy w życiu nadchodzi nieuchronna strata i nie ważne, czy jest to pożegnanie z wiernym przyjacielem, rozstanie z ukochaną osobą. Przedstawia je jako kolejny rozdział naszego życia, jako pewien punkt zwrotny, od którego musimy po prostu pójść dalej.

Książka, kocyk, kakao

Powieść niewątpliwie spodoba się miłośnikom zwierząt, na pewno zrozumie ją każdy, kto w swoim życiu posiadał oddanego czworonoga, historia poruszy, ale także nastroi optymistycznie. Czytelnicy, którzy lubią wątki miłosne, także znajdą coś dla siebie, ponieważ relacja między głównym bohaterem, a Kerri, która pracuje w schronisku — mocno się zacieśnia i ciekawie rozwija wraz z biegiem akcji. „Psiego najlepszego” czyta się z przyjemnością, ze względu na opisywane wydarzenia, jak i dzięki stylowi samego autora, który jest lekki i przejrzysty. Tak naprawdę książkę można pochłonąć w jeden chłodny wieczór, otulając się kocem i popijając kakao. Jeśli więc szukacie świątecznych, nastrajających optymistycznie historii to myślę, że książka Camerona Was nie zawiedzie.

Może spodobać Ci się także:
"Wilki" Adam Wajrak

"Ogród małych kroków" Abbi Waxman


książka na święta

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.



180. Typ Klasyczny #22 | Trylogia "Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien

180. Typ Klasyczny #22 | Trylogia "Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien


Władca Pierścieni:
„Wyprawa”
„Dwie wieże”
„Powrót króla”
J.R.R. Tolkien

tłumaczenie: Maria Skibniewska
Czytelnik
1990
549 stron
453 strony
528 stron

„Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.”

Tolkien

Siedzę sobie z tymi trzema, mocno podniszczonymi licznym czytaniem i wielokrotnym przeglądaniem, książkami i wierzcie mi, że jestem w kropce, bo kompletnie nie wiem, jak napisać o tej niezwykłej trylogii, o tym, czym te powieści są dla mnie, by nie wpadać w przesadnym banał i totalny zachwyt. To jedna z tych historii, które zostają z nami na zawsze, stale obecne w naszym życiu, do których, co jakiś czas wracamy, odświeżamy je, aby móc znów je podziwiać i odkrywać na nowo.

Frodo Baggins, nieco nietypowy hobbit z Shire, staje się właścicielem pewnego pierścienia, który okazuje się być nie lada błyskotką, ponieważ należał on niegdyś do samego Władcy Ciemności, Saurona. Jedynym sposobem, by ów niezwykły, magiczny przedmiot nie dostał się w niepowołane ręce i nie zagroził Śródziemiu i jego mieszkańcom, jest zniszczenie go w Górze Przeznaczenia, samym sercu Mordoru. Wypełnieniu tego zadania podejmuje się dziewiątka śmiałków: czterech hobbitów, dwóch ludzi, krasnolud, elf i czarodziej.

Absolutna klasyka i wspaniały, dopracowany w każdym, najdrobniejszym szczególe utwór, epicka perła fantastyki – można by tak długo jeszcze pisać o najważniejszym dziele wybitnego pisarza – Johna Ronalda Reuela Tolkiena. „Władca Pierścieni” to niesamowita, pełna przygód historia, która zachwyca pokolenia czytelników.

To, co chyba najbardziej urzeka to stworzony przez Tolkiena świat – począwszy od drzew genealogicznych poszczególnych bohaterów aż po całą mitologię i historię Śródziemia, jego ras i ludów. Wczytywanie się w tę książkę jest jak podróż do innego świata, którego realia są nam przedstawione w najmniejszym detalu, do świata skonstruowanego przez jednego człowieka, który powołał do życia hobbitów, krasnoludy czy orków, stworzył ich języki, ciekawą, bujną przeszłość oraz całą topografię. To niezwykłe, w jakim stopniu autor powiązał ze sobą ten świat, scalił i uformował, w dodatku tak pięknie przedstawił nie tylko we „Władcy Pierścieni”, ale w całej swojej twórczości. Tak naprawdę trylogia jest tylko ułamkiem z tego, co Tolkien stworzył na podstawie uniwersum Śródziemia.

Tolkien

Autor, tworząc swoje powieści, pełnymi garściami czerpał z różnorodnych mitologii, między innymi z mitologii skandynawskiej, ale także z rzeczywistości, która go wtedy otaczała, ze świata, który my dobrze znamy. Przecież łagodne pagórki Shire’u to jakby odbicie angielskich krajobrazów, wojna o Śródziemie odbija echa okrutnych wojen światowych w XX wieku. Dużo jest tutaj takich nawiązań, a przesłanie dzięki temu staje się jeszcze bardziej uniwersalne, całkowicie ponadczasowe. Tolkien  wyraża w swym słynnym utworze pacyfistyczne uczucia – żadna bitwa, żadna walka nie może nie pozostawić śladów, za każdą cena będzie wysoka, a przyszłość całych narodów zależeć może od istot zupełnie niepozornych, na pierwszy rzut oka słabych, których czyny, dobre lub złe, mają czasami ogromne znaczenie. Tolkien w piękny sposób przedstawia także przyjaźń, tą najprawdziwszą, lojalną i trwałą, jak w przypadku Froda i Sama – do samego końca czy nieco szorstką – między Gimlim i Legolasem.

