169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte

169. Typ Klasyczny #21 - "Villette" Charlotte Bronte


„Villette”
Charlotte Bronte

Wydawnictwo MG
2017
684 strony




„Dalekie było jednak ode mnie podobne usiłowanie złagodzenia zabójczego ciosu, dalekie podobnie tchórzliwe uciekanie od rzeczywistości, podobna niechęć spojrzenia faktom, chociażby najokrutniejszym, prosto w oczy, dalekie wyłamywanie się z obowiązku bezwzględnego hołdowania jedynej władczyni, kroczącej stale w zwycięskim pochodzie naprzód - PRAWDZIE.”

Lucy Snowe, młoda Angielka, postanawia wyruszyć do Francji – dziewczyna została ciężko doświadczona przez okrutny los, który odebrał jej najbliższych oraz pozbawił ją środków do życia. W małej francuskiej miejscowości,Villette, zdobywa pracę jako guwernantka w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt, tam też spotyka doktora Johna, a wraz z nim pojawia się nadzieja na szczęście. Czy jednak los nie zadrwi sobie z Lucy kolejny raz?

Nie można wyobrazić sobie światowej literatury bez słynnych sióstr Bronte - piszące pod męskimi pseudonimami, Anna, Emily i Charlotte, skrywały również wiele tajemnic dotyczących swojego życia prywatnego. Niektóre fakty na ich temat umykają biografom lub też nie są do końca potwierdzone, mnożą się liczne domysły, a podstawą do śledzenia ich historii jest korespondencja oraz cała spuścizna literacka, w której doszukiwać się można autobiograficznych wątków. Jedną z powieści, które takie „smaczki” zawierają jest na pewno „Villette”, ostatnia z napisanych przez Charlotte Bronte książek. W jej treści można znaleźć kilka ciekawych powiązań z prawdziwymi przeżyciami najstarszej z sióstr Bronte.

Dla miłośników „Jane Eyre”, napisana przed śmiercią powieść autorki może być nie lada gratką, w treści znajduje się kilka punktów, które mogą być podobne z tym, co Charlotte napisała w swej najsłynniejszej historii. Według mnie jednak różnic jest znacznie więcej i porównując oba tytuły muszę przyznać laur zwycięstwa dla „Jane Eyre”, która już dawno skradła moje serce. Nie można jednakże odmówić „Villette” tego, że jest powieścią znacznie dojrzalszą, nietuzinkową i, jak na czasy, w których powstała, nowatorską.

Główna bohaterka, Lucy Snowe, to młoda dziewczyna, której życie diametralnie się zmieniło, zmuszona zapewnić sobie byt materialny, postanawia zaryzykować i opuścić dobrze znany sobie świat - los stawia przed nią kolejne wyzwania, gdy tak naprawdę jej marzeniem jest spokojna i bezpieczna egzystencja. Lucy jest także narratorką powieści – to z jej perspektywy widzimy całą historię, ale także poznajemy innych bohaterów, ich postępowanie czy liczne przemyślenia. Zastosowany został tutaj wewnętrzny monolog czyli strumień świadomości, swobodny przepływ myśli, co dla niektórych jest intrygujące, innym zaś może wydawać się nieco nudne. Panna Snowe nie jest takim typem postaci, który można łatwo polubić – wręcz przeciwnie – ma w sobie wiele cech, jakie dla czytelnika okazują się być irytujące czy niezrozumiałe. Mimo to jest to ciekawy, niezwykle wnikliwy i głęboki obraz kobiety żyjącej w tamtej epoce, kiedy jej rola była mocno ograniczona i zdominowana.

Charlotte Bronte doskonale zobrazowała również warstwę społeczną, powiązania, zależności, a przede wszystkim nierówne traktowanie – według statusu materialnego czy w zależności od posiadanego majątku.  Autorka zdecydowanie piętnuje te zwyczaje, a swoją bohaterkę napełnia duchem uporu, daje jej siłę, by walczyć z przeciwnościami losu, zdobyć poważanie wśród tych bardziej uprzywilejowanych, by sama zatroszczyła się o swoją przyszłość.

