131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

131. Przedpremierowo "Lokatorka" J P Delaney

„Lokatorka”
J P Delaney

tłumaczenie:Mariusz Gądek
Wydawnictwo Otwarte
458 stron

„Możesz uczynić swój dom tak pustym i wymuskanym, jak tylko chcesz. 
Ale to i tak nie będzie miało żadnego znaczenia, jeśli w twoim wnętrzu panuje kompletny chaos. Bo przecież właśnie tego wszyscy szukamy, prawda? Kogoś, kto uporządkuje bałagan w naszych głowach.”

Wszelkiego rodzaju książki, które na swych okładkach kuszą hasłem „bestseller” wywołują u mnie falę podejrzliwości. W końcu wiele razy zdarzało się tak, że powieści, które zajmują wysokie pozycje w rankingach sprzedaży okazują się ostatecznie nieco rozdmuchanym balonem marketingu. Kiedy więc do moich rąk trafił egzemplarz „Lokatorki” J P Delaney, który na swym koncie może się poszczycić 3. miejscem na liście bestsellerów New York Times, 5. na liście Publisher’s Weekly, a 1. na liście Barnes & Noble, to przyznam szczerze nie sądziłam, że książka spodoba mi się aż tak bardzo. Mój wewnętrzny krytyk zamilkł, a czytelnik-entuzjasta spokojnie rozłożył się na kanapie i czytał, czytał, czytał…

Jane ma za sobą naprawdę zły okres w swoim życiu. Spotkała ją ogromna tragedia, straciła dziecko, a dodatkowo, przez utratę dobrze płatnego stanowiska jest zmuszona szukać sobie nowego mieszkania do wynajęcia. Udaje jej się znaleźć dom, ale nie jest on wcale typowym lokalem – jego właściciel ma wysokie wymagania dla swoich lokatorów, a sam obiekt jest jego dziełem, które jednych zachwyca designerską wizją artysty, innych przeraża skrajnym minimalizmem. Okazuje się też, że w mieszkaniu zginęła dziewczyna, poprzednia lokatorka, łudząco podobna do Jane…

Wystarczyło mi zaledwie kilka stron, by bezpowrotnie wciągnąć się w fabułę. J P Delaney potrafi świetnie budować napięcie i nieustannie podsycać ciekawość czytelnika. Narratorkami powieści są dwie dziewczyny w dwóch strefach czasowych – to, co działo się przedtem opowiada Emma, a bieżące wydarzenia przybliża nam Jane. Dzięki temu poznajemy całą opowieść z dwóch perspektyw, ale tylko tyle, ile pozwala autorka, ponieważ nie ma tutaj postaci, która jest jednoznaczna, tak naprawdę wszyscy mogą skrywać sekrety, mogą zatajać przed nami mroczne fakty ze swojej przeszłości. To sprawia, że „Lokatorka” jest tak zaskakująca i trzyma w napięciu do samego końca, do ostatniego akapitu.

J P  Delaney podsyca w czytelniku dylematy moralne, każe się zastanowić nad motywami postępowania, jednak nie udziela w swojej książce odpowiedzi, to my sami musimy je zgłębić i rozstrzygnąć. W treści książki, między rozdziałami, wplecione zostały pytania, które nie tylko przykuwają uwagę czytelnika, pobudzają go do myślenia, ale także idealnie nawiązują do treści, uzupełniają i wzbudzają niepokój.

Muszę także przyznać, że niemałe wrażenie zrobiło na mnie tło większości wydarzeń, a nawet cichy „bohater” książki – nowoczesne mieszkanie, idealnie puste, przestrzenne, naszpikowane najnowocześniejszą technologią, wymagające ogromnej perfekcji i samokontroli. Chyba nie każdy mógłby żyć w takim pomieszczeniu, gdzie każda rzecz jest tak naprawdę zbędna, gdzie brakuje półek, bibelotów, ozdób i (co najgorsze) książek, gdzie każdy kąt lśni sterylną czystością i poraża nieskończoną bielą. Łatwo umiejscowić akcję thrillera w jakimś mrocznym, opuszczonym miejscu, ale sztuką jest nadanie takiej pustej przestrzeni grozy i napięcia.