Tolkien to absolutny mistrz słowa, genialny opowiadacz, który przenosi czytelnika do zupełnie innego wymiaru, a stworzona przez niego historia to ponadczasowa perła, która nadała fantastyce zupełnie nowego znaczenia i stała się niedoścignionym wzorem w swoim gatunku. Przygody Froda, Sama, Aragorna czy Gandalfa to nie tylko nierzeczywiste, baśniowe opowieści, to bardzo ważna, niezwykle pouczająca historia, w której łatwo znaleźć potępienie dla okrucieństwa, władzy absolutnej, braku poszanowania dla natury. Może przez to tak łatwo trafia do różnorodnych odbiorców i od lat zachwyca kolejnych czytelników.

tolkien


179. Pani komisarz na tropie seryjnego mordercy | "Szadź" Igor Brejdygant

179. Pani komisarz na tropie seryjnego mordercy | "Szadź" Igor Brejdygant

„Szadź”
Igor Brejdygant

Wydawnictwo Marginesy
2017
416 stron

„W jej pracy nadużywanie środków zmieniających świadomość nie było zresztą niczym niezwykłym, tyle że większość kolegów pod wpływem stresu pracy wśród zła i śmierci uciekała w alkohol, a ten dla Agnieszki był za ciężki i w zbyt wyraźny sposób upośledzał zdolność logicznego myślenia. Spadek ilorazu inteligencji był dla komisarz Polkowskiej absolutnie nie do zaakceptowania.”

Jestem świeżo po lekturze „Szadzi” Igora Brejdyganta i przyznaję, że w pewnym stopniu sama do końca nie wiem, czy jestem nią zachwycona, czy bardziej rozczarowana. To dwa skrajnie różne odczucia, jednak nie mogę ukryć, że przy elementach, które niewątpliwie bardzo mi się spodobały były i takie, które autorowi się nie udały.

W lesie zostają odnalezione zwłoki młodej dziewczyny. Została zabita w bestialski sposób, niepozostawiający cienia wątpliwości, że jest to morderstwo dokonane przez człowieka, lubującego się w zadawaniu cierpienia innym. Komisarz Polkowska trafia na trop seryjnego mordercy, który z zimną krwią planuje kolejną zbrodnię. Rozpoczyna się wyścig z czasem i walka o życie.

Fabuła jest prowadzona między trzema osobami, co jest dosyć ciekawym zabiegiem, ponieważ równocześnie możemy śledzić losy trójki bohaterów – komisarz Polkowskiej, mordercy oraz potencjalnej ofiary. Pomaga to w pewnym stopniu mieć szerszą, ciekawszą perspektywę na opowiadaną historię, zgłębić nie tylko losy postaci, ale także ich psychikę, rozterki, przeżycia. Z drugiej strony taki wybieg może okazać się dla pisarza pułapką – gdy czytelnik wie, kto jest mordercą i jakie będą jego następne kroki - pozbawia się elementu zaskoczenia, co w przypadku kryminału bądź thrillera jest dość znaczące. Tak naprawdę od samego początku wiemy, w jaki mniej więcej sposób potoczą się wydarzenia, nie wiemy tylko, co przydarzy się po drodze i czy autor nie kryje w zanadrzu jakiejś niespodzianki. Na szczęście w „Szadzi” Igor Brejdygant potrafi wprowadzić odpowiednie napięcie, trzymać w niepewności, a nawet tak zwrócić akcję w samym zakończeniu, że powieść czyta się od początku do ostatniej strony z zainteresowaniem.

recenzja


Same postacie są ciekawie zarysowane, zwłaszcza nasza główna bohaterka, czyli komisarz Polkowska, która ma na swoim koncie — standardowo, jak w przypadku innych bohaterów kryminałów – wiele niejasnych spraw z przeszłości, takich, które nieco zaburzają jej życie, nadają jej wielowymiarowości. Wystarczy napisać, że pani policjant jest w związku z inną kobietą i od osiemnastu lat nie miała kontaktów z córką i już wiadomo, że to nietuzinkowa osoba. Jest pełna temperamentu, niepokorna i, oczywiście, inteligentna, przez co w męskim świecie policjantów spotyka się z niemałym ostracyzmem. Natomiast jej antagonista – seryjny morderca to równie inteligentny przeciwnik, w którego głowie rodzi się szatański plan. Ich spotkanie jest nieuniknione, a skutki mogą być nieprzewidziane.

Igor Brejdygant jest scenarzystą, reżyserem i fotografem, i sądzę, że w „Szadzi” bardzo widoczne jest doświadczenie w pisaniu scenariuszy. Akcja jest szybka, prosta, rozdziały są krótkie, czasami przypominają scenki z filmów, małe obrazy, które nieco wnoszą do całości. Jesteśmy przerzucani od jednego bohatera do drugiego, od jednego wydarzenia do następnego, w szybkim, filmowym tempie, co bardzo ułatwia czytanie i lektura mija nam naprawdę szybko. Sam styl wypowiedzi jest przyzwoity, jeśli chodzi o kryminał, wystarczający. Nieco nużące mogą być objaśnienia dotyczące zachowań bohaterów, psychologiczne próby tłumaczenia ich problemów i zachowań, bardzo standardowe i stereotypowe, takie jak trudne dzieciństwo czy brak matki. Autor wzbogacił jednak fabułę o dylematy moralne, aktualne problemy polityczne oraz warstwę obyczajową, co na pewno dodaje powieści nowy, świeży wymiar. Książka jest bardzo osadzona w naszych realiach, przez co spodoba się czytelnikom, którzy lubią, gdy w literatura jest zakotwiczona  w świecie, który dobrze znamy.

„Szadź” przeczytałam z zapartym tchem, zwłaszcza przy ostatnich stronach, gdzie atmosfera napięcia znacznie się nawarstwiła, a akcja powieści nabrała sporego rozpędu, pomimo tego, że już na samym początku można domyślić się, jakie może być zakończenie. Ogólnie sama historia wydaje się mroczna, niepokojąca i intrygująca, więc ostatecznie lektura była w miarę zadowalająca.

recenzja


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

178. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego | "Charlie i fabryka czekolady" Roald Dahl

178. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego | "Charlie i fabryka czekolady" Roald Dahl

„Charlie i fabryka czekolady”
Roald Dahl

Wydawnictwo Znak emotikon
2017
254 strony
literatura dziecięca

„Wszystko jest tutaj jadalne, łącznie ze mną. Ale to nazywa się kanibalizmem, drogie dzieci, i spotyka się z dezaprobatą w większości społeczeństw.”