„Villette” Charlotte Bronte to z całą pewnością nietuzinkowa, dojrzała i dopracowana pod każdym względem powieść, dla fanów twórczości sióstr Bronte pozycja obowiązkowa. Pełna przenikliwych, trafnych spostrzeżeń na temat ówczesnego życia, wnikliwie i głęboko ukazuje problemy, z jakimi przyszło się zmierzyć żyjącym wtedy kobietom.



168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre

168. Zbrodnia i kara? | „Trzy dni i jedno życie” Pierre Lemaitre


„Trzy dni i jedno życie”
Pierre Lemaitre

Wydawnictwo Muza
2017
287 stron



„Czuje, że znalazł się w pułapce. Do oczu znów napływają mu łzy. Już po nim. Powinien ukryć ciało, tylko gdzie? Jak?  Gdyby nie zniszczył domku wciągnąłby Remiego na górę, nikt by go tam nie szukał. Rozdziobałyby go kruki. Jest zdruzgotany rozmiarem katastrofy. W kilka sekund jego życie zmieniło kierunek. Stał się mordercą. Te dwa obrazy kłócą się ze sobą, nie można mieć dwunastu lat i być mordercą... ”

Miasteczko Beauval to prowincjonalna, mała mieścina we Francji, gdzie wszyscy się znają, wiedzą o sobie dosłownie wszystko, a największym problemem są planowane zwolnienia w miejscowej fabryce.  Kiedy więc niespodziewanie ginie sześcioletni chłopiec miejscowa społeczność jest wstrząśnięta, rozpoczynają się poszukiwania, a nikt nie podejrzewa, że za tajemniczym zniknięciem stoi dwunastoletni Antoine.

Jak do tej pory literatura francuska nie kojarzyła mi się z kryminałem czy thrillerem, ale na pewno po lekturze najnowszej książki Pierre’a Lemaitre’a to się zmieni, pomimo tego, że „Trzy dni i jedno życie” nieco wyróżniają się na tle innych tego typu powieści w wyżej wymienionych gatunkach. Przez to także ta historia ogromnie mi się spodobała, ucieka nieco spoza ram, jest niepokojąca i niejednoznaczna. Autor jest znany z publikacji takich jak „Koronkowa robota” czy „Alex”, które spodobały się nie tylko rzeszy fanów, ale także zostały docenione i nagrodzone przez krytyków literackich.

Pierwszą rzeczą, która od razu zwraca uwagę czytelnika to na pewno fakt, że brakuje tutaj zagadki, brakuje odkrywania tajemnicy, wyjaśniania i analizy. Już od samego początku dobrze wiemy, co się wydarzyło, znamy mordercę, wiemy jak doszło do zbrodni. To już powinno zepsuć nam zabawę i odebrać przyjemność czytania, tymczasem od lektury nie sposób się oderwać. Pierre Lemaitre intryguje, niepokoi i stawia przed nami różnorodne, niekoniecznie wygodne pytania, na które trudno znaleźć dobrą odpowiedź. Niby sprawa jest prosta – zbrodnia zasługuje na najwyższe potępienie, jednak w pewien sposób ofiarą całego nieszczęśliwego zdarzenia staje się także morderca, dwunastoletni Antoine, przerażony swoim występkiem, przerażony konsekwencjami. Chłopiec, którego spokojne życie kończy się  w tym samym momencie, co życie jego ofiary. W rezultacie całe jego dalsze losy są następstwem tego czynu, to nieustanny strach przed odkryciem prawdy.