Zdecydowanie zachęcam Was do przeczytania „Lokatorki” J P Delaney, zwłaszcza jeśli lubicie thrillery psychologiczne, gdzie nie tylko portret zabójcy jest ciekawie zarysowany, ale również pozostałe postacie okazują się intrygujące, skryte, wielowymiarowe. Powieść nieco przypomina „Sliver” Iry Levina, sądzę, że podobieństw w tym przypadku jest kilka, ale   nie są one znaczne. Dla mnie to jedna z ciekawszych powieści jakie miałam okazję poznać w ostatnim czasie i na pewno długo jeszcze pozostawi po sobie wspomnienie naprawdę dobrej lektury.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu  Otwarte.
130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

130. "W oparach absyntu" Iwona Kienzler

„W oparach absyntu”
Iwona Kienzler
Wydawnictwo Bellona
384 strony


Kiedy na końcu XIX i początku XX wieku rozwijał się przemysł, a świat zmieniał się i kształtował, życie artystyczne miało swój wyjątkowy rozkwit. Sztuką zawładnął impresjonizm, stała się ona bardziej swobodna, podejmowano nowe tematy, inspiracje, zmieniano zastygłe do tej pory formy. Na czele tego nurtu stała paryska bohema, ale też reszta Europy nie pozostawała daleko w tle. Również na naszym rodzimym poletku wiele się działo i chociaż tak naprawdę Polski nie było na mapach, jednak mimo to życie kulturalne kwitło i miało się całkiem nieźle, jakby wszystkie niedole narodowe tylko wzbogacały te dusze niespokojne. Sztywne konwenanse nie miały dostępu do tej malowniczej rzeczywistości, artyści, często pogrążeni w alkoholowych czy narkotycznych wizjach wiedli żywot nieskrępowany zasadami, często wbrew społecznym normom.

W książce Iwony Kienzler „W oparach absyntu” znajdziemy spis największych skandali Młodej Polski, wydarzenia, które podsycały rozmowy na salonach, a statecznym matronom spędzały sen z powiek. Na falach plotki niosły się historie związane z życiem artystycznym, z rodzimą cyganerią. Autorka ma na swoim koncie mnóstwo książek i publikacji historycznych, jednak spotkałam się z jej pisarstwem pierwszy raz, ale sądzę, że nie ostatni.

Ciekawi Was historia malarza, który pewnego dnia przybywa na wystawę w warszawskiej Zachęcie i z premedytacją niszczy swoje najlepsze dzieło, zadając mu ciosy nożem? Mowa tutaj oczywiście o Władysławie Podkowińskim i jego najsłynniejszym płótnie „Szał uniesień”, które samo w sobie wywoływało niemałą sensację. I  chociaż istnieją przypuszczenia dlaczego tak postąpił, dlaczego zniszczył coś, co wywoływało takie emocje, to do końca nie wiadomo, co ostatecznie popchnęło go do takiego czynu.

Wszyscy znamy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Do powstania dramatu zainspirowało tego szczególnego artystę samo życie – był wszakże gościem na weselu swojego przyjaciela, uzdolnionego malarza, Władysława Tetmajera, który pojął za żonę pannę, która była chłopką. Był to niesłychany na owe czasy mezalians – oto uznany artysta, bywalec salonów, ulubieniec Krakowa, wybiera na towarzyszkę swego życia zwyczajną dziewczynę z ludu. Dlaczego tak postąpił? Czy małżeństwo, chociaż nierówne stanem było mimo wszystko udane?