Roald Dahl jest jednym z najpopularniejszych pisarzy literatury dziecięcej na świecie, jego powieści tłumaczone są na różne języki, a ich ekranizacje cieszą się przeogromną popularnością. Stworzył wiele fantastycznych, wyjątkowych historii, które zachwycają do dziś, mimo, że od ich powstania minęło kilkadziesiąt lat są nadal aktualne i nie tracą nic ze swej wartości.

Charlie Bucket to chłopiec, który mieszka w małym, drewnianym domku na obrzeżach dużego miasta. Razem z nim mieszkają jego rodzice oraz dziadkowie. Niestety nie powodzi im się dobrze, cierpią biedę, niedostatek, a czasami nawet głód, jednak bardzo się szanują i dbają o siebie. Niespodziewanie Willy Wonka, genialny właściciel ogromnej fabryki czekolady ogłasza, że wpuści do swojej zamkniętej do tej pory dla zwiedzających, fabryki piątkę dzieci, a jednym ze szczęśliwców jest właśnie Charlie.

Nie ukrywam, że, czytając książkę dzieciom - sama miałam z tego nie mniej frajdy, co oni. Poznawanie losów głównego bohatera, a następnie wędrówka po absolutnie fenomenalnej, pełnej zaskakujących wydarzeń, niezwykłej fabryce Willy’ego Wonki to wspaniałe przeżycie nawet dla osoby dorosłej, za którą się już od dawna uważam. Czego tutaj nie ma! Małe ludziki pracujące niczym mrówki przy produkcji słodyczy, rzeka z płynnej czekolady, guma do żucia o smaku trzydaniowego obiadu i wiele, wiele innych rzeczy, stworzonych przez niczym nieskrępowaną wyobraźnię autora. Ta książka to prawdziwa gratka dla każdego dziecka, ale także dla tych, którzy lubią słodycze, czekoladę i cukierki. W tym całym bogactwie zaskakujących rzeczy są dzieła śmieszne, kompletnie odrealnione i nierzeczywiste, a jednak zawsze można pomarzyć, że istnieją one naprawdę, że można je nawet samemu skosztować. Kogo nie skusi taka gama smaków, aromatów i barw, dostępna, chociażby tylko w naszej wyobraźni?

Ważnym elementem samej powieści, tuż obok jej niezwykłej, upstrzonej cukrem fabuły jest oczywiście sam przekaz. Książka stworzona została kilkadziesiąt lat temu, a jednak podczas lektury nie można tego odczuć, nie można też oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze mogłaby być napisana w dzisiejszych czasach. Oprócz Charliego w książce występuje jeszcze czwórka dzieci, podobnych im można spotkać na każdym kroku – dzieci zapatrzone w brutalny świat telewizji, rozpieszczane, niegrzeczne czy łakome. Co ciekawe, za każdym z tych dzieci w książce stoją ich rodzice, a nieodpowiednie zachowania zawsze spotyka kara lub nauczka. Jedynie Charlie, skromny, biedny chłopiec wyróżnia się wśród nich, ale czy przy ekscentrycznym producencie czekolady można być pewnym swego losu?

Chciałabym także wspomnieć o wydaniu, które w naszym przypadku oznaczone jest jako „lektura z opracowaniem”. Przyznam, że zamawiając nie do końca byłam przekonana co do takiego „ułatwienia”, jednak okazało się, że publikacja jest w twardej oprawie (starczy na lata), ma cudne ilustracje Quentina Blake’a i w środku znajdziemy kilka ciekawostek i wskazówek, jak czytać powieść, by jak najlepiej ją zrozumieć i zapamiętać oraz informacje, na co zwracać uwagę. Pod koniec dołączono również kilka stron poświęconych samemu Roaldowi Dahlowi.

Jeśli więc nie mieliście jeszcze tej przyjemności i nie czytaliście „Charlie i fabryka czekolady” to serdecznie zachęcam, niezależnie od tego ile macie lat i czy w najbliższym czasie owa książka nie będzie Waszą lekturą. Warto ją poznać i razem z Charliem przemierzyć labirynty najbardziej niezwykłej fabryki czekolady jaką możemy sobie wyobrazić.

literatura dziecięca

177. Podsumowanie października

177. Podsumowanie października



Październik to miesiąc, który jest dla mnie naprawdę wyjątkowy - uwielbiam jesień, a w październiku mamy sam środek tej pory roku, dni są krótsze, noce dłuższe, ale nic tak nie sprzyja czytaniu jak długie wieczory. Do tego koc, ciepły sweterek i kubek pełen aromatycznego napoju. Poza tym to miesiąc moich urodzin, niestety już nie "nastych" ani dwudziestych... I nie zapominajmy o Halloween :)

I krótka foto-migawka październikowa :)

W ostatnich tygodniach udało mi się przeczytać kilka naprawdę dobrych książek, w dodatku różnorodnych, więc trudno wybrać mi tą, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Aktualnie zaczęłam "Labirynt duchów" Zafona, trochę przeraża mnie ta "cegła", ale może zadziała się magia i przeczytam ją szybko, połykając kolejne rozdziały. Rozpoczęłam też lekturę "Szadzi" Igora Brejdyganta od Wydawnictwa Marginesy.


Przeczytane w październiku:

"Pogromca grzeszników" Grzegorz Kalinowski
"Lab Girl" Hope Jahren
"Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska
"Morze kłamstwa" Joanna Jax
"Vilette" Charlotte Bronte

A jak Wam minął ten miesiąc? Jakie macie plany na listopad?