Pisarz stworzył także przekonujący obraz małej społeczności, tych drobnych niuansów, konfliktów i powiązań między mieszkańcami Beauval, małego miasteczka, gdzieś we Francji, gdzie obok zwykłego, codziennego życia, pojawia się problem bezrobocia, narastająca frustracja. Lemaitre wnikliwie oddaje także psychikę młodego bohatera, postawionego w niecodziennej, tragicznej sytuacji. Jego dylematy, próby zatuszowania popełnionej zbrodni, ale także liczne intrygi mieszkańców Beauval to są zdecydowanie elementy, które przyciągają uwagę czytelnika. Psychika Antoine’a jest w rozsypce, wiemy, że nigdy już nie zazna spokoju, że będą go dręczyły wyrzuty sumienia i bezustanna obawa przed tym, by jego postępek nie został odkryty, by ktoś nie wpadł na jakikolwiek ślad związany z nim. Czytelnik zastanawia się, czy głównego bohatera spotka zasłużona kara, a czy może dostateczną pokutą nie jest właśnie owa udręka?

„Trzy dni i jedno życie” Pierre’a Lemaitre’a to na pewno godna polecenia pozycja, chociaż podejrzewam, że dla tych, którzy zdecydowanie nastawiają się na kryminalne spiski i niespodziewane wydarzenia, podchodząc do lektury, mogą poczuć się lekko zawiedzeni. Jednak ta książka ma do zaoferowania znacznie więcej, a świetny styl pisarza i moralne dylematy sprawią, że fabuła zaintryguje, wciągnie i na długo jeszcze pozostanie w pamięci.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Muza.

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

167.„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” Emmy Abrahamson

„Jak zakochać się w facecie. który mieszka w krzakach”
Emmy Abrahamson

Wydawnictwo Rebis
2017
272 strony



„Właściwie to nie mam ochoty na randki. Nie chcę się już zgrywać. Dobrze mi samej. Lubię swoje życie. Swoje ciche mieszkanko, czystą kuchnię i zastawione książkami regały. Podoba mi się, że wszystkie rzeczy są tam,gdzie je zostawiłam przed wyjściem. Niczego więcej mi nie potrzeba i nie czuję się ani nieszczęśliwa, ani żałosna z powodu samotności.”

Czasami ulegam pokusie, by sięgnąć po lekturę lekką, prostą, do bólu wręcz nieskomplikowaną, która ma dla mnie być niczym więcej niż czystą rozrywką. Kierując się tą wewnętrzną potrzebą do przeczytania wybrałam książkę, która według mnie miała okazać się taką niezobowiązującą ucieczką od rzeczywistości, a ponadto był to także tytuł polecany i całkiem wysoko oceniany.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” to powieść, która zdecydowanie zwraca na siebie uwagę. Pomijając tytuł, brzmiący niczym poradnik dla kobiet poszukujących wrażeń i przygód, to zdecydowana większość odbiorców skupia się na okładce wyjętej wprost z koszmarnego snu grafika. Nie ocenia się jednak książki po okładce, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że okropne, mszczące się na poczuciu estetyki wydania kryją w sobie wartościowe wnętrza – i na odwrót – piękne obwoluty nadrabiają kiepskie, bezwartościowe teksty. Dlatego bez większego grymaszenia wzięłam książkę do ręki i zaczęłam czytać.

Cóż więc znalazłam w środku?

Fabuła to głównie losy młodej nauczycielki języka angielskiego, Julii, która mieszka w Wiedniu. Jej życie jest poukładane, bezpieczne, a nawet nudne – praca, dom, dom, praca, w międzyczasie jakieś spotkanie z przyjaciółką, wyjście do kina. Nieoczekiwanie poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka, Bena, który zdaje się być przeciwieństwem Julii, a mimo to szybko zakochują się w sobie, pomimo różnic, zdrowemu rozsądkowi i uprzedzeniom. Czy uda im się żyć szczęśliwie?
Z prozą Emmy Abrahamson zetknęłam się pierwszy raz, to pisarka, która ma polsko-szwedzkie korzenie, zdążyła już do tej pory wydać jeszcze jedną książkę o długim i enigmatycznie brzmiącym tytule: „Mój tata jest dobry, a moja mama jest cudzoziemką”. Muszę jednak przyznać, że styl, jakim posługuje się autorka jest lekki, przyjemny w odbiorze, prosty, ale na swój sposób zabawny. To właśnie dowcip jest najmocniejszą stroną książki, on też sprawia, że powieść czyta się przyjemnie i szybko. Emmy Abrahamson niezwykle łatwo wyłapuje absurdy życia codziennego, zgrabnie i z polotem, ale także ironicznie ukazuje komiczne sytuacje z życia głównej bohaterki.