Nie mogło być inaczej, by sporą część książki nie zajmował Stanisław Przybyszewski – bodajże największy skandalista tamtych czasów, uznawany za arcyszatana modernizmu, przez współczesnych mu twórców uważany za geniusza. Jego dzieła, odsunęły się nieco w cień, wraz z tamtą epoką, ale historie o jego ekscesach i podbojach miłosnych nadal intrygują. W „W oparach absyntu” znaleźć można epizod o jego burzliwym związku z muzą impresjonistów, Dagny, która była jedną z najpiękniejszych kobiet ówczesnej Europy. W innym zaś rozdziale autorka przytacza jego ostatnie małżeństwo z Jadwigą, swego czasu żoną Jana Kasprowicza.

Iwona Kienzler opisuje jeszcze kilka takich ciekawych anegdot, wszystko zaś opowiedziane jest rzeczowo, ze znajomością tematu, ale też z sympatią do przytaczanych postaci. Pięknie sportretowała ich życie, które składało się z powodzeń, uniesień i głębokich emocji, często również z upadków, pogrążania się w ubóstwie, chorobie czy nałogu. Patrząc na dzieła tych twórców zapominamy, że wiedli oni swoje życie podobnie jak my, tylko byli artystycznymi, niespokojnymi duszami, o których plotkowano w towarzystwie, a każdy ich postępek był szeroko omawiany. Co kryło się więc za ich malowidłami, utworami? Jakie sekrety skrywało ich życie? Jakie były słabości, którym tak łatwo ulegali?

Książka sprawiła mi ogromną przyjemność, uwielbiam dzieła Młodej Polski, intryguje mnie obyczajowość i historie z tego okresu, więc „W oparach absyntu” uważam za świetną lekturę. Myślę, że każdy miłośnik tej krótkiej, ale burzliwej epoki znajdzie w niej mnóstwo ciekawych informacji. Dodatkowym atutem jest piękne wydanie, w twardej oprawie, gdzie znajdziemy fotografie, obrazy i szkice.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona
129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

129. "Co?Jak?Napisać" J.H. Cromwell

„Co? Jak? Napisać”
J.H. Cromwell

Wydawnictwo Egmont
2017
160 stron


Od dłuższego czasu można zauważyć ogromną popularność wszelkiego rodzaju ozdobnego liternictwa, typografii, we wszelkiego rodzajach sztuki użytkowej, ale także w życiu codziennym. Zachwycamy się takim wzornictwem na kubeczkach, koszulkach, plakatach, zwracamy uwagę na czcionki widniejące na przedmiotach, okładkach, a nawet opakowaniach spożywczych. Można odnieść wrażenie, że to, co zostało pięknie napisane to rzecz wysokiej jakości, wykonana z dbałością o każdy najdrobniejszy szczegół. Ponadto sporym zainteresowaniem cieszą się wszelkiego rodzaju kursy i warsztaty, mające na celu naukę ozdobnego pisania, które później można stosować w życiu codziennym, prowadząc dzienniki, zapiski czy modne ostatnio planery, bullet journale czy art journale. Co za tym idzie – na rynku wydawniczym pojawiać się zaczęły ciekawe publikacje dotyczące pisania i ja właśnie jedną z nich chciałam przedstawić.

„Co?Jak?Napisać” J.H. Cromwella to opracowanie powstałe na podstawie wydania z 1890 roku. Całość prezentuje się naprawdę pięknie. Twarda oprawa, niebanalna okładka w ciekawym stylu i kolorystyce, wyraźnie nawiązujące do tematu. W środku znajdziemy bardzo króciutki wstęp od samego autora, który dzieli się z czytelnikiem zwięzłą i prostą metodą, dzięki której można rozpocząć przygodę z kaligrafią – wystarczy dowolną płaszczyznę podzielić za pomocą ołówka na kwadraty, następnie korzystając z atramentu  lub farb skreślić litery. Dla kogoś takiego jak ja, kto pisze chaotycznie i niestarannie może to być niewystarczające wprowadzenie w arkana tej sztuki.