176. Zwykłe w swej nadzwyczajności | „Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej” Jerzy Chociłowski

176. Zwykłe w swej nadzwyczajności | „Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej” Jerzy Chociłowski

„Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej”
Jerzy Chociłowski

Wydawnictwo Akurat
2017
320 stron

„Jej matka Janina mówiła po wojnie, że Krystyna nigdy nie pragnęła być bohaterką ani nie marzyła o sławie w jakiejkolwiek postaci. Chciała być przede wszystkim sobą, a nadawanie jej monumentalnego wymiaru jest w niezgodzie ze zwyczajnością, z prostotą, jaka ją cechowała. Czy naprawdę Krystyna Krahelska była zwyczajną dziewczyną? Być może w swej skromności za taką się uważała, ale trudno nie ulec wrażeniu, że była to zwyczajność niezwykła. Taka sama, jaką miały w sobie inne dziewczyny z jej pokolenia, z tego samego kruszcu. Były zwyczajne w swojej nadzwyczajności.”

Prawo wyborcze dla kobiet w Polsce zostało uchwalone niedługo po odzyskaniu niepodległości, Polska wprowadziła je jako jedne z pierwszych krajów na świecie. Był to oczywiście istny kamień milowy, jeśli chodzi o dążenie do wyrównania płci, chociaż tak naprawdę nadal kobiety musiały mierzyć się z przeciwnościami, jakie stawiało im życie oraz od lat przyjęte obyczaje. Rolą kobiety było wychowywanie potomstwa i opieka nad ogniskiem domowym, jednak spoza ten schemat matki-polki czasami wychodziły nieprzeciętne, wyjątkowe jednostki, niezapomniane postacie w barwnej, a przy tym boleśnie krótkiej historii II RP.

11 listopada 1918 roku narodziło się nowe państwo, ze starych zgliszczy, z różnorodnych łat, uprzednio rozdartych między zaborców, niepewne własnej pozycji wobec innych, niepewne własnego bezpieczeństwa, kruche jeszcze i słabe, ale z nadziejami na przyszłość. II Rzeczpospolita to może nie najlepszy okres w dziejach Polski, ale nie da się ukryć, że był to czas niezwykły, płodny artystycznie, pełen zmian i dobrych perspektyw. W książce Jerzego Chociłowskiego „Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej” autor przedstawia nam sylwetki kobiet żyjących w czasach międzywojennych. Trzydzieści rozdziałów poświęconym trzydziestu naprawdę wyjątkowym paniom, które dzięki swoim czynom, pasji, bądź osiągnięciom trwale wpisały się na kartach historii.

Tym, co na pierwszy rzut oka zwraca uwagę czytelnika to na pewno różnorodność, wybór autora jest znakomity i wielostronny. Zaczynając od tego, że niektóre z tych nazwisk są nam już faktycznie dobrze znane, takie panie jak Maria Skłodowska-Curie czy Kazimiera Iłłakowiczówna to postacie rozpoznawalne, ale już takie nazwiska jak Krystyna Krahelska czy Lucyna Messal są już nam raczej obce. Mamy w tym doborowym gronie przedstawicielki sztuki, nauki, aktorki, śpiewaczki, bohaterki wojenne, wpływowe kobiety, które cieszyły się dużym uznaniem lub wręcz uwielbieniem wśród współczesnych, mamy także osoby, których losy były w miarę szczęśliwe, wiodły ogólnie spokojne życie, ale są też takie, których smutne dzieje wzruszają do łez. Sądzę, że o każdej można by napisać oddzielną powieść, ponieważ ich doświadczenia były tak bogate, a przeżyte chwile tak ciekawe i inspirujące, że starczyłoby na te trzydzieści głównych wątków.


Autor z wiedzą i wsparciem całkiem bogatej bibliografii w przystępny sposób w każdym rozdziale pisze o innej kobiecie – są podstawowe informacje o jej życiu, dokonaniach, gdzieniegdzie okraszone cytatami, krótkimi anegdotami, ale też faktami. Wszystko to podane w takiej formie, że całość odbiera się zaskakująco dobrze jak na coś w rodzaju krótkich notek biograficznych. Książkę czyta się z prawdziwym zainteresowaniem, nie tylko ze względu na inspirujące i poruszające historie bohaterek, ale także z uwagi na styl Chociłowskiego, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, na jakich wydarzeniach położyć większy akcent, by w rezultacie mocniej przyciągnąć uwagę czytelnika.

„Niezwykłe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej” to na pewno gratka dla każdego miłośnika okresu międzywojennego, pełna informacji, ciekawostek niezapomnianych kobiecych postaci — różnorodnych, wyjątkowych, wspaniałych.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat

175. Warszawa, jakiej nie znacie | "Pogromca grzeszników" Grzegorz Kalinowski

175. Warszawa, jakiej nie znacie | "Pogromca grzeszników" Grzegorz Kalinowski


„Pogromca grzeszników”
Grzegorz Kalinowski

Wydawnictwo Muza
2017
560 stron



„Są ludzie, których trudno przestraszyć, a do nich należał na pewno przodownik Zygmunt Stolarczyk.
-Nie wyjdziesz stąd żywy, frajerze. - powiedział apasz z nożem i splunął pod nogi Stolarczyka.
W służbie od 1915 roku, ochotnik w policyjnym pułku podczas wojny z bolszewikami, zapaśnik i człowiek, któremu nigdy ręka nie drgnęła. Z różnych opresji wychodził, ale teraz było kiepsko, naprawdę kiepsko. Przodownik myślał o tym, ścierając krew z rozbitego nosa i pękniętej wargi.”

Warszawa, lata 30. XX wieku. W brutalny sposób zostaje zamordowana Madame Gala, była prostytutka i burdelmama, jej klientami byli zamożni i wpływowi mieszkańcy stolicy. Rozpoczyna się żmudne śledztwo, dochodzi także do innych, krwawych zbrodni, które łączy alfons-pogrom z 1905 roku. Sprawę prowadzą aspirant  Strasburger oraz przodownik Stolarczyk, a zdarzenia skrzętnie opisuje w „Expressie Warszawskim” ambitny i żądny sensacji, Edward Giez.