Postać Julii wywołuje u czytelnika uczucie sympatii już od pierwszych stron – pomimo jej wad można ją naprawdę polubić. Gdy ją poznajemy siedzi w klatce własnej rutyny, przyzwyczajeń, jej strefa komfortu otacza ją ścisłym pancerzem, z którego dziewczynie trudno się uwolnić, jest jej w nim tak wygodnie, że nawet nie widzi takiej potrzeby. To właśnie znajomość z Benem, uroczym kloszardem, stawia przed Julią pierwsze wyzwania. Mnie osobiście główna bohaterka urzekła swoją chęcią zostania słynną pisarką – co chwilę wpada na nietuzinkowy, jedyny i oryginalny pomysł na powieść, zachwyca się własną kreatywnością, po czym przypomina sobie, że taka historia już została przez kogoś spisana.

„Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” można porównać do bajki dla dorosłych we współczesnych realiach – fabuła jest bardzo prosta, główny wątek to perypetie Julii i Bena, i tak naprawdę nie ma tutaj pobocznych wątków, żadna postać z dalszego planu nie przykuwa większej uwagi. Relacja między zakochanymi jest ciekawa i przedstawiona w sposób mądry i głęboki – oto dwoje ludzi, zupełnie sobie obcych, stają się dla siebie najważniejsi, uczą się życia razem, ale także rozwijają się na swój sposób. Ta znajomość daje im od życia dodatkowe bodźce – zmienia ich i wzbogaca. Nie ma pozycji lepszy-gorszy, nie ma słabszego ogniwa – jest Julia, która odnajduje w swoim życiu spontaniczność, jest Ben, który zapragnął osiągnąć w życiu więcej niż było mu to dane do tej pory. To miłość ponad stereotypami, ponad uprzedzeniami.

Lektura okazała się lekką, przyjemną historią napisaną z humorem i ironią. „Jak zakochać się w facecie, który mieszka w krzakach” doskonale wpasuje się w początek jesieni, na dłuższe, chłodniejsze wieczory, kiedy poszukujemy nieco naiwnych, optymistycznych powieści.




166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość

166. Prowadzenie bloga o książkach - oczekiwania kontra rzeczywistość



Jeszcze trochę i Love, coffee & books będzie świętowało dwa lata od założenia. Trudno mi ocenić czy jest to długi kawał czasu i czy zdobyłam odpowiednie doświadczenie jako blogerka pisząca o książkach, trudno ocenić samej, czy dokonałam jakiegoś postępu, czy wręcz przeciwnie, jednak doskonale pamiętam początki i własne oczekiwania względem tego, jak to moje miejsce powinno wyglądać, w jaki sposób powinnam starać się, by je rozwijać i ulepszać. Tak jak w wielu przypadkach moje oczekiwania zderzyły się z rzeczywistością niczym Titanic z górą lodową.Oto kilka z nich - zachęcam Was także do udziału w dyskusji: napiszcie czy blogujecie, jeśli tak to jak długo, czy macie podobne spostrzeżenia, a przede wszystkim: podajcie w komentarzu linki do swoich blogów  :)

"Stworzę wyróżniający się i jedyny w swoim rodzaju blog o książkach!"