Na kolejnych stronach znajdziemy przykłady liter, ciekawie zilustrowanych, które mają nas nieco wprowadzić do tego, co jest dalej – po jednej stronie mamy rozrysowany w kratkach alfabet jako małe i duże znaki, po drugiej zaś jest tak samo podzielona strona, gdzie dane litery możemy odrysować za pomocą ołówka, cienkopisu, pióra czy co tam akurat mamy pod ręką. Czcionki są naprawdę różne, ale przeważają te zdecydowanie techniczne, są mniej lub bardziej skomplikowane, zupełnie proste i takie bardziej fantazyjne, ozdobne. Sądzę, że w tej niejednolitości łatwo znaleźć coś dla siebie, a przynajmniej spróbować narysować litery w różnych stylach, dzięki czemu określimy, co bardziej nam się podoba, co przychodzi nam swobodniej, a co sprawia trudności. Na pewno przy tego rodzaju ćwiczeniach można się odprężyć i skupić na starannym wykonaniu zadania, przynajmniej do czasu, gdy bez problemu radzimy sobie z gąszczem zawijasów i linii.

Książka na pewno jest odpowiednia dla osób, które korzystały już z różnego rodzaju kursów odręcznego pisania, bądź na własną rękę próbowały zgłębić techniki kaligrafii. Mogą „wytrenować rękę” przy odrysowywaniu liter i znaków. Potraktować można również tę publikację jako zeszyt ćwiczeń, fantastycznie spełnia zadanie, gdy w skupieniu i spokoju chcemy wziąć do ręki ołówek bądź pióro, zakreślić kilka linii, zawijasów, z których powstać mogą pięknie napisane litery.

Dla mnie jednak jest to małe rozczarowanie – trochę inaczej wyobrażałam sobie treść książki, to znaczy, w ogóle sądziłam, że znajdzie się w niej więcej treści, więcej opisów, informacji na temat narzędzi, sposobów, objaśnień czy nawet historii. Po prostu, biorąc do ręki książkę zatytułowaną „Co?Jak? Napisać” można się nastawić na to, że w środku odnajdziemy odpowiedzi na postawione pytania. Brakuje mi również informacji o autorze, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi bardziej opanować sztukę pisania, oswoić je, samo ćwiczenie zwyczajnie mi nie wystarczy, świetnym dopełnieniem do nich byłaby chociażby niewielka dawka teorii.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję portalowi Sztukater.pl
128. Podsumowanie marca

128. Podsumowanie marca


Jeśli miałabym wybrać jedną książkę w marcu, która najbardziej przypadła mi do gustu to miałabym nie lada kłopot. Wszystkie były naprawdę dobre i ciekawe, a ich różnorodność jest znaczna - od książki kucharskiej, poprzez kryminały aż po książki związane  z historią i obyczajowością. Sami więc widzicie, że w takim przypadku wytypowanie tej jednej, najlepszej, jest raczej trudne. Na półkach przybyło też kilka nowych pozycji, a lista tych, które chcę przeczytać w najbliższej przyszłości jest jeszcze dłuższa. Poza tym mam ostatnio ogromną ochotę powrócić do kilku "książkowych przyjaciół" czyli do tytułów, które już poznałam jakiś czas temu, ale trochę za nimi tęsknię, mam nadzieję, że będę miała dla nich trochę czasu w kwietniu.