Muszę przyznać, że hasło „retro kryminał” natychmiast budzi moje zaciekawienie – połączenie sensacyjnej intrygi z historią to, coś, co przyciąga moją uwagę i w większości przypadków bardzo mi się podoba. Taki nurt doskonale nawiązuje do genialnych dzieł Agaty Christie, które absolutnie uwielbiam i uznaję za niedoścignione wzory idealnych kryminałów. Tym razem postanowiłam przeczytać najnowszą powieść Grzegorza Kalinowskiego, której akcja toczy się w latach 30. ubiegłego wieku, w Warszawie.

Autor stworzył cykl „Śmierć frajerom”, składający się z trzech książek, których sensacyjno-przygodowa akcja również toczy się na początkach XX wieku w stolicy. Seria ta cieszy się dużą popularnością wśród czytelników, ale także wywindowała Kalinowskiego jako dobrze zapowiadającego się pisarza, który świetnie odnajduje się w tematach związanych z historią. Myślę, że „Pogromca grzeszników” tylko tę tezę potwierdza – co mnie ogromnie pozytywnie zaskoczyło, ale także sprawiło, że z jeszcze większą przyjemnością zagłębiałam się w lekturze.



Akcja książki, dziejąca się w czasach II RP, gdy młode i energicznie rozwijające się państwo stara się ugruntować swoją pozycję na arenie międzynarodowej i scalać wielokulturową i wielonarodową społeczność, ma fantastycznie oddany klimat. Podziwiam każdy szczegół, każdy niewielki detal, który sprawia, że ani na moment nie mamy wątpliwości, w jakie czasy przenosi nas autor. Nazwy ulic, cała topografia warszawska, ubiory, obyczaje, dialogi - wszystko to jest jakby żywcem wyjęte z tamtej epoki, dopracowane i przemyślane, by zrobić jak najbardziej pozytywne wrażenie na czytelniku i by jak najlepiej przedstawić opowiadaną fabułę. Kalinowski niezwykle umiejętnie lawiruje również między faktami, prawdziwymi zdarzeniami i ludźmi, którzy naprawdę żyli w tamtych czasach, a tym, co zostało wymyślone w jego głowie, dokąd poniosła go własna wyobraźnia. Razem tworzy to świetnie dopracowaną całość, gdzie różnorodne wątki łączą się ze sobą i scalają fabułę.

Sama intryga, co nieco mnie zawiodło, nie jest mocno rozbudowana, a akcja jest nieco stateczna i typowo w klimacie starych, dobrych kryminałów. Trochę brakuje mi tego zaskoczenia w niektórych momentach oraz mojego samodzielnego wysnuwania wniosków, jednak dzięki temu autor uniknął przesady w drugą stronę – przy takiej ilości pobocznych wątków, bohaterów i informacji można łatwo się pogubić, gdy tropy, wiodące do przestępcy są zawiłe i niejasne. W przypadku „Pogromcy grzeszników” wszystko jest logiczne, trzyma się miarowego tempa, dzięki któremu możemy skupić swoją uwagę na warstwie obyczajowej oraz relacjach między bohaterami.

A postaci jest w tej powieści całkiem sporo – autor przerzuca nas głównie między parą policjantów, prowadzących dochodzenie, a rozpoczynającego właśnie swoją karierę dziennikarza, ale mimo to od czasu do czasu wtrąca innych, bardziej pobocznych, i nie tak ważnych z perspektywy głównego wątku, bohaterów z różnych warstw społecznych. I tutaj muszę również się zachwycić – postacie są różnorodne, zupełnie odrębnie skontrowane, mają swoje wady, zalety, charakterystyczne cechy, własny sposób wysławiania się. Zawsze zwracam na to szczególną uwagę i bardzo się cieszę, że Grzegorz Kalinowski dba o to, by jak najwierniej oddać ludzi, którzy żyli w tamtych czasach.

„Pogromcę grzeszników” serdecznie polecam – jeśli lubicie aurę sensacyjno-przygodową, jeśli kuszą Was gangsterskie historyjki  z mrocznego, ulicznego półświatka przestępców, alfonsów i prostytutek, opowiedziane z fantazją, ale także wiernym odwzorowaniem realiów. Powieść jest także znakomitą gratką dla miłośników historii Warszawy – znajdziecie tutaj na pewno niezapomniany klimat.




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

174. KKIJ | "Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach

174. KKIJ | "Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach


„Wampiry, potwory i inne nieziemskie stwory”
Sylwia Błach

Wydawnictwo Albus
2017
138 stron



„- Po co to robimy?
Potworzyca się zadumała. W końcu rzekła:
- Świat nie jest czarno-biały, są rzeczy dobre i złe. Dziecko znające od małego i szczęście i strach, umie podejmować właściwe decyzje – ratuje się ucieczką w chwilach zagrożenia i pokonuje słabości, gdy strach jest nieuzasadniony.
Potworek zrozumiał. Całą noc dzielnie straszył. Dla dobra podopiecznej.”

„Wampiry, potwory, upiory...” kupiłam z myślą o młodszym synu, jednak po przejrzeniu książki, przeczytaniu paru stron, stwierdziłam, że treść w niektórych momentach nie nadaje się jeszcze dla pięcio-sześciolatka. Jednak idealnie trafiła w gust starszego, który jako poważny dziesięciolatek już trochę wie o życiu i nie tak łatwo go nastraszyć.