Tak naprawdę, zakładając blog o literaturze nie zdawałam sobie sprawy ile takich stron już istnieje, ile cały czas ich powstaje. Nie jestem nawet w stanie tego zarejestrować i wiem, że gdzieś w tym całym morzu, albo oceanie  blogosfery umykają mi miejsca i ludzie wyjątkowi, ciekawi, lub z podobnymi gustami literackimi.Aby gdzieś wybić się ponad innych, zwrócić na siebie uwagę trzeba czegoś więcej niż chęci, jak zwykle to kwestia pracy i odpowiedniego pomysłu.

"Będę pisać i publikować regularnie."

Założenie bardzo dobre, wręcz chwalebne, ale w moim przypadku niewykonalne. Nie jestem robotem, mam swoje gorsze dni, brakuje mi zwyczajnie czasu i wtedy blog schodzi automatycznie na dalszy plan.Podziwiam i zazdroszczę tym, którzy świetnie wywiązują się z narzuconych sobie schematów, jest to także recepta na sukces i profesjonalny wizerunek, mimo to dawno już przestałam oszukiwać samą siebie - nie jest to moim priorytetem, chociaż staram się trzymać jakiegoś przyjętego wcześniej układu postów.

"Aktywnie wypromuję blog na Facebooku, Twitterze, Snapchacie, Instagramie, ..."

W sferze social media sprawa wygląda tak, że ja i Snapchat skutecznie się unikamy, do Facebooka podchodzę nieco nieśmiało i z rezerwą, lepiej mi idzie z Instagramem, chociaż chciałabym, by był to bardziej poważny związek, natomiast z Twitterem jakoś nie czuję głębszego kontaktu. Jednak nie oszukujmy się - bez tych wszystkich dodatkowych pochłaniaczy czasu trudno jest dotrzeć do czytelników, sam blog nie wystarczy, potrzebuje dobrej, skutecznej promocji.

"Zakładam bloga tylko i wyłącznie dla siebie!"

Pamiętam, że wcześniej wydawało mi się, że nie będę przejmować się opiniami innych, w końcu to mój blog, moje zdanie na temat książek. Tymczasem łapię się na tym, że codziennie sprawdzam blogowe statystyki, a każde spadki są dla mnie tragedią i nerwowym zarwaniem nocki... Nie, tutaj akurat przesadziłam, mało które zmartwienie spędza mi sen z powiek. Przywiązuję ogromną wagę do odbioru postów i publikacji, więc twierdzenie, że piszę teksty tylko dla siebie mogę spokojnie włożyć między bajki.

"Brak ochoty na czytanie? Nie w moim przypadku!"

Zmora każdego książkoholika, gorzej jeśli dotyka recenzenta, który na przykład musi wywiązać się z zobowiązania wobec wydawnictwa. Tak, Drogi Czytelniku, jeśli do tej pory nie było takiego przypadku w twoim życiu, że przeczytanie choćby jednej strony przychodziło Ci z trudem to wiedz, że taki dzień na pewno nadejdzie. To jak klątwa, tragiczne, nieprzewidziane fatum.Jeszcze istnieje takie pojęcie jak kac książkowy, dopada naprawdę każdego. Jak się przed tym uchronić? Może jakaś szczepionka? Niestety, w tym przypadku zaleca się postępowanie podobnie jak w katarze - przeczekać, możemy ratować się suplementami, poić litrami herbaty z miodem, w końcu jednak samo przechodzi.




165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis

165. Każdy ma w sobie cząstkę szaleństwa | "Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis


„Dyskretne szaleństwo”
Mindy McGinnis

Wydawnictwo Kobiece
2017 
388 stron



„- Więc naprawdę aż tak bardzo się różnimy? Zdrowi od chorych? - zapytała teraz.
- Jestem skłonny stwierdzić, że nie ma żadnej różnicy – oświadczył lekarz. - Dla mnie osoby obłąkane to te, które po prostu zdecydowały się nie angażować  w sprawy świata w sposób taki, jak większość populacji. Bywają dni, kiedy się zastanawiam, czy przypadkiem nie dokonały właściwego wyboru.”