Przeczytane w marcu:
"Nowe śledztwa Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Kroniki Klary Schulz" Nadia Szagdaj
"Dwór mgieł i furii" Sarah J.Mass - przeczytane drugi raz, ale w polskim tłumaczeniu
"Syreny" Joseph Knox
"Diabolika" S.J. Kincaid
"Dom na wrzosowisku" Elizabeth Gaskell w ramach wyzwania czytelniczego - ksiązka, która ma mniej niż 200 stron
"Opowiadania drewnianego stołu" Monika Walecka
"Życie towarzyskie w XIX w." Agnieszka Lisak
"W oparach absyntu" Iwona Kienzler - recenzja wkrótce
"Słodkie życie" Olga Klara Maniak 
"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska - recenzja wkrótce

Wylosowane hasło na ten miesiąc w ramach Book Challenge 2017 to:
10. Książka z krótkim tytułem.
Czyli najlepiej tytuł składający się z jednego, krótkiego słowa. Tak naprawdę to nie mam pojęcia, co mogłabym takiego przeczytać, kusi mnie "Lalka", którą czytałam dawno temu, ale mam ochotę wrócić do niej jeszcze raz. Niewykluczone też, że w ręce wpadnie mi coś zupełnie innego, pasującego do tematu :)

A co Wy przeczytaliście ciekawego i godnego polecenia w marcu?
127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

127. "Słodkie życie" Olga Klara Maniak

Olga Klara Maniak
140 strony


"Najchętniej rzuciłabym to wszystko, wyrobiła duplikat paszportu i szybko wróciła do kraju. Wiedziałam jednak, że w Polsce czekałaby mnie nerwówka związana z szukaniem pracy, układaniem sobie samotnego życia i płaceniem za niezorganizowane wesele. Wolałam więc przeczekać tę burzę i schować się we Włoszech przez choćby jeszcze kilka tygodni."



La dolce vita – włoski styl życia, polegający na czerpaniu z niego pełnymi garściami, na odnajdywaniu szczęścia w każdym jego aspekcie. Taką właśnie filozofię poznaje główna bohaterka „Słodkiego życia” Olgi Klary Maniak, Magdalena.

Książka jest powieścią dosyć nietypową – nie ma formy fizycznej, nie została wydana. Poznać jej treść można kupując do niej dostęp na stronie internetowej www.slodkie-zycie.pl, gdzie to od nas zależy czy przeczytamy ją od razu, czy przyjemność czytania będziemy sobie dozować w odcinkach. Szalenie mnie zaintrygował taki pomysł, więc przezwyciężyłam swoją niechęć do niepapierowych form i wciągnęłam się w fabułę.

Magdalena ma już zaplanowaną przyszłość, dosłownie dni dzielą ją od wyjścia za mąż i przeprowadzenia się do Tunezji. Pożegnała się już ze swoją pracą, czeka tylko na przyjazd ukochanego, który miał przygotować dla nich mieszkanie i wrócić na ślub. Niestety małżeństwo nie dochodzi do skutku, a Magdalena w akcie desperacji, próbując ratować swój związek, wyrusza w samotną podróż do swego niedoszłego męża. Na lotnisku we Włoszech, podczas przesiadki, ginie jej portfel, a wraz z nim wszystkie dokumenty i dziewczyna zostaje sama, bez możliwości powrotu czy dalszej podróży.

Bywa tak, że czasami to, co dobre w naszym życiu rozpoczyna się od katastrofy czy zwykłego pecha. Okazuje się po czasie, że to co nas spotkało - porzucenie, strata bądź nieoczekiwana zmiana planów, stawiają nas w sytuacji, w której musimy się otrząsnąć, ponownie zdefiniować siebie i obrać inny cel. Ostatecznie w ten sposób i niespodziewanie dla samych siebie, odnajdujemy szczęście tam, gdzie go wcale nie szukaliśmy. Sądzę, że podobnie jest w przypadku głównej bohaterki, która pokazuje, że dużo zależy od nas samych, a przyjemność, jaką możemy czerpać z życia nie zależy od innych ludzi, tylko od tego jak my je sobie ułożymy. Przez to powieść Olgi Klary Maniak może być inspirująca i motywująca, każdy może znaleźć w niej coś z nas samych, z naszych doświadczeń, a historia Magdaleny pokazuje, że warto przejść przez te nieszczęśliwe etapy w swoim życiu, by zapracować na swoje własne szczęście.