Strach od samego początku towarzyszy każdej istocie na ziemi, człowiek nie jest w tym przypadku odosobnionym bytem, jednak nasz strach przybiera przeróżne formy. Boimy się śmierci, boimy się tego, co nieznane, lękamy się zamkniętych przestrzeni bądź pająków, paraliżuje nas sama myśl o locie samolotem lub wpadamy w panikę, gdy nagle w domu gasną wszystkie światła. Człowiek, próbując okiełznać rzeczywistość, nazwać te niezwane lęki i słabości, niewytłumaczalne i tajemnicze zjawiska, a także dać upust własnej fascynacji mrokiem i tym, co się w nim kryje, stworzył również szereg przeróżnych istot. Niektóre z nich mają określoną formę, wiadome cechy, inne zmieniają się niczym mgła, przybierają taką postać, by tym łatwiej wpływać na naszą wyobraźnię. Wśród takich potworów są między innymi:wampiry, ghule, wodniki czy wilkołaki, są także mityczne bestie i stworzenia z podań i legend. Ten cały szereg stworzeń przedstawiła w swojej fantastycznej książce pani Sylwia Błach, młoda autorka, spod której pióra wyszły opowiadania i powieści grozy.

W książce każdy rozdział poświęcony jest jednej, niezwykłej istocie – znajdziecie tutaj centaury, olbrzymy, slendermany, jednorożce, smoki, wilkołaki, zombie czy poltergeisty, czyli cały potworny przekrój od mitów, baśni, legend miejskich lub współczesnej popkultury. Sylwetka jest nam przybliżona, dostajemy krótkie informacje o jej pochodzeniu, zwyczajach i wyglądzie, a także przykłady z filmów, powieści czy komiksów, gdzie jeszcze je możemy spotkać, a takich nawiązań do współczesnej kultury jest naprawdę sporo i jeśli ktoś dalej zapragnie tropić te dziwaczne stworzenia to na pewno znajdzie coś dla siebie.

Czymś, co wyróżnia książkę „Wampiry, potwory, upiory...” od podobnych antologii to drabble, czyli krótka historyjka, opowiadanie składające się dokładnie ze stu słów. Niekiedy są to pełne humoru powiastki, inne zaś mają w sobie odrobinę smutku i zadumy, jednak każda z nich ma w sobie pewien przekaz, jakąś myśl, którą można łatwo wychwycić. Jest to wspaniałe uzupełnienie danego rozdziału czy też nawiązanie do omawianej postaci. Co ciekawe, na początku rozdziału znajdują się wyłapane z tekstu, trudniejsze, bądź nieznane młodemu czytelnikowi, słówka oraz ich znaczenie – bardzo ułatwia to odbiór treści.

Warto także wspomnieć o samym wyglądzie książki, bo na pewno jej strona wizualna jest w tym przypadku ogromną zaletą. Ilustracje wykonała pani Paulina Daniluk i trzeba przyznać, że jest to kawał świetnej roboty, ja przynajmniej jestem oczarowana tymi rysunkami w odcieniach szarości oraz kontrastowych barw bieli, czerni i czerwieni. Różnorodność stylu oraz wyobrażeń potworów i istot mitycznych robi duże wrażenie, oszczędność formy i kolorów nie jest tutaj czymś, co umniejsza wartość artystyczną, wręcz przeciwnie. Dodatkowo twarda oprawa, duży format czy piękny, matowy papier sprawiają, że po książkę sięga się z wielką chęcią i przyjemnością, chociażby tylko po to, by ją przejrzeć.

Serdecznie polecamy tę książkę, nie tylko przy okazji Halloween – będzie fantastyczną, pierwszą antologią strachów i potworów, w przystępnej dla dziecka formie, ale raczej dla odbiorców, którzy mają skończone osiem lat.



173. Najbardziej inspirująca książka 2017 roku | "Lab Girl" Hope Jahren

173. Najbardziej inspirująca książka 2017 roku | "Lab Girl" Hope Jahren


„Lab Girl”
Hope Jahren

Wydawnictwo Kobiece
2017 
432 strony

recenzja

"Mówiono mi, że nie mogę robić tego, co chcę, ponieważ jestem kobietą, i że pozwolono mi to robić tylko ze względu na to, że nią jestem.”

Czytając opinie o książce Hope Jahren „Lab Girl”, często spotykałam się z określeniem, że to fenomenalna autobiografia - nie do końca wierzyłam, że te słowa będą aż tak trafne. Sądziłam, że są lekko przesadzone i z takim też, delikatnie sceptycznym nastawieniem, podeszłam do lektury. Okazało się jednak, że książka jest naprawdę znakomita. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i stała się od razu jedną z lepszych książek, jakie dane mi było przeczytać w tym roku.

Hope Jahren jest uznaną biolożką, póki co także jedyną kobietą-naukowcem, która może pochwalić się medalem European Biophysical Societies’ Association w dziedzinie nauk o Ziemi. Pracuje obecnie na Uniwerystecie Oslo, ale droga jej naukowej kariery była wyboista, pełna wyrzeczeń, rozczarowań i ciągłego dążenia do celu. Od najmłodszych lat przejawiała ogromne zainteresowanie laboratorium swojego ojca, gdzie spędzała każdą wolną chwilę. Postanowiła zdobyć tytuł naukowy, walczyła o pieniądze na swoje badania, o uznanie wśród innych badaczy, o sukces własnych przedsięwzięć, czasami poświęcając dla marzeń i ogromnej pasji naprawdę dużo. Starała się godzić sferę zawodową z prywatną.

„Lab Girl” to niezwykle inspirująca powieść o zdecydowanej, pewnej siebie kobiecie, która pomimo przeciwności losu realizuje zamierzone cele. Z lektury płynie wprost do czytelnika dawka motywacji i przekonania, że warto walczyć o to, na czym nam bardzo zależy, niezależnie od tego kim jesteśmy – mamy prawo do szczęścia, spełnienia i samorealizacji.

Hope Jahren obrazuje nam życie naukowców, pokazuje problemy z jakimi muszą się zmierzyć, drobne sukcesy i porażki okupione długimi godzinami spędzonymi w czterech ścianach laboratorium, niekiedy rezygnacją z tego, co oferuje otaczająca ich rzeczywistość, z życia prywatnego i rozrywki. Dla mnie było to poznanie zupełnie innego świata – świata próbówek, eksperymentów i przeróżnych badań czyli coś z czym na co dzień nie mam do czynienia. Autorka opisuje także współprace z innymi badaczami, ze studentami, a także relację z najbliższym przyjacielem, Billem – człowiekiem niezwykle oryginalnym, ciekawym i genialnym.