Podobno czasami lepiej odejść od zdrowych zmysłów, by nie oszaleć. Taką zasadę stosuje główna bohaterka powieści Mindy McGinnis, Grace Mae, dziewczyna z dobrego domu, która, będąc w ciąży, ląduje w przytułku dla obłąkanych. Krótkotrwały pobyt ma ją uwolnić od plotek, a jej rodzinę od skandalu, jednak Grace zmaga się tam z własnymi demonami. Podejmuje się także współpracy z doktorem Thornhollow’em, który pomaga miejscowej policji na miejscu zbrodni. Razem tworzą portret psychologiczny zabójcy.

Książka, która określa się mianem „thriller gotycki” nie może mi być obojętna, nic więc dziwnego, że szybko sięgnęłam po nową powieść Mindy McGinnis, by na własnej skórze, albo raczej, na własne oczy, przekonać się, czy jest to historia warta uwagi. Muszę przyznać, że nie jest to w 100% to na co liczyłam, ale mimo to nie jestem zawiedziona.

Mroczna, niechlubna historia przytułków dla obłąkanych nosi w sobie całe, ogromne jarzmo ludzkich dramatów, upokorzeń i bólu. W czasach wiktoriańskich, kiedy to medycyna, jaką znamy dziś nie była szczególnie rozwinięta, wręcz na porządku dziennym miały miejsce rzeczy, od których włos się jeży na głowie, egzystencja w takim ośrodku była godna pożałowania. Brud, smród, nieludzkie traktowanie były koszmarną codziennością, a przecież często zdarzało się tak, że do takich miejsc trafiały osoby zupełnie normalne. Świadomość tego jest naprawdę przerażająca, a autorka „Dyskretnego szaleństwa”, doskonale obeznała się w tych realiach i taki też obraz ukazała w swojej książce czytelnikom. Szczerze mówiąc, byłam przygotowana na bardziej drastyczne, mocniejsze sceny, bardziej dosadne i krwawe, jednak Mindy McGinnis zdecydowanie oszczędziła nam tego. Główna bohaterka tylko na początku jest w takim przytułku, prosto z najgorszego koszmaru, później jest już w placówce, gdzie pacjentów traktuje się z należytym szacunkiem i troską.

Warstwa kryminalna, bądź sensacyjna powieści nie jest w znacznym stopniu na pierwszym planie, owszem, jest zbrodnia, jest śledztwo, jednak to przeżycia Grace są   tutaj osią fabuły. Nie uznaję tego za wadę, ponieważ dzieje się tam naprawdę sporo, a jej historia jest poruszająca i ciekawa, więc nie pozostawia odbiorcę obojętnym. Relacja Grace z doktorem Thornhollow’em przypomina nieco tą, która łączy Watsona z Sherlockiem, z tą różnicą, że para z „Dyskretnego szaleństwa” jest sobie niemalże równa, nikt nie jest tutaj mądrzejszy, sprytniejszy czy bardziej spostrzegawczy, nie ma typowego układu mentor-uczeń – bardziej się uzupełniają, a ich rozmowy to prawdziwa burza mózgów.

Co ciekawe, książka w niektórych fragmentach potrafiła mnie zaskoczyć – czytając byłam przygotowana na dany moment, oczekiwałam niektórych, konkretnych sytuacji, tymczasem autorka poprowadziła akcję inaczej. To mnie całkiem pozytywnie nastawiło do tej powieści i sprawiło, że na pewno zapamiętam ją na długo. Myślę, że „Dyskretne szaleństwo” może zadowolić każdego, kto lubi kryminalne historie, pomimo, że brakuje tego elektryzującego napięcia, cechującego thrillery lub powieści sensacyjne. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że przypadnie do gustu osobom, które na co dzień nie sięgają po wyżej wspomniane gatunki, odrzuca ich brutalność i zwyrodnienie, a wysoce cenią  sobie poruszające, ludzkie losy.
164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