Powieść ma zaledwie 140 stron, napisana jest prostym językiem bez długich, rozwlekłych opisów czy niepotrzebnych dialogów, które niewiele wnosiłyby do samej fabuły. Autorce udało się jednak w tej niewielkiej treści zawrzeć sporą dawkę włoskiego słońca i sposobu bycia. Nic w tym dziwnego – jest romanistą, która spędziła w opisywanej przez siebie Perugi część życia, nawet niektóre epizody ze swojego pobytu przedstawiła  w książce. Mamy tu więc sporą dawkę informacji o włoskiej kuchni, codzienności i mentalności. Dla kogoś, kto interesuje się tym krajem jest to nie lada gratka i zdecydowany walor tej książki.

„Słodkie życie” to dobra pozycja na lato – lekka, niezobowiązująca lektura, która dostarczy nam sporą dawkę rozrywki na jeden wieczór. Dodatkowo przeniesie nas do kraju, gdzie żyje się tym, co przynosi los i czerpie przyjemności ze zwykłych, prostych rzeczy. Powieść spodoba się również czytelnikom, którzy lubią obyczajowe historie, przeplatane kulinarnymi epizodami z niebanalnym zakończeniem.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję autorce - Oldze Klarze Maniak
126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

126. "Życie towarzyskie w XIX wieku" Agnieszka Lisak

"Życie towarzyskie w XIX wieku"
Agnieszka Lisak
Wydawnictwo Bellona
334 strony
rok wydania 2017

"Czytanie byłą jedną z ulubionych zbiorowych rozrywek, doskonałym środkiem na "rozpędzenie nudów", jak wtedy mawiano. W bardzo bogatych domach specjalnie w tym celu utrzymywano lektorki. Chętnie zasiadano wspólnie w salonie, by posłuchać ciekawej książki. Między rozdziałami robiono przerwy, komentowano zachowania bohaterów, przewidywano zakończenie."


Gorsety i postęp - oto z czym kojarzy mi się wiek XIX. Czas sztywnych konwenansów, form, które trzeba było zachować w każdej sytuacji i niewiarygodnych do tej pory zmian, które tak ogromnie wpłynęły na następne pokolenia. Okres pełen możliwości, kiedy to do uznania i publicznego szacunku zaczynają mieć dostęp inne warstwy społeczne niż arystokracja, okres wielkich odkryć i wspaniałych technologii. Agnieszka Lisak w swojej książce "Życie towarzyskie w XIX wieku" przybliża nam ten niezwykły czas, a zwłaszcza to, czym żyli ówcześni ludzie, jakie były ich ambicje, sposoby spędzania wolnego czasu i codzienne zajęcia.

Książka wciągnęła mnie niczym rasowa powieść - przy całkiem sporej dawce informacji mamy płynność narracji, autorka ze swobodą opowiada o dawnych rozrywkach i zabawach, które skupiały uwagę naszych przodków. Potrafi lekko i zabawnie opisać dawne zwyczaje i formy zachowań w XIX wieku - sposoby na spędzanie wolnego czasu głównie arystokracji i mieszczaństwa, ponieważ to one, z racji urodzenia, statusu społecznego czy zasobności portfela miały dostęp to tego, co oferowała kultura i sztuka. Mamy tutaj opisy spotkań towarzyskich od zbytkowych bali poprzez wystawy i odczyty autorskie po zwykłe, codzienne przechadzki po parku. W czasach, gdy ci, którzy mieli pewną swobodę finansową, posiadali również sporo wolnego czasu, pragnęli go zagospodarować. Patrząc na to z perspektywy człowieka współczesnego, gdy w pędzie i bezustannym biegu ciągle jest coś do zrobienia - praca, która nas pochłania, technologia, która potrafi skraść każdą minutę życia - trudno nam sobie wyobrazić ten niezwykły świat, kiedy spokojne, dostatnie życie, wyznaczane było przez rauty i przyjęcia, spotkania, ciągnące się do rana. Ludzie sporą część tego czasu spędzali ze sobą, szukali czegoś, co wypełni upływające minuty i godziny.