Jednak „Lab Girl” to coś znacznie więcej niż autobiografia naukowca, to również świetna publikacja przybliżająca nam, laikom, ten niezwykły, tajemniczy świat roślin i drzew. W dodatku jest to tak przedstawione, że czyta się te informacje niczym ogromnie zajmującą powieść. Wątek autobiograficzny przeplata się z opowieścią ze świata roślin – pełne zrozumienia, fascynacji i olbrzymiego szacunku do niezwykłego procesu wzrostu i życia drzew. Jest to napisane tak przystępnym, ale przy tym mądrym i miejscami zabawnym językiem, że wielu pisarzy powinno zazdrościć pani doktor kunsztu literackiego.

Książka Hope Jahren powinna spodobać się każdemu – bez względu na to czy marzy nam się takie życie naukowca czy nie, ponieważ przekaz jest w tym przypadku dość uniwersalny, a całość jest fantastycznie inspirująca i motywująca. To naprawdę godna uwagi autobiografia, w której znaleźć można dużą dawkę miłości, pasji, szacunku do otaczającej nas przyrody, a co za tym idzie – pokory i zrozumienia. Dzięki tej książce możemy zrozumieć jak wiele łączy nas z pozornie odrębnym życiem drzew. Szczerze polecam!

recenzja



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
172. Takie rzeczy to tylko w sanatorium...| "Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska

172. Takie rzeczy to tylko w sanatorium...| "Sanatoryjny romans z inspiracją" Aneta Wybieralska


„Sanatoryjny romans z inspiracją”
Aneta Wybieralska

Wydawnictwo Novae Res
2017
436 stron


„W naszym pięknym, podobno demokratycznym i wcale nie zacofanym kraju – teoretycznie przynajmniej – ciągle jeszcze panuje absurdalny stereotyp, że człowiek to od razu musi być facet. Dopiero potem, po głębszej analizie socjologicznego zjawiska oraz po przestudiowaniu ustawy zasadniczej, czyli Konstytucji RP z zapisem o równości płci, niektórzy dochodzą do genialnego z natury wniosku, że człowiekiem może być kobieta.”

Do książki Anety Wybieralskiej pod tytułem „Sanatoryjny romans z inspiracją” podeszłam bez większych oczekiwań, ale też z małym zainteresowaniem. Nic wcześniej nie słyszałam o tej publikacji, nie wpadłam na nią w księgarni czy gdzieś w rekomendacjach na blogu, a okładka, która czasami daje nam, co prawda niejasne, ale zawsze jakieś wyobrażenie o książce, nie nasuwa w tym przypadku żadnych skojarzeń czy tropów dotyczących samej treści. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że lektura nie była zła, wręcz przeciwnie, zapewniła mi sporą dozę rozrywki i całkiem dobrego humoru.

Główna bohaterka, której imię przez całą akcję powieści nie zostaje wyjawione, to pani w średnim wieku, której jedną z życiowych pasji jest wypoczynek w różnego rodzaju kurortach, pensjonatach, uzdrowiskach i sanatoriach. Ze swoich licznych wojaży po kraju wraca z całą masą przeróżnych anegdotek dotyczących życia podczas takiego wypoczynku.

A dzieje się tam dużo… Liczne romanse, zdrady, przelotne znajomości i cała masa przeróżnych, ludzkich charakterów. A w samym centrum wydarzeń nasza główna bohaterka, która obdarzona jest trafnym zmysłem obserwacji, nieco ironicznym poczuciem humoru i doskonale potrafi te liczne historyjki opowiedzieć. Aneta Wybieralska stworzyła ciekawą, zabawną powieść, którą czyta się naprawdę lekko i bez zniecierpliwienia, to doskonała rozrywka na chłodne i długie jesienne wieczory. Dosyć oryginalnym pomysłem jest sama forma powieści, która pozwala na swobodne przenoszenie się z jednego tematu na drugi, z jednej, pełnej pasji i awantur relacji do kolejnej, nie mniej ciekawej.

Masa postaci, jakie przewijają się przez strony „Sanatoryjnego romansu z inspiracją” to osoby jakby żywcem wyjęte z prawdziwego życia, to ludzie, których spotykamy na co dzień, mijamy na ulicy, czy zdawkowo się witamy, to może być pani Helenka z kiosku, albo pan Włodek z sąsiedniego bloku. To zwyczajni ludzie, których życie, według niektórych, już dawno przestało być barwne i emocjonujące, tymczasem na rzeczonych turnusach dla zdrowia, wyjazdach do uzdrowisk, kiedy wyrwani z własnej codzienności, stykają się ze sobą, przeżywają wiele sercowych przygód, miłostek, dylematów. Autorka przedstawiła nam te wydarzenia w sposób zabawny, ale nie prześmiewczy, z lekkim przymrużeniem oka, z ironią, ale sympatycznie. Dużą zaletą jest tutaj sama centralna postać powieści, która już od pierwszych stron wzbudza w czytelniku same pozytywne odczucia, ta pani w średnim wieku na pewno da się lubić, a jej swobodny i bezpośredni kontakt z odbiorcą tylko ułatwia zagłębianie się w te liczne, interesujące historyjki.

Książka wydaje się być przeznaczona dla starszych osób, którzy dobrze znają owe sanatoryjne przygody, lub którzy w swoim życiu co nieco na ich temat już zdążyli usłyszeć. Sądzę jednak, że może trafić do osób nieco młodszych, którzy lubią tego rodzaju historie, pełne humoru teksty oraz swobodny styl wypowiedzi pisarki. A jeśli wydaje się Wam, że sanatoryjne życie jest nudne i jednostajne, to lektura może Was szybko wyprowadzić z błędu.

171. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kevin sam w domu" i "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"

171. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - "Kevin sam w domu" i "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki"


Nasza ostatnia wyprawa do biblioteki zakończyła się pomyślnie - przynieśliśmy ze sobą do domu kilka ciekawych tytułów, w tym jeden dość zaskakujący, a mianowicie: "Kevin sam w domu", książka, która powstała na bazie kultowego już filmu oraz krótka historyjka o przyjemności czytania czyli "O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki".




"Kevin sam w domu"

Wydawnictwo Znak
rok wydania:
 2015
liczba stron:
48

"Następnego ranka w domu było bardzo, bardzo cicho.
Nikt nie krzyczał. Nikt nie biegał w kółko.
Nikt nie poganiał Kevina, żeby się pośpieszył i zjadł śniadanie.Nikogo nie było w domu.
Kevin w końcu zrozumiał, co się stało.
- Sprawiłem, że moja rodzina zniknęła!"

Mały Kevin McCallister ma już serdecznie dość swojej rodziny, marzy o tym, by zostać sam w domu, bez mamy, taty i nieznośnego rodzeństwa. Nieopatrznie wypowiedziane życzenie spełnia się i chłopiec, ku swej początkowej radości, staje się panem domu. Okazuje się jednak, że grozi mu niebezpieczeństwo, musi więc liczyć na swój nietuzinkowy spryt i kreatywność godną ośmiolatka, by ochronić siebie i swój dom.

"Kevin sam w domu" to już swoisty element naszej narodowej tradycji przedświątecznej, czy go lubimy, czy nie. Na podstawie scenariusza powstała książka dla młodych czytelników z pełnymi uroku ilustracjami Kim Smith, która pięknie odtworzyła opowiadaną historię, ale także wyczarowała miłe dla oka, przykuwające uwagę obrazki. To zdecydowanie odpowiednia oprawa książki, jej niewątpliwie dobra strona. Dla tych dzieci, które znają filmowy pierwowzór to na pewno spora gratka. Wizualnie całość prezentuje się znakomicie - czcionka duża, wyrazista, dynamicznie rozmieszczona, dzięki czemu czyta się naprawdę dobrze, nawet, jeśli nasz malec dopiero uczy się czytać.

Z lektury płynie także dosyć jasny i wyraźny przekaz, który dziecko z pewnością zrozumie - w gniewie mówimy czasami słowa, których tak naprawdę nie chcemy powiedzieć, albo też nie znamy ich konsekwencji. Dla młodego czytelnika może to być wyraźna wskazówka, pokazująca do czego czasami doprowadzić mogą nasze pochopnie wypowiedziane życzenia. Na szczęście, podobnie jak w filmie, wszystko dobrze się kończy, a nasz główny bohater ratuje się z opresji i godzi się ze swoją rodziną.

Myślę, że "Kevin sam w domu" to ciekawa, pięknie zilustrowana i prosto opowiedziana historia, która sprawdzi się zwłaszcza w okresie przedświątecznym, ale nie tylko. Dzięki książce można wracać do tej opowieści wiele razy, a także odkrywać ją na nowo, w odpowiedniej dla dziecka formie i treści. Świetnie nadaje się dla pięcio- lub sześciolatków.



Kolejną książką, która zwróciła naszą uwagę była:

"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" 
Oliver Jeffers

Wydawnictwo Format
rok wydania:
 2017
liczba stron:

40

"Upłynęło trochę czasu. W końcu Henio niemal przez przypadek podniósł z podłogi mocno nadgryzioną książkę. Ale zamiast wepchnąć ją sobie do buzi... otworzył... i zaczął czytać.
I było suuuper."

Henio bardzo lubi książki... jeść. Pewnego dnia, zupełnie przez przypadek odkrył, że może połykać słowo, zdanie, stronę, a następnie całe tomy, a dzięki temu staje się mądrzejszy. Zapalczywie pożerał kolejne tytuły i stawał się z każdym dniem coraz mądrzejszy, do czasu, gdy z tego nadmiaru i szybkiego jedzenia poczuł się źle. Pochłanianie książek skończyło się niestrawnością, a Henio odkrył, że lepiej jest czytać książki niż jej jeść.

"O niezwykłym chłopcu, który pożerał książki" to tytuł, który bardzo szybko przykuł naszą uwagę, nie tylko ze względu na nazwę, ale także piękne wydanie - twarda oprawa, duży format, a w środku cudne, jakby dziecinne nieco ilustracje, w tle zaś przebitki starych wydruków, fragmentów encyklopedii. Idealne dopracowanie każdego szczegółu to coś, co podoba się rodzicowi, ale przede wszystkim wpływa na dziecko, sprawia, że po książeczkę chętniej sięgają drobne łapki ;)

Sam przekaz także jest jak najbardziej odpowiedni - jest to zabawna powiastka z morałem, z którego dowiadujemy się, że warto czytać książki, warto zaznajomić się z dostępną w nich wiedzą i informacjami, by pewnego dnia stać się kimś naprawdę mądrym, a czytanie książek jest prawdziwą, ogromnie wartościową przyjemnością. Mnie to przekonało i mam nadzieję, ze mojego syna również :)

Książeczka napisana jest prostym, zrozumiałym językiem, swobodnym i przystępnym dla młodego czytelnika, zdania są także rozmieszczone w taki sposób, że nasz wzrok szybko prześlizguje się po stronach, gdzie rozsiane są fragmenty zdań, krótkie wpisy. 

Z pewnym zaskoczeniem, ale także rozbawieniem odkryliśmy z Jeremim "nadgryzione" rogi ostatnich stron - co dowodzi, że dbałość o szczegóły jest tutaj niesamowicie istotna i nie bez znaczenia dla starszych lub młodszych odbiorców.



Copyright © 2014 love, coffee and books , Blogger