164. Z ciężkim sercem, ale... | "Arkandel" Katarzyna Bułat

„Arkandel”
Katarzyna Bułat

Wydawnictwo Novae Res
2017
152 strony


„Zmrużył oczy i ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia.
- Co ty sobie wyobrażasz?- powiedział powoli, oddzielając od siebie wyrazy tak, jakby wcale nie tworzyły zdania, tylko były osobnymi pociskami, z których każdy miał trafić w jej serce. - Co ty sobie wtedy wyobrażałaś?
Przygryzła wargę. Musiał dziś dużo przeczytać.”



Rodzina wyjeżdża na wspólne wakacje, na Riwierę Czarnogórską. Mąż natrafia na rękopis swojej żony - podczas lektury, która wywołuje u niego silne emocje, zmienia swoje podejście do najbliższych.

Zdarza się, że na drodze każdego książkoholika przewrotny los stawia lektury wybitne, znakomite lub zwyczajnie dobre, ale też takie, które są złe, mierne i nijakie. Taką właśnie książką, z grupy tych słabszych, w moim mniemaniu jest „Arkandel” Katarzyny Bułat.

Z tego, co zdążyłam się zorientować to autorka w swojej twórczości częściej sięga po poezję, to zdecydowanie można wyczuć, czytając „Arkandel”, jednak w tym przypadku nie mogę tego uznać za zaletę. Wręcz przeciwnie – styl jest za ciężki, zbyt wydumany, brakuje miejscami pewnej logiki, co łatwo rzuca się w oczy. Długi czas, na przykład, zastanawiałam się jak to jest możliwe, by mocno zranić się o leżący na podłodze nóż? Potraficie to wytłumaczyć? Nie chcę spojlerować książki, ale takich „kwiatków” jest tutaj zaskakująco dużo, jak na tak mały format. Przez większość czasu, poświęconego lekturze dumałam o czym ona tak właściwie jest? Nawet przesłanie, morał czy główny wątek historii nie mogły zrobić na mnie wrażenia, ponieważ nie byłam w stanie uwierzyć w fabułę. A na tym chyba polega zadanie pisarza, prawda? Aby przedstawić nam opowieść, nawet najbardziej niesamowitą, w taki sposób byśmy w pewnym stopniu w nią uwierzyli.

Wielokrotnie trafiałam w tekście na takie perełki stylistyczne jak : „ukłuł ją mieczem swojego spojrzenia” czy „przeżuwaliśmy te rozmowy powoli, powoli – jak zazwyczaj przeżuwają trawę… krowy”. Wszystkie takie zdania zaznaczałam w tekście, ale po pewnym czasie musiałam zrezygnować, bo było tego zwyczajnie za dużo. Nie robi na mnie wrażenia taka nietypowa liryka, wywołuje wręcz odruch natychmiastowego zamknięcia książki, uratowało mnie jedynie to, że powieść jest bardzo krótka, ma zaledwie 150 stron, na szczęście. Większej jej dawki chyba bym nie zniosła...

Kolejnym słabym punktem są bohaterowie – nie wywołują ani sympatii, ani nienawiści czy irytacji – są do bólu obojętni. Nie przekonują mnie ich uczucia, które zmieniają się ze strony na stronę, podobnie jak ich decyzje. Nie widzę także ich cech, których istnienie autorka próbuje wmówić czytelnikowi. Ojciec, który uznawany jest za złego - nie poświęcający swego czasu żonie czy córce, spędza z nimi chwile, z dzieckiem wychodzi na spacer. Odseparowuje się od rodziny tylko przy lekturze książki. Nawet nie wiem, kto tutaj jest główną, najważniejszą postacią, ponieważ żadna nie wysuwa się na pierwszy plan, wszystkie zlewają mi się w jedną, szarą masę, bez widocznych wad lub zalet.