Autorka, opisując obyczaje XIX w. sięga po pamiętniki, wspomnienia i czasopisma z tamtego okresu, sporo również jest tutaj odniesień do ówczesnej literatury - wszystkie one spisane są w bibliografii, więc jeśli kusi nas, by dotrzeć do źródeł, możemy sięgnąć po wskazane tytuły. Z drugiej strony, znając pisarstwo z tamtych czasów w książce Agnieszki Lisak znajdziemy dopełnienie tego, co tacy autorzy jak Prus czy Sienkiewicz opisywali na kartach swoich powieści czy nowel. Można dogłębniej zrozumieć te konwenanse, formy i pewne sprzeczności, które rządziły ówczesnym społeczeństwem, przeniknąć je i dzięki temu zyskać szeroki obraz XIX w. Jako ogromna miłośniczka "Lalki" Bolesława Prusa znalazłam w "Życiu towarzyskim..." mnóstwo informacji, pełny opis tego, co w mojej ukochanej powieści było przedstawiane - jak bardzo ten świat był zmurszały od przestarzałych zasad etykiety, które w niektórych momentach mogły wydawać się zabawne, w innych już budziły niezrozumienie i nawet grozę, jak na przykład w przypadku bezwzględnego noszenia damskich gorsetów pomimo ostrzeżeń lekarzy.

Wiek XIX ma w sobie wiele ciekawych historii, mnóstwo sekretów i niezmiennie zachwyca. Inspiruje zarówno pisarzy jak wielu artystów, ale również na zwykłych ludzi, którzy mogą sobie z tego nie zdawać sprawy, ma ogromny wpływ. Dzisiaj każdą nowinkę techniczną przyjmujemy jako coś zupełnie oczywistego i naturalnego, wręcz już nie zauważamy tych wszystkich wynalazków, które powstają. Wtedy każda z takich rzeczy była szeroko omawiana, wzbudzała niekiedy przerażenie i kontrowersje, rodziła wątpliwości. Zachwycająca belle epoque, która rozkwitła w XIX wieku i gwałtownie, dramatycznie skończyła się wraz z wybuchem I wojny światowej to niewyczerpane źródło fascynacji i natchnień, począwszy od zwykłego życia, jego rozrywek po kulturę czy sztukę. Dzięki książce Agnieszki Lisak łatwiej nam zrozumieć ten barwny okres, dostrzec piękno dnia codziennego ówczesnych ludzi i poznać ich.


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję wydawnictwu Bellona


125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

125. "Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca" Nadia Szagdaj

Nadia Szagdaj
„Kroniki Klary Schulz.
Sprawa pechowca”

Wydawnictwo Bukowy Las
328 strony

Sięgając po „Sprawę pechowca”, pierwszą książkę z serii Nadii Szagdaj o Klarze Schulz, wiedziałam już czego się spodziewać, znałam niektóre wątki i głównych bohaterów. Tym bardziej cieszę się, że to, co tak bardzo spodobało mi się w ostatniej części z cyklu odnalazłam i w tej powieści.

Rok 1910. W operze w Breslau, podczas trwającego spektaklu, dochodzi na scenie do śmiertelnego wypadku – po jakimś czasie okazuje się, że nieszczęśliwy zbieg okoliczności to zaplanowane z premedytacją morderstwo. Wkrótce następują kolejne niewyjaśnione zabójstwa, z którymi pruska policja nie jest w stanie sobie poradzić. Klara Schulz podejmuje więc swoje pierwsze tak poważne śledztwo, ale czy jest gotowa na to, co ją spotka?