Fabuła w zamyśle chyba miała być zastąpiona przez egzystencjalne rozterki bohaterów, pytania o sens życia i relacje z najbliższymi, ja to doskonale rozumiem, i wiem, że takie książki nie należą do łatwych i przyjemnych, ale bez dobrego warsztatu pisarskiego, bez pewnej spójności czy pomysłu, cała powieść  okazuje się mierna i nijaka. Nadmierne wydumanie, pogłębianie problemów, które ukazują się nam jako drobnostka, to jedna z najgorszych rzeczy w książkach, oprócz nudy i obojętności. Czy polecam? Zdecydowanie nie.
163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia

163. Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego - ulubione, wakacyjne książki Ignasia


Zauważyłam, że ostatnio w ramach cyklu Klub Książkowy Ignasia i Jeremiego prezentuję tylko tytuły, które spodobały się najmłodszemu, co jest rzeczą oczywistą, ponieważ sama czytam mu te książki, więc wydaje mi się , że poznałam je na tyle, by móc o nich pisać. Z książkami, które czyta Ignaś sprawa przedstawia się trochę inaczej - pomimo tego, że czytam i jemu, to jednak duże fragmenty mi umykają. W związku z tym postanowiłam, że o tytułach, które przypadły do gustu mojemu dziesięciolatkowi napiszę w jednym poście, zbierając jego ulubione, przeczytane podczas wakacji egzemplarze - na szczęście jest z czego wybierać, chociaż parę książek jeszcze zostało do skończenia, ale na razie Ignaś rzucił się ochoczo za czytanie lektur szkolnych (!).


"Jacek Placek. Moja nauczycielka jest wilkołakiem" Michael Broad
Seria przygód o Jacku Placku od razu bardzo się Ignasiowi spodobała, od momentu, kiedy pierwszy raz zetknął się z nią, poznając "Jacek Placek i odwiedziny wampira". Zarówno styl pisania, jak i sama forma bardzo odpowiada Ignasiowi - tym razem nasz główny bohater musi zmierzyć się z nauczycielką-wilkołakiem, potworną opiekunką i prawdziwą mumią, czyli cała masa niesamowitych, zabawnych przygód, przyozdobiona dowcipnymi, jakby wyjętymi żywcem z brulionu, różnorodnymi obrazkami i gryzmołkami.

seria "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" Rick Riordan
Po Harrym Potterze przyszła kolej na innego, chłopięcego bohatera, który musi stawić czoła potężnym, złym mocom. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że seria Ricka Riordana spodoba się tak bardzo, że już podczas czytania pierwszej części, będę musiała szybko zamawiać następne, a najlepiej cały pakiet... I faktycznie, Ignaś pochłaniał tom za tomem, do skończenia pozostała mu jedynie V część. A dodatkowy pożytek z tego taki, że zainteresował się mitologią i rozpoczął swoją przygodę z moją ukochaną "Mitologią" Parandowskiego - #dumnamama ;)

"Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory" Sylwia Błach
Pierwotnie książka ta była zamówiona dla młodszego, ale nie doczytałam, że treść skierowana jest raczej dla starszych odbiorców i tak oto trafiła w ręce Ignasia. Osobiście uważam, że jest naprawdę rewelacyjna - zachwycają mnie zarówno rozdziały, jak i strona wizualna. Myślę, że o tej publikacji napiszę szerzej w osobnym poście, ale póki co mogę powiedzieć, że jest to świetna lektura, z mnóstwem ciekawych informacji o najbardziej popularnych potworach i innych szkaradziejstwach, z całą masą nawiązań do filmów, książek czy, szeroko pojętej, kultury bądź wierzeń. Jak najbardziej z kręgu ignasiowych zainteresowań :) Od jednorożców, przez trolle, gnomy i czarownice, aż po tajemnicze slendermany. Brrr...


Copyright © 2014 love, coffee & books , Blogger