Trzonem powieści jak i całego cyklu jest oczywiście Klara Schulz, kobieta, która po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, kiedy to była świadkiem brutalnego zabójstwa własnej matki, stara się o pracę w policji. Pomaga jej w tym ojciec, szkoląc ją i wspierając, jednak mimo niezwykłej determinacji, hartowi ducha i zdolnościom, naszej bohaterce nie udaje się rozpocząć kariery jako stróż prawa. Powód jest oczywisty. Jako kobieta nie ma szans dostać się na stanowisko dotąd piastowane wyłącznie przez mężczyzn. Jej zacięcie do podejmowania ryzyka i logiczne, dedukcyjne myślenie długo nie dają jej żyć w spokoju. Nawet, gdy jest już małżonką szanowanego lekarza i matką kilkuletniego synka. Z początku podejmuje się drobnych spraw, błahych i nie wymagających. Tajemnicze morderstwa, których nikt nie potrafi wyjaśnić to jej pierwsze, poważne dochodzenie, dopiero teraz okaże się, czego się nauczyła, do czego jest zdolna i na ile może zaufać własnej intuicji.

Klara jest postacią niebanalną, wzbudza kontrowersje przez swoje nietypowe zamiłowania i niełatwy charakter, nie zachowuje się jak klasyczna dama z tamtej epoki, ma swoje zdanie, własne przekonania i łamie konwenanse. To właśnie sprawia, że pomimo wad, które niewątpliwie posiada, da się ją lubić i dopingować ją w działaniach, które podejmuje. Poznajemy ją zarówno jako panią detektyw, jak i kobietę, jej skomplikowane życie prywatne wzbudza takie same emocje co prowadzone śledztwo. Nie jest idealna, jako żona i matka, popełnia błędy również w kwestiach zawodowych i może przez to jest czytelnikom tak bliska i ma „ludzką twarz”.

Sam wątek kryminalny jest całkiem zgrabnie opisany, poznajemy wydarzenia z perspektywy głównej bohaterki, także innych, pobocznych postaci, również złoczyńców, przez co cała historia jest spójna, ale też łatwo przewidzieć, kto jest sprawcą dokonywanych morderstw. Pomimo to autorka zafundowała czytelnikom niespodziankę na zakończenie, która ma dać pewien niedosyt i rozbudzić ciekawość. Moją na pewno pobudziła i chętnie dowiem się z kolejnej książki, co może wydarzyć się dalej.

Mocną stroną powieści są starannie oddane realia epoki, a przede wszystkim otoczenie czyli Breslau, z niezwykłą pieczołowitością autorka prowadzi przez uliczki miasta, opisuje budynki, wszystko to ma swoje odzwierciedlenie w tym, jak kiedyś wyglądał dawny Wrocław, jak wyglądało życie, które się w nim toczyło, zarówno od strony bardziej uprzywilejowanych warstw społecznych jak i tych uboższych. To zdecydowanie ułatwia lawirowanie po nieznanym świecie, który należy już do przeszłości, a dodane do tekstu ilustracje, stare, czarno-białe zdjęcia pozwalają cofnąć się w czasie.

Porównując „Kroniki Klary Schulz” oraz „Nowe śledztwa Klary Schulz” można łatwo zauważyć, jaką drogę przebyła autorka wraz ze swoimi bohaterami – od początku serii zdecydowanie ulepszyła swój warsztat pisarski i ma świadomość, w którym momencie rozwinąć wątek bardziej, a w którym mniej, co nie sprawia, że pierwsza część wypada blado. Wręcz przeciwnie, sądzę, że to świetny początek przygody z młodą, „nieopierzoną” jeszcze panią detektyw, która za wszelką cenę pragnie odkryć prawdę, nie zważając na przeszkody. Jeśli więc lubicie kryminały z nutą retro to zdecydowanie warto poznać serię Nadii Szagdaj.
Